Przypuszczalnie najbardziej nieprzyjazna ze wszystkich sektorów Samotnych Wydm, prowincja Atsui zamieszkana jest przez Ród Sabaku i Ród Maji. Sąsiaduje ona od północy z Wietrznymi Równinami i Shigashi no Kibu, zaś od wschodu - z niezbadanymi terytoriami. Tak jak w innych prowincjach tego regionu, większość krajobrazu to oceany piasku - z tą różnicą, że na Atsui temperatury są znacznie wyższe, zaś oazy są niezwykle rzadkie. Jedyne zwierzęta zapuszczające się tu to gady oraz sępy, polujące na umierających podróżników.
Zrobiło się jakby bardziej... wilgotno? Po długiej przebytej drodze Souei nareszcie mógł odczuć różnicę w płucach. Wjeżdżali na tereny przygraniczne, gdzie rzeczywiście dało się już cokolwiek uprawiać. Nawadniane pola, które musiały do kogoś należeć jawiły się jak powrót do cywilizacji nawet mimo tego, że cała ich podróż trwała zaledwie kilka godzin. Dla Matsudy była to jednak jak wieczność, więc z nadzieją już zerkał na Akaruia, kiedy ten obwieści w końcu jakąś kolejną dobrą nowinę. Niestety, była ona tylko słodko-gorzka, bo widać było już koniec tej przejażdżki, ale nadal był on dość odległy. Souei zgodził się z resztą, że lepiej przemęczyć się do końca bez zatrzymywania, niż przeciągać to niezbyt przyjemne doświadczenie. Tym bardziej, że pustynia w nocy jest tak samo niegościnna, jak za dnia. Wielbłądy też wydawały się być w dobrej kondycji. Dla nich to pewnie pestka, te kilkadziesiąt czy kilkaset kilometrów. Nic nie stało więc na przeszkodzie, aby docisnąć je trochę bardziej i wraz z nastaniem nocy rzeczywiście znaleźć się w obozowisku Klepsydry. Nie komentował za bardzo rozmów między nimi. Po prawdzie, to mało obchodziła go ta gadka-szmatka i już wolał od niej ciszę, więc nie starał się udzielać i wypowiadać na tematy, o których w sumie nie miał pojęcia. Spędził na pustyni już trochę czasu, ale i tak wiedział mało o sytuacji w prowincji jako całości. Prawdę mówiąc, cieszył się na myśl o tym, że w poszukiwaniu Biblioteki trochę wyrwą się z tego piaskowego krajobrazu i zmienią otoczenie na inne, nawet jeśli bardziej niebezpieczne. Zanim jednak ruszą w gęstwinę, która już majaczyła w mroku całkiem niedaleko, musieli odpocząć, zaznajomić się ze wszystkimi informacjami i planami i dobrze przygotować. Trzy namioty rozbite gdzieś w polu nie były może rozbudowaną bazą operacyjną, ale jeśli zawierały wszystko co potrzebne, a przede wszystkim jakiś porządny siennik, to na pewno wystarczą. Pazur również spodziewał się kogoś jeszcze w bazie, tak jak zapowiadano, ale był gotowy również na... walkę? Ichirou zdawał się mu ufać, ale nie mogło ujść jego uwadze dziwne zachowanie towarzysza. Souei dopuszczał wiele różnych ewentualności, w tym scenariusze tak mało prawdopodobne, że zwierzenie się z nich mogłoby wzbudzić u nich politowanie. Cóż, taka praca, nie ufaj nikomu, kochaj tylko tych, co na to zasłużyli.
Trzy namioty, jakiś dół w ziemi i pustka dookoła. Nie było to wiele, a jednak i tak było lepsze niż przeprawa wielbłądem przez pustynię. Souei z wdzięcznością przywitał moment, gdy ponownie dotknął stopami ziemi. Rozprostował gnaty, wyprostował plecy i odetchnął. Dotarli szczęśliwie i bez żadnych niespodzianek, więc nadszedł czas na kolejną nieprzyjemną część tej wyprawy. Spotkania i powitania po długiej rozłące zawsze był dla niego niezręczne, no może z wyjątkiem jednego. Pędzący w jego stronę był naprawdę miłą niespodzianką, lecz jak na mafioza przystało, Matsuda nie był równie wylewny, co jego futrzasty... przyjaciel? Pazur kucnął jednak przy nim i pogłaskał go między uszami. Hoyt wyprzedził wszystkich innych, więc zdecydowanie na to zasłużył. - Ah, mój dobrodziej. - Odezwał się do niego miękko i nawet z uśmiechem, gdy poświęcał mu chwilę na rozładowanie tego entuzjazmu. Dziwne, ale ten mały szybko sprawił, że Matsuda od razu zapomniał o niedogodnościach podróży, którą właśnie odbył i zdecydowanie poprawił mu humor. Tak samo jak Misae, jej różowa głowa wystająca z namiotu była miłym widokiem. Spodziewanym oczywiście, zwłaszcza po obecności pustynnego liska. Ta para była przecież nierozłączna. Mafiozo przywitał się z nią po tym, gdy wymieniła już uściski tudzież dygnięcia z Ichirou. - Czyli wybierasz się z nami? Bardzo dobrze. - Powiedział, pamiętając jej udział w wyprawie po szefa Ekibyo. Nie była im potrzebna do walki, ale posiadała inne bardzo przydatne umiejętności. Potem skupił wzrok na Yoichim. Był to dla niego ktoś nowy i na pierwszy rzut oka wyglądał na bardzo poturbowanego przez życie. Sztuczna ręka i noga były widoczne tak samo jak proteza Akaruia. Patrząc po nich można by pomyśleć, że Klepsydra to zrzeszenie kombatantów i inwalidów. - Miło mi. - Mruknął do niego tylko, gdy stanęli naprzeciwko siebie. Nie, w żadnym wypadku nie oznaczało to wrogości czy niechęci. Było to całkiem standardowe powitanie w wykonaniu Pazura. Po odbębnieniu konwenansów można było nareszcie przejść do coraz mniej formalnych części spotkania, rozluźnić się i rzeczywiście odpocząć. Gdy Misae zaoferowała przygotowanie posiłku, Matsuda wstał i poszedł za nią. O wiele bardziej pasowało mu pomaganie w czymś, w czym miał jakieś tam doświadczenie, zamiast prowadzenie pogawędki o niczym w gronie, które znało się na długo przed tym, gdy do nich dołączył. - To z czym pracujemy? - Zagadnął do niej, gdy rozglądał się po namiocie, gdzie zamierzała przygotować coś na ząb. Mistrzem kuchni może nie był, ale trochę już liznął pustynnej kuchni. Może przynajmniej obierze ziemniaki albo odwiruje sałatę.
- Huh. - Mruknął tylko, gdy otrzymał od Misae instrukcje. Wyglądało na to, że prym wiódł tylko we własnej kuchni, ale może była to nawet miła odmiana. Posłusznie zarzucił sobie wór ryżu na plecy i poczekał, aż Yamanaka zbierze wszystko, co było jej potrzebne. Danie rzeczywiście było dobrym wyborem jak na ich polowe warunki, więc nie zaczynał żadnej rozmowy na ten temat. Po wyczerpującej podróży każdy i tak pewnie rzuci się na swoją miskę, cokolwiek by w niej nie było. Szedł w krok za nią, rozeznając się przy tym, jak urządzony był obóz. Fenek towarzyszył im obojgu, wyglądając jak wierny przyjaciel, a w rzeczywistości czekając chyba na to, czy jakiś kawałek mięsa nie spadnie przypadkiem na ziemię. Ten to miał łeb na karku. Na niewielkim palenisku postawił garnek tudzież kociołek i czekał, aż woda zacznie bulgotać, zanim wrzuci ryż. I to chyba tyle, wykonał swoje zadanie już prawie w całości. Nie wrócił jednak do grupki, lecz usiadł w pobliżu dziewczyny, patrząc na to co robi, jak kroi warzywa i jak powoli składniki zamieniają się w danie. Pasowało mu to bardziej, niż angażowanie się w luźną pogawędkę w większym gronie. Tutaj mógł po prostu siedzieć w milczeniu i czasem tylko przeczesać Hoyta po głowie. Odpoczywał w swoim naturalnym środowisku. Więc gdy tylko jedzonko było gotowe, z lekkim ociąganiem zabrał ze sobą część miseczek i znowu w ślad za Misae powędrował do stołu, przy którym wszyscy czekali. Usiadł gdzieś na krańcu, aby nikt go nie trącał i miał spokój podczas jedzenia. Zapowiedź postaci jakiegoś Pustelnika bardzo mu się nie spodobała. Z relacji Yoichiego wynikało, że będą musieli polegać na kimś nieznanym. Tamten miał może i dług wdzięczności, ale oprócz tego na pewno swoje motywy. Matsudzie w głowie od razu zapaliła się czerwona lampka, a w wyobraźni pojawiły się dwa albo trzy mało realne scenariusze, jak to przez tego Pustelnika wszyscy kończą w piachu. Jadł jednak, na razie jedynie przysłuchując się temu, co wszyscy mieli do powiedzenia.
Pazur podzielał sceptycyzm Ichirou. Zmieniająca się droga była bardzo ogólnym i enigmatycznym stwierdzeniem i do tej pory w sumie nikt, ani Yoichi, ani wcześniej Akarui nie sprecyzowali, co mają na myśli. Na pytanie o jego wiarygodność, Souei wtrącił swoje trzy grosze. - Łatwo możemy to sprawdzić. Misae może przeszukać mu głowę zanim wyruszymy. Sprawdzimy, o co naprawdę mu chodzi, a w najlepszym wypadku w ogóle nie będziemy go potrzebować. - Jego metody były może nieco inne, niż siedzących przy tym stole, ale nie gryzł się przez to w język. Był przekonany, że wyszarpanie drogi do Biblioteki z głowy Pustelnika byłoby lepsze, niż bycie zdanym na jego łaskę. Skończył jeść. Został mu tylko ostatni kawałek suszonego mięsa, który zostawił sobie na koniec jedzenia. Popatrzył na niego i znowu kątem oka dostrzegł siedzący mu pod nogami cień z wielkimi uszami. - A masz ty... - Mruknął z niezadowoleniem, rzucając swój ostatni smakowity kąsek temu małemu żebrakowi, a następnie podniósł się z siedziska. - Dobranoc. - Rzucił do wszystkich, ignorując zupełnie pytanie "co tam jak tam?", oddalając się do którego z namiotów, aby w końcu trochę odpocząć.