Dom Uchiha Masahiro
- Uchiha Hiromi
- Posty: 645
- Rejestracja: 17 mar 2023, o 17:18
- Wiek postaci: 19
- Ranga: Akoraito
- Krótki wygląd: Czarne, długie włosy, ciemne oczy, delikatne rysy twarzy, lekka nadwaga.
- Widoczny ekwipunek: Torba na pośladku, kabura na udzie
- Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=11005&p=205011#p205011
- Multikonta: Yuki Hoshi
- Uchiha Hiromi
- Posty: 645
- Rejestracja: 17 mar 2023, o 17:18
- Wiek postaci: 19
- Ranga: Akoraito
- Krótki wygląd: Czarne, długie włosy, ciemne oczy, delikatne rysy twarzy, lekka nadwaga.
- Widoczny ekwipunek: Torba na pośladku, kabura na udzie
- Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=11005&p=205011#p205011
- Multikonta: Yuki Hoshi
- Azuma
- Posty: 1286
- Rejestracja: 6 lis 2019, o 18:50
- Wiek postaci: 19
- Ranga: Kogō
- Krótki wygląd: - czarne włosy, ciemne oczy
- wyraźnie zarysowana szczęka, ostre rysy twarzy
- delikatne blizny na przedramionach i rękach
- przeciętny wzrost, docięta sylwetka - Widoczny ekwipunek: - ochraniacz na czoło z emblematem klanu
- skórzana kamizelka shinobi
- kabury na broń na lewym i prawym biodrze
- torba z ekwipunkiem na lewym pośladku - Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=7859#p128617
- Uchiha Hiromi
- Posty: 645
- Rejestracja: 17 mar 2023, o 17:18
- Wiek postaci: 19
- Ranga: Akoraito
- Krótki wygląd: Czarne, długie włosy, ciemne oczy, delikatne rysy twarzy, lekka nadwaga.
- Widoczny ekwipunek: Torba na pośladku, kabura na udzie
- Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=11005&p=205011#p205011
- Multikonta: Yuki Hoshi
- Azuma
- Posty: 1286
- Rejestracja: 6 lis 2019, o 18:50
- Wiek postaci: 19
- Ranga: Kogō
- Krótki wygląd: - czarne włosy, ciemne oczy
- wyraźnie zarysowana szczęka, ostre rysy twarzy
- delikatne blizny na przedramionach i rękach
- przeciętny wzrost, docięta sylwetka - Widoczny ekwipunek: - ochraniacz na czoło z emblematem klanu
- skórzana kamizelka shinobi
- kabury na broń na lewym i prawym biodrze
- torba z ekwipunkiem na lewym pośladku - Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=7859#p128617
- Uchiha Hiromi
- Posty: 645
- Rejestracja: 17 mar 2023, o 17:18
- Wiek postaci: 19
- Ranga: Akoraito
- Krótki wygląd: Czarne, długie włosy, ciemne oczy, delikatne rysy twarzy, lekka nadwaga.
- Widoczny ekwipunek: Torba na pośladku, kabura na udzie
- Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=11005&p=205011#p205011
- Multikonta: Yuki Hoshi
Re: Dom Uchiha Masahiro
Uchiha Hiromi
Rok 395
- Już się zorientowali, że wróciłam - stwierdziła cicho Hiromi, kiedy młodzieniec uciekał w noc, być może przestraszony, być może zmierzający do swojej pracy dalszej. Może ma innych medyków do odwiedzenia. Czy w ogóle byli inni medycy tutaj? Jeszcze kiedyś Hiromi miała szanse na nauczyciela - Kamiyo Oriego-senpaia, ale chłopak przepadł jak kamień w wodę, a jego ostatnie listy dostała rok temu. - Nie znam Akane-san. No ale lecę.
Nie było się co zastanawiać. Na wszelki wypadek tylko sprawdziła swoje podstawowe wyposażenie, po czym ukłoniła się elegancko, z szacunkiem Shizue, podziękowała za kimono, pożegnała się, i bez dalszej zwłoki ruszyła do szpitala Sarufutsu. Pilne wezwanie to jednak pilne wezwanie, dlatego nie przejmowała się strojem (tym bardziej, że Shizue i tak dała jej odpowiedni strój), po drodze jedynie związała swoje mokre włosy i podwinęła rękawy, zawiązując je na plecach kawałkiem tkaniny.
Tak przygotowana, dotarła do szpitala.
Z/T
0 x
- Uchiha Hiromi
- Posty: 645
- Rejestracja: 17 mar 2023, o 17:18
- Wiek postaci: 19
- Ranga: Akoraito
- Krótki wygląd: Czarne, długie włosy, ciemne oczy, delikatne rysy twarzy, lekka nadwaga.
- Widoczny ekwipunek: Torba na pośladku, kabura na udzie
- Link do KP: viewtopic.php?f=33&t=11005&p=205011#p205011
- Multikonta: Yuki Hoshi
Re: Dom Uchiha Masahiro
Uchiha Hiromi
Rok 396
Hiromi wróciła do domu rodzinnego z ciężarem w sercu, jakiego jeszcze nigdy dotąd nie dźwigała. Od bitwy minęło zaledwie parę dni, lecz w jej głowie wciąż rozbrzmiewał jazgot tamtych wydarzeń: szczęk broni, krzyki rannych, a przede wszystkim - ta przerażająca chwila, gdy własnymi rękami odebrała życie drugiemu człowiekowi. Był to jej pierwszy raz - pierwszy raz, gdy kogoś zabiła. Choć rozumiała, że zrobiła to, by ocalić posterunek, emocjonalnie nie potrafiła sobie z tym poradzić.
W pierwszych dniach po powrocie Hiromi niemal nie odzywała się do nikogo. Wypełniała swoje obowiązki na oddziale szpitalnym mechanicznie - opatrywała rannych, podawała lekarstwa i zmieniała opatrunki - ale czyniła to jak cień samej siebie. Jej twarz była blada i pozbawiona dawnego blasku, a oczy unikały spojrzeń współpracowników. Kiedy ktoś dziękował jej za pomoc lub chwalił jej umiejętności, przytakiwała tylko cicho, nie wdając się w rozmowę. Zauważali to wszyscy - i jej przełożona, która raz czy dwa zapytała z troską, czy wszystko w porządku, i starszy felczer, który pokrzepiająco poklepał ją po ramieniu. Hiromi wymuszała wtedy blady uśmiech i odpowiadała: „W porządku, dziękuję”, po czym uciekała wzrokiem gdzieś w bok.
W domu było podobnie. Masahiro i Shizue wymieniali zaniepokojone spojrzenia, gdy myśleli, że dziewczyna tego nie widzi. Przy wspólnych posiłkach Hiromi siedziała cicho, dłubiąc pałeczkami w misce z ryżem. Masahiro opowiadał o codziennych sprawach w Sarufutsu, a Shizue była do niej o wiele cieplejsza i bardziej otwarta, próbując wciągnąć Hiromi w dialog:
- Hiromi-chan, kochanie, podałabyś mi sos? - zapytała ciepło.
Dziewczyna drgnęła nieco zaskoczona.
- Oczywiście... przepraszam - mruknęła, podając naczynie.
Shizue uśmiechnęła się lekko.
- Nie masz za co przepraszać. Po prostu martwimy się z Masahiro, że jesteś taka milcząca.
Hiromi skinęła głową, ale nie podjęła tematu. Nie umiała ubrać w słowa tego, co czuje. Jak powiedzieć bratu i jego żonie, że każdej nocy budzi się ze zdławionym krzykiem, bo znów śni jej się tamten moment? Jak wyznać, że gdy tylko zamknie oczy, widzi twarz człowieka, którego zabiła - jej uderzenie z ogromną siłą w jego szczękę, dźwięk pękającego kręgosłupa. Jak przyznać się do tego, że czuje na dłoniach, jak jego życie uszło pod jej dłońmi, kiedy próbowała go uratować, ale nie zdołała.
Hiromi milczała, a Masahiro zrezygnował z dalszych pytań, pozwalając jej jeść w spokoju. Shizue również nie naciskała. Postanowiła spróbować inaczej.
Jednego wieczora Hiromi, gdy wróciła z krótkiej zmiany w szpitalu, w domu czekała na nią niespodzianka. Ledwie przekroczyła próg, usłyszała ciche miau dobiegające z salonu. Zaintrygowana, zajrzała do środka.
Na środku tatami stała Shizue, trzymając w ramionach małą, rudą kulkę futra.
- Witaj w domu, Hiromi-chan. - Uśmiechnęła się promiennie bratowa. - Spójrz, kogo dziś spotkałam.
Shizue podeszła bliżej i ostrożnie przekazała drobnego kotka w dłonie Hiromi. Maleństwo miauknęło cichutko i od razu wdrapało się jej na ramię, ocierając pyszczek o policzek dziewczyny. Futro było ciepłe i miękkie, a jego bijące szybciutko serduszko Hiromi czuła tuż obok swojego.
- To... kotek? - zapytała z zaskoczeniem, głaszcząc ostrożnie jedwabiste futerko zwierzątka. Kociak zamruczał. Było to pierwsze wyraźniejsze uczucie ciepła, jakiego Hiromi doświadczyła od wielu dni i niemal się rozkleiła tu i teraz.
Shizue zaśmiała się pogodnie.
- Tak, ma może z osiem tygodni. Znalazłam go błąkającego się koło targu. Pomyślałam, że dobrze mu będzie u nas… u ciebie. - Popatrzyła znacząco na Hiromi. - Wiem, że Azuma-san jest daleko, a ty czujesz się samotna. Taki mały przyjaciel dobrze ci zrobi.
Na dźwięk imienia Azumy w piersi Hiromi ścisnęło boleśnie. Tęskniła za nim każdego dnia. Za jego głosem, dotykiem, za poczuciem bezpieczeństwa, które przy nim miała. Za spaniem w jego ramionach. Teraz, gdy zmagała się z koszmarami wojny i własnym sumieniem, brak Azumy odczuwała jeszcze silniej. Myśl, że być może on, jako doświadczony shinobi, zrozumiałby jej ból i pomógł go udźwignąć, wywoływała kolejną falę samotności. Dlatego, gdy ciepły, miękki kociak wtulił się w nią, Hiromi poczuła, jak pod powiekami zbierają się łzy.
- Dziękuję… - wyszeptała, tuląc ostrożnie maleństwo. Kotek zamiauczał cicho, jakby odpowiadał: „Nie martw się, jestem przy tobie.”
Shizue objęła Hiromi wolnym ramieniem.
- Nadaj mu jakieś imię, dobrze? Będzie twoim wiernym towarzyszem.
Hiromi przytaknęła, ocierając wierzchem dłoni pojedynczą łzę, która spłynęła jej po policzku.
- Na razie… na razie może być Azuki - powiedziała nieśmiało, patrząc na rude umaszczenie kociątka.
- Azuki? Czerwona Fasolka? Hm, pasuje do niego. - Shizue ucieszyła się, że Hiromi podjęła choć tak drobną inicjatywę. - Witaj w rodzinie, Azuki-nyan. - Pogłaskała kotka za uszkiem.
Tamtego wieczoru Hiromi po raz pierwszy zasnęła, czując przy sobie ciepło. Mały Azuki zwinięty w kłębek spał w najlepsze na jej piersi, mrucząc uspokajająco. Koszmary wprawdzie nie zniknęły zupełnie, ale gdy budziła się z drżeniem, obecność mruczącego kociaka pomagała jej znów zamknąć oczy.
Mijały kolejne dni. Hiromi codziennie rano wstawała wcześnie - choć w domu nikt jej nie poganiał, budziły ją wspomnienia. O świcie często słychać było, jak Shizue stawia na nogi Masahiro na poranny trening na dziedzińcu. Brat zwykle protestował sennym pomrukiem, na co Shizue odpowiadała energicznie: „Dziki nie pyta, czy masz ochotę wstać!” - i po chwili Hiromi słyszała ich kroki za oknem oraz szczęk ćwiczebnych mieczy lub uderzania w głazy, które co jakiś czas były tutaj dostarczane (Hiromi jeszcze nie odkryła kto je dowozi, bo działo się to, kiedy jej nie było).
Tego ranka Hiromi również wyszła na ganek, ziewając cicho. Azuki dreptał za nią, plącząc się pod stopami. Poranek był chłodny, powietrze rześkie. Masahiro ćwiczył już walkę kataną, a Shizue stała z założonymi rękami, uśmiechając się pod nosem na każde jego potknięcie. Gdy spostrzegła Hiromi, pomachała do niej wesoło:
- Chodź, dołącz do nas! Rozgrzewka dobrze ci zrobi! - zawołała.
Hiromi zawahała się. Jeszcze jakiś czas temu ochoczo przyłączyłaby się do porannych ćwiczeń - trening dodawał jej energii na cały dzień. Teraz jednak na samą myśl o walce - nawet pozorowanej - ścisnęło ją w żołądku. Wspomnienie prawdziwej walki, tamtej walki na śmierć i życie, odebrało jej całą ochotę na trening.
- Nie teraz… Może innym razem - odpowiedziała wymijająco, siadając tylko na stopniu ganku. Pogłaskała zamyślona Azuki po grzbiecie.
Shizue posłała jej uważne spojrzenie, ale nie nalegała.
- Dobrze. Może wieczorem pójdziesz ze mną na spacer, co? - zaproponowała łagodniej.
Hiromi wzruszyła lekko ramionami, wymuszając słaby uśmiech.
- Może… zobaczymy.
W ciągu dnia Hiromi udawała się jak zwykle do szpitala. Praca była ucieczką, sposobem na odrętwienie - dopóki skupiała się na kolejnych zadaniach, mogła odsunąć od siebie myśli. Czasem nawet przez parę godzin zapominała, co ją dręczy. Jednak to, co starała się zepchnąć w podświadomość, powracało w najmniej spodziewanych momentach.
Raz, gdy jeden z pacjentów miał unieruchomioną szyję, do jej głowy powróciło wspomnienie tamtego węża. Zakręciło jej się w głowie; musiała oprzeć się o ścianę, by nie upaść. Innym razem ostrze skalpela w jej dłoni drżało tak bardzo, że starsza pielęgniarka delikatnie przejęła go od niej, mówiąc: „Odpocznij chwilkę, dobrze?”. Hiromi skinęła głową, czując fale wstydu i paniki. Bała się, że ktoś się domyśli, że zobaczą w niej morderczynię, medyczkę, która utraciła swą czystość przez zabicie kogoś.
Ale nikt niczego takiego nie powiedział. Zamiast tego personel wspierał ją jak mógł, przypisując mniej wymagające zadania lub dając krótkie przerwy. „Dobra robota, Hiromi-san” - słyszała nieraz od ordynatora po zakończonym dyżurze. „Twoje opatrunki uratowały temu chłopakowi nogę” - chwaliła ją doświadczona medyczka, gdy wspólnie walczyły o kolejnego rannego. Kiwała wtedy głową i znów posyłała ten słaby uśmiech, który nie sięgał jej oczu. W głębi duszy czuła, że na żadne pochwały nie zasługuje. Jak może być dobrą medyczką, skoro jednocześnie ma na sumieniu życie, którego nie zdołała ocalić?
Mimo to, dzień po dniu, Hiromi wykonywała swoją pracę sumiennie. Pacjenci i współpracownicy to dostrzegali. Powoli, niepostrzeżenie, rosło uznanie dla młodej kunoichi o niezwykle delikatnych dłoniach, które potrafiły zdziałać cuda przy szyciu ran czy przygotowywaniu ziół. Choć Hiromi tego nie zauważała, coraz częściej proszono właśnie ją o pomoc przy trudniejszych przypadkach - a po wiosce zaczęły krążyć słuchy, że „ta Uchiha, co to w szpitalu służy, potrafi postawić na nogi nawet ciężko rannych”.
Jednak żadne słowa uznania nie mogły uciszyć burzy w jej wnętrzu. Każdej nocy Hiromi odbywała tę samą wędrówkę przez własny koszmar. Leżała długo, nie mogąc zasnąć wpatrzona w sufit, z Azuki śpiącym obok - by w końcu znużony umysł odpłynął w niespokojny sen. We śnie znów była na polu bitwy. Czuła zapach mgły i mokradeł. Widziała przed sobą tamtego mężczyznę - którego tak bardzo chciała sama pokonać, że wyszła przed szereg, że walczyła w pierwszej linii. Pamięta jak rzuciła się w bok, kiedy wróg tam odskoczył, po przekierowaniu przez Tsuyoshiego. W snach zawsze jednak wahała się i widziała, jak tamten unosi miecz na jej przyjaciół, miecz, który jest wężem, który oplata Tsuyoshiego lub Azumę… i wtedy Hiromi budziła się z krzykiem, zanim koszmar się zakończył.
Pewnej nocy jednak sen potoczył się dalej niż zwykle. W świecie sennym Hiromi poczuła, jak przełamuje się w niej coś i zamiast stać sparaliżowana, rzuciła się naprzód z chakrą w dłoni. Poczuła opór, jak jego głowa odskakuje. Usłyszała jego zduszony jęk. Mężczyzna był wybity w powietrze i upadł. Hiromi opuściła rękojeść rękę, a ciało mężczyzny było bezwładnie na ziemi. Zabiłam go... - pomyślała we śnie, patrząc na swe posiniaczone ręce. Zabiłam…
Obudziła się gwałtownie z głośnym szlochem. Serce waliło jej w piersi jak oszalałe. Była ciemna głęboka noc; w świetle księżyca wpadającym przez okno widziała niewyraźne kształty swojego pokoju. Azuki obudził się razem z nią - miaukał teraz cicho, ocierając się o jej ramię, jakby próbował ją uspokoić. Hiromi oddychała szybko, dłońmi obejmując się za ramiona. Cała drżała.
Nie zauważyła, kiedy drzwi do pokoju cicho się otworzyły. W progu stali Shizue i Masahiro, zaniepokojeni hałasem. Shizue, ubrana w lekkią yukatę, zrobiła kilka szybkich kroków w stronę siostry.
- Hiromi-chan…? Co się stało?! Słyszeliśmy krzyk... - zapytała z przejęciem, kucając tuż obok futonu, na którym siedziała dziewczyna.
Hiromi w pierwszym odruchu otarła dłonią mokre od łez policzki. Serce wciąż jej dudniło. Była roztrzęsiona i osłabiona po koszmarze.
- N-nic… przepraszam, obudziłam was… - wymamrotała, próbując się opanować.
Masahiro również zbliżył się i ukląkł po drugiej stronie. Brat delikatnie położył dłoń na jej plecach.
- Krzyczałaś przez sen. Koszmar? - zapytał cicho.
Hiromi skinęła głową, zaciskając usta. Nie chcę o tym mówić, kołatało jej się w głowie. Nie mogę…
- Już dobrze, to był tylko zły sen - powiedziała słabo, wymuszając uspokajający ton, bardziej dla nich niż dla siebie. - Przepraszam, że was wystraszyłam…
Shizue spojrzała na nią z troską. Przybliżyła się i ujęła chłodną dłonią drżącą rękę Hiromi. Dziewczyna czuła, że dalej nie zdoła blefować, nie przed tym bystrym, życzliwym spojrzeniem bratowej, które zdawało się przenikać ją na wskroś.
- Hiromi-chan, kochana… - zaczęła Shizue łagodnie. - My wiemy, że to nie jest w porządku. Ty nie jesteś w porządku. Odkąd wróciłaś z tej misji, prawie się nie odzywasz. W nocy miewasz koszmary. Teraz płaczesz i trzęsiesz się… Czy naprawdę myślałaś, że tego nie zauważymy?
Hiromi opuściła wzrok ze wstydem. Łzy znów napłynęły jej do oczu, mimo że tak bardzo starała się je powstrzymać. Nie odpowiedziała, ale to milczenie mówiło samo za siebie.
Masahiro westchnął cicho i przytulił siostrę ostrożnie, obejmując ją ramieniem.
- Pamiętaj, proszę… Nie musisz dźwigać wszystkiego sama. - Jego głos był ciepły.
- Nie chcę cię zmuszać, ale musisz to z siebie wyrzucić. Inaczej to cię od środka zniszczy, rozumiesz?
Dłonie Hiromi zacisnęły się kurczowo na materiale własnego koca. Czuła, jak pęka w niej tama - słowa aż paliły ją w gardle, pragnąc wyrwać się na wolność. Tyle dni w milczeniu, tyle nocy w samotnym strachu… dłużej nie dawała rady.
- Ja… - zająknęła się, próbując wypowiedzieć pierwszy raz na głos to, co dotąd pozostawało niewypowiedziane. Spojrzała na ukochanego brata, potem na Shizue. Ich twarze wyrażały troskę. Byli niewyspani, przejęci, gotowi pomóc jej unieść najgorszy ciężar. W piersi Hiromi coś się ścisnęło i jednocześnie rozluźniło, poczuła napływ ulgi pomieszanej z bólem. - Ja… zabiłam człowieka.
Masahiro przymknął oczy, a jego uścisk na ramieniu siostry stał się mocniejszy. Shizue również nie wyglądała na zaskoczoną, wymieniła tylko z mężem smutne spojrzenie ponad pochyloną głową Hiromi.
- Wiem - odparł Masahiro równie cicho. - Stary przekazał mi raport z waszej misji i wiem, że po raz pierwszy zabiłaś kogoś bezpośrednio. Nie zdałaś sobie sprawy z tego, jak kruche jest ciało ludzkie, kiedy zwykle widzisz, jakie jest silne i odporne. Nie zdawałaś sobie sprawy z własnej siły. Ale takie rzeczy się zdarzają.
- Tak… ale… nie powinny - Hiromi załkała i ukryła twarz w dłoniach. - On chciał… był zdeterminowany, żeby zaatakować i pokonać osłabiony posterunek. A po tym… jak ci od niego chcieli mnie porwać… chciałam… chciałam poczuć się bezpiecznie. Ale nie chciałam go zabijać. Chciałam go pojmać. Być bezpieczna, ale też go pojmać… - wyszeptała pomiędzy spazmami płaczu. - C-czy to ważne, że był wrogiem? Był człowiekiem… żył… a ja go pozbawiłam życia. Jak mam z tym żyć? - Jej głos załamał się kompletnie.
Masahiro objął ją oburącz, pozwalając siostrze wypłakać się na swoim ramieniu. Hiromi trzęsła się cała, szlochając głośno, łzy, tłumione tak długo, teraz płynęły strumieniem. Shizue głaskała ją po plecach, powtarzając cicho kojące słowa: „Już dobrze, wypłacz się… nic nie szkodzi… jesteśmy przy tobie…”
Gdy pierwsza fala rozpaczy nieco opadła, Hiromi otarła oczy brzegiem rękawa. Było jej wstyd, że straciła nad sobą panowanie, ale równocześnie czuła się… lżejsza? Jakby część tego mrocznego ciężaru, który nosiła w piersi, uleciała wraz z łzami. Podniosła zaczerwienione oczy na brata i bratową.
- Przepraszam… - wychrypiała. - Nie chciałam was martwić…
- Nie masz za co przepraszać, malutka - powiedział miękko Masahiro, używając dawnego rodzinnego przezwiska Hiromi. - Też to przeżyłem. - Westchnął, spoglądając gdzieś w bok, jakby w przeszłość. - Pamiętam swoją pierwszą misję poza wioską… i pierwszego człowieka, którego zabiłem. Byłem wtedy jeszcze dzieciakiem. - Pokręcił głową. - Wróciłem do domu chory z poczucia winy. Udawałem przed Starym i Orochim twardego, ale nocami… cóż, też miewałem koszmary. A byłem wtedy głupi dzieciak, co jeszcze nie rozumie, jak wartościowe jest życie ludzkie.
Hiromi patrzyła ze zdumieniem na brata. Masahiro rzadko mówił o tamtych czasach, zawsze był dla niej wzorem czułego opiekuna, dobrego i prawego, wręcz stroniącego od przemocy jeśli nie była konieczna. Nigdy nie pomyślała, że on również mógł nosić w sobie taki cień. Nawet, jeżeli logicznie wiedziała, że przecież brał udział w wielu wojnach.
- Jak… jak sobie z tym poradziłeś? - zapytała nieśmiało.
Masahiro uśmiechnął się smutno.
- Czas pomógł. Rozmowy pomogły - odparł. - Stary zauważył. Pewnego wieczoru dał mi sake i kazał opowiedzieć wszystko od początku do końca. Nie chciałem, ale… - zaśmiał się cicho. - Wiesz, jaki jest Sugiyama. Nie przyjmował odmowy. Wygarnął mi wtedy, że tchórzę przed własnymi emocjami. Zdenerwowałem się… i tak od słowa do słowa wyrzuciłem z siebie, co leżało mi na piersi. A potem… potem było lżej.
- Ja też musiałam kiedyś stanąć twarzą w twarz z tym, co zrobiłam - wtrąciła łagodnie Shizue. Oparła dłoń na dłoni Hiromi. - Nie jesteś pierwsza ani ostatnia, Hiromi. Jesteś kunoichi. Zabijanie wrogów… niestety bywa częścią naszej rzeczywistości. Każdy z nas kiedyś to przeżył, ten pierwszy raz. I prawie każdy z nas czuł to, co ty teraz. Gdybym powiedziała ci, że z czasem przestaniesz czuć smutek czy żal, skłamałabym. Ale nauczysz się z tym żyć. Uczysz się rozumieć, że czasem nie mamy wyboru oraz lepiej panować nad siłą, którą masz w sobie,
- Hiromi-chan, spójrz na mnie. - Dziewczyna podniosła wzrok. - Gdybyś wtedy nie zaatakowała z pełnią swoich sił… - głos mu się lekko zaciął - dziś zapewne byśmy tu nie rozmawiali. Tamten człowiek zabiłby ciebie i pewnie wielu innych. Ocalenie życia to też część bycia medykiem. Czasem, paradoksalnie, wymaga to odebrania życia komuś, kto chce zniszczyć wszystko dookoła.
Hiromi słuchała, ocierając pojedyncze łzy. Słowa brata powoli przedzierały się przez gąszcz jej poczucia winy. Ocalenie życia… innym kosztem własnej niewinności - czy to właśnie zrobiła? O tym mówił Sugiyama, kiedy wyruszali. W tamtym momencie, kierowana instynktem i treningiem, zadziałała, by chronić żołnierzy i przyjaciół. Gdyby wtedy zawahała się dłużej, skutki mogły być straszne. Wiedziała o tym. Tylko ona sama nie potrafiła siebie rozgrzeszyć.
- Wciąż czuję, że to złe… - szepnęła. - Że przekroczyłam jakąś granicę, i że już nigdy nie będę… sobą.
Shizue pokręciła głową, przyciągając Hiromi do siebie, tak że dziewczyna oparła czoło na jej ramieniu.
- Jesteś sobą. Tą samą dobrą Hiromi, którą dopiero niedawno poznałam, ale czuję, jakbym znała od lat - powiedziała twardo. - Gdybyś była inna, nie dręczyłoby cię to tak bardzo. Właśnie dlatego, że masz dobre serce, tak cierpisz. Ale to dobre serce nie zniknęło tylko dlatego, że musiałaś zrobić coś strasznego.
Masahiro uśmiechnął się blado.
- Sugiyama powiedział mi wtedy jeszcze jedną rzecz… - zaczął, spoglądając gdzieś w dal. - Powiedział: „Synu, jeśli kiedykolwiek poczujesz się z tym lepiej - jeśli zabicie wroga przestanie cię boleć - to będzie znak, że coś w tobie umarło. Więc paradoksalnie ciesz się, że cierpisz. To znaczy, że wciąż jesteś człowiekiem, a nie bezdusznym pionkiem do zabijania.”
Hiromi wzięła głęboki oddech, próbując przetrawić te słowa. Cierpiała, bo była człowiekiem. Bo życie było dla niej święte, nawet życie nieprzyjaciela. Czyż to nie czyniło jej serca w gruncie rzeczy szlachetnym, a nie splamionym
- Dziękuję… - powiedziała w końcu cicho, rozglądając się to na brata, to na bratową. Była wyczerpana emocjonalnie i fizycznie, ale po raz pierwszy od tamtego dnia poczuła, że nie jest sama w swoim bólu. Że oni oboje naprawdę ją rozumieją. - Przepraszam, że tak długo milczałam…
- Najważniejsze, że teraz mówisz - odparła łagodnie Shizue, ocierając kciukiem wilgotny policzek Hiromi. - Obiecaj nam tylko, że już nie będziesz tłumić w sobie tego wszystkiego, dobrze? Możesz przyjść o każdej porze, wygadać się… wykrzyczeć, jeśli trzeba.
Masahiro przytaknął.
- Dokładnie.
Hiromi skinęła głową. W gardle czuła gulę.
- Obiecuję… spróbuję - poprawiła się po chwili szczerości.
Shizue uśmiechnęła się i potargała lekko zmierzwione włosy Hiromi, próbując rozładować powagę chwili.
- A teraz dość tego płaczu, bo jutro zapuchnięte oczy będą ci przeszkadzać przy pracy - zażartowała delikatnie. - Spróbujpospać jeszcze choć parę godzin.
- Zostawić ci Azuki? - zapytał Masahiro, gdy wstali wraz z Shizue, szykując się do wyjścia. Kotek siedział w kącie łóżka, czujnie obserwując całą scenę swymi okrągłymi ślepkami.
- Tak… proszę - odparła Hiromi. Mały towarzysz znów wtulił się w jej bok, kiedy opadła zmęczona na poduszkę.
Tej nocy już więcej koszmary nie nadeszły. Hiromi zasnęła głęboko, czując ukojenie po wylanych łzach i rozmowie z bliskimi.
Nazajutrz Hiromi obudziła się później niż zwykle - pierwszy raz od dawna naprawdę się odsypiając. Gdy zeszła na śniadanie, zastała tylko Shizue w kuchni; Masahiro już wyszedł do pracy. Bratowa uśmiechnęła się do niej promiennie.
- Dzień dobry, śpiochu. - Wskazała parujący kubek ziołowej herbaty na stole. - Siadaj, napij się.
- Dzień dobry… - odparła Hiromi. Usiadła. Czuła się odrobinę nieswojo po nocnej scenie, lecz Shizue zachowywała się naturalnie, nie wspominając o niczym wprost. Tym niemniej jej spojrzenie było dziś jakieś jaśniejsze, jakby cieszyła się ulgą Hiromi.
- Jak się czujesz? - zapytała tylko, z pozoru lekko, ale w głosie pobrzmiewała autentyczna troska.
Hiromi zastanowiła się chwilę, mieszając łyżeczką w herbacie. Jak się czuła? Lżej i jednocześnie pusto, jak człowiek, który długo dźwigał głaz, a nagle go z niego zdjęto - mięśnie wciąż pamiętają ciężar, ale umysł zaczyna pojmować wolność od bólu.
- Trochę lepiej - przyznała szczerze. - Wciąż smutno… ale chyba spokojniej.
- Cieszę się - odparła Shizue, nalewając sobie również herbaty. - To ważny krok, Hiromi-chan. Pierwszy, ale ważny.
Hiromi kiwnęła głową i upiła łyk. Aromat melisy i jaśminu wypełnił jej nos, uspokajając ją. Po raz pierwszy gorzka nuta poczucia winy nie zdominowała całego jej jestestwa od rana. Było miejsce na inne myśli, w tym na jedną, która dojrzewała od wczorajszego wieczoru.
- Shizue-neesan… - zaczęła niepewnie Hiromi, bawiąc się brzegiem kubka. - Myślisz… myślisz, że powinnam napisać do rodziców?
Shizue uniosła brwi lekko ze zdumieniem, ale i z aprobatą.
- Jeśli czujesz taką potrzebę, to oczywiście. Rodzice martwią się o ciebie. Ojciec co rusz przysyłał kruka z pytaniem o wieści z frontu. Na pewno ucieszą się z listu.
Hiromi odetchnęła. Bała się tej konfrontacji, lecz jednocześnie pragnęła jej - tak jak człowiek pragnie oczyścić ranę alkoholem, choć wie, że będzie piekło.
- Chciałabym im… wszystko wyjaśnić. I przeprosić - dodała ciszej. - Czuję, że ich zawiodłam. Nie to sobie dla mnie wyobrażali…
Shizue pokręciła głową.
- Nie zawiodłaś. Ale napisz, co czujesz. To wam wszystkim dobrze zrobi.
Tego samego dnia po południu, po powrocie ze szpitala, Hiromi usiadła przy niskim stoliku w swoim pokoju. Przed nią leżał arkusz papieru listowego, a obok ulubiony pędzelek i kałamarz z atramentem. Azuki spał zwinięty na parapecie w plamie słońca. W pokoju panowała cisza, tylko zza okna dochodziły odgłosy miasteczka. Hiromi czuła, jak serce znów zaczyna jej szybciej bić - bała się tych słów, które miała przelać na papier. Ale wspomniała ciepłe uśmiechy Masahiro i Shizue. Nie jesteś sama, powtórzyła w myślach ich słowa. Wzięła więc głęboki oddech i zanurzyła pędzel w tuszu.
„Kochani Rodzice,” - nakreśliła na wstępie drżącym nieco pismem. Atrament wchłonął się w papier, pozostawiając głęboką, czarną smugę. Hiromi zawahała się tylko przez ułamek sekundy, po czym pisała dalej, z każdym kolejnym słowem czując, że na nowo przeżywa tamte wydarzenia.
„Na początku tego listu chcę Was gorąco pozdrowić i podziękować za waszą siłę oraz miłość, którą zawsze mi okazywaliście. Wracam myślami do domu - do wspomnień, które teraz dają mi pociechę. Piszę do Was, bo muszę Wam coś wyznać.
Podczas ostatniej misji wydarzyło się coś strasznego. Wiem, że pewnie docierały do Was wieści o walkach, ale sądzę, że przekazali wam, co mnie spotkało. Mamo, Tato, ja w czasie tej bitwy zabiłam człowieka.
Piszę to ze łzami w oczach. Nie zrobiłam tego z nienawiści ani okrucieństwa. Chciałam go pojmać, tak jak członkowie jego klanu wcześniej chcieli pojmać mnie. Użyłam swojej siły i chakry. I uderzyłam z zabójczą siłą. Musiałam ich bronić posterunku, który ledwo się trzymał, ale chciałabym potrafić lepiej panować nad swoją siłą. Wiedzieć, jak i ile siły powinnam włożyć w walkę. Moje serce wciąż nie potrafi się z tym pogodzić. Czuję, jakbym przekroczyła granicę, zza której nie ma powrotu. Od tamtej pory męczą mnie koszmary i poczucie winy.
Boję się, że Was zawiodłam. Że splamiłam honor rodziny. Powinnam być medyczką i dyplomatką. Wciąż zadaję sobie pytanie: czy mogłam postąpić inaczej? Czy gdybym była lepiej wyszkolona, znalazłabym sposób, by nikogo nie zabijać?
Uczę się teraz, żeby stać się lepszym medykiem. Wracam do nauki medycznych technik, sięgam po nowe zwoje o truciznach, odtrutkach i lekarstwach. Chcę być gotowa uratować każdego, kogo zdołam - żeby już nigdy nie musieć stanąć przed takim wyborem. Ale mimo tego, jest mi ciężko. Czasem czuję się, jakbym nie miała prawa trzymać skalpela i leczyć, bo ręce, które leczą, nie powinny odbierać życia. Wiem, że takie myśli są niebezpieczne. Dlatego piszę do Was - bo potrzebuję Waszego słowa otuchy, Waszej rady.
Kochani Rodzice, jeśli potraficie, wybaczcie mi. Wiem, że wojna rządzi się okrutnymi prawami i że mama, jako kunoichi, też zapewne ma na rękach krew wrogów. Ale nigdy dotąd tego nie rozumiałam tak, jak rozumiem teraz, gdy to ja jestem w tej sytuacji.
Proszę, napiszcie do mnie. Powiedzcie, co powinnam zrobić, jak mam dalej żyć z tym brzemieniem. Bardzo za Wami tęsknię. Mam nadzieję, że kiedy wszystko się uspokoi, będę mogła Was odwiedzić w Sakai i uściskać. Chciałabym Wam również przedstawić kogoś bardzo dla mnie ważnego. Wasza córka…”
Atramentowe litery rozmazywały się lekko miejscami - tam, gdzie spadła na papier zabłąkana łza. Hiromi odłożyła pędzel i przeczytała drżącym szeptem to, co napisała. Serce waliło jej z niepokoju, ale jednocześnie czuła ogromną ulgę. Jakby zamknęła pewien etap - opisała w słowach to, co ją dręczyło, nie pomijając niczego.
Na koniec podpisała się: „Hiromi”, po czym dodała jeszcze krótkie postscriptum: „Masahiro jest przy mnie, ma się dobrze. Shizue opiekuje się nami obojgiem - nie mogłam trafić na lepszą bratową. Proszę, nie martwcie się za bardzo. Kocham Was.”
Zapewniwszy, że atrament wysechł, Hiromi złożyła list starannie i opieczętowała go. Potem poszła na dziedziniec poszukać klanowego kuriera - jednego z posłańczych ptaków, które często czekały w gołębniku na listy do przeniesienia. Przywiązała list do nóżki czarnego kruka wyszkolonego w posłudze pocztowej. Ptak zakołysał się, jakby w geście zrozumienia, po czym wzbił się w niebo, obierając kierunek na Sakai, gdzie mieszkali jej rodzice.
Gdy kruk zniknął z pola widzenia, Hiromi westchnęła głęboko. Miała teraz zrobić jedną rzecz, na którą wcześniej nie starczało jej sił: pomodlić się za duszę tego człowieka, którego zabiła. Hiromi udała się więc do małego rodzinnego ołtarzyka, który stał w bocznym pokoju domu. Zapaliła kadzidło i przez dłuższą chwilę klęczała w ciszy. W myślach prosiła o wybaczenie - nie tylko od tego, kogo zabiła, ale też od samej siebie.
Kiedy się podniosła, w sercu czuła dziwny spokój. Zrobiła wszystko, co mogła, by naprawić siebie na nowo: wypłakała ból, podzieliła się nim z bliskimi, poprosiła rodziców o radę i wsparcie, pomodliła się za duszę ofiary. Resztę miał uleczyć czas.
Cierpliwość i wsparcie.
Tęskniła za Azumą.
Odpowiedź od rodziców nadeszła niespełna tydzień później. Kruk powrócił pewnego ranka, ocierając się skrzydłem o okno kuchni, gdy Hiromi razem z Shizue przygotowywały śniadanie. Dziewczyna niemal upuściła nóż, którym kroiła warzywa, tak drgnęła z emocji. Serce podeszło jej do gardła - z jednej strony bardzo pragnęła przeczytać słowa od mamy i taty, z drugiej obawiała się ich reakcji.
Wytarła pospiesznie ręce i odebrała list od ptasiego posłańca. Zwój był starannie zamknięty i zaadresowany charakterem pisma ojca. Drżącymi palcami Hiromi złamała pieczęć, patrząc na gęsto zapisaną stronę.
- Może usiądziesz? - zaproponowała cicho Shizue, kładąc jej dłoń na ramieniu. Hiromi skinęła głową i usiadła przy stole.
List był długi. Widząc to, Hiromi nabrała nieco tchu - rodzice nie zbyli jej kilkoma zdawkowymi zdaniami, poświęcili czas, by odpowiedzieć obszernie. Zanurzyła się w czytaniu:
„Kochana Hiromi,” - zaczynał ojciec. „Dziękujemy za Twój list. Czytając go, oboje z Mamą nie potrafiliśmy powstrzymać łez - czuliśmy Twój ból w każdym słowie. Przede wszystkim chcemy, żebyś wiedziała jedno: nie zawiodłaś nas. Wręcz przeciwnie - jesteśmy z Ciebie dumni.
Dumna jest z Ciebie przede wszystkim Twoja Mama, która chciałaby Ci tu napisać kilka słów od siebie:”
Tu styl pisma odrobinę się zmieniał; Hiromi zrozumiała, że w tym miejscu pisze matka:
„Hiromi, słonko, chciałabym Cię teraz przytulić najmocniej, jak potrafię. Pamiętaj, proszę, że Cię kochamy bez względu na wszystko. Twoje łzy są teraz nasze, Twój ból jest naszym bólem. Gdybym tylko mogła, zabrałabym od Ciebie to cierpienie.
Wiem, że nic, co napiszemy, nie odejmie Ci od razu tego ciężaru. Ale chcę, żebyś wiedziała: rozumiem Cię. Sama kiedyś byłam młodą kunoichi, która musiała stanąć przed podobną sytuacją. Nie opowiadałam Ci o tym, bo liczyłam, że być może ominie Cię taki los, ale wojna jest okrutna. Miałam 16 lat, gdy pierwszy raz splamiłam ostrze krwią. Jednak czas pokazał mi, że to nie tak. Nasze czyny - nawet te straszne - nie muszą nas definiować, jeśli nie pozwolimy im zawładnąć naszym sercem.
Poza tym, musisz umieć się bronić. Te Dzikie dranie chciały Cię porwać. Teraz będą wiedzieć, że nie jesteś małą dziewczynką, z którą można zadzierać. Wiele złego może się stać kobiecie w świecie. Ja wolę, żebyś potrafiła się bronić, nawet tak bardzo, niż raz miałabyś się obronić za mało.
Pytasz, jak dalej żyć z tym brzemieniem. Odpowiedź brzmi: żyć dalej. Robić swoje, dzień po dniu, nawet jeśli początkowo jest ciężko. Z każdym wschodem słońca ten kamień w piersi będzie odrobinę lżejszy. Któregoś dnia zrozumiesz, że potrafisz uśmiechnąć się szczerze, nie czując się winna. Nie spiesz się jednak. Masz prawo przeżywać żałobę po tej stracie - bo to jest strata, tak, strata czyjegoś życia z Twojej ręki. To naturalne, że to opłakujesz.
Przechodzisz teraz przez różne stadia żalu. Może była złość, może rozpacz, pewnie też poczucie winy i bunt - to wszystko jest normalne. Ale uwierz mi, na końcu przyjdzie akceptacja. Nie zapomnienie - bo zapomnieć się nie da - ale pogodzenie się z faktem. Pewnego dnia spojrzysz na swoje odbicie i powiesz: „Tak, zrobiłam to. Nie chciałam, ale musiałam. I wciąż jestem sobą. Wciąż zasługuję na miłość i na przyszłość.”
Widzę po Twoim liście, że już podejmujesz kroki, by sobie z tym poradzić. Piszesz o nauce medycyny, trucizn, odtrutek. Tak trzymaj, kochanie. Rzuć się w wiedzę, doskonal swe umiejętności. To nie ucieczka - to mądrość. Z każdą nową umiejętnością będziesz pewniejsza, że następnym razem uda Ci się ocalić więcej istnień, a może uniknąć konieczności odebrania życia.
Twój Tata i ja ufamy Ci. Wierzymy, że obierzesz właściwą drogę. Nie karz się już więcej za to, co się stało. Uwolnij się od tych kajdan winy - jesteś młoda i całe życie przed Tobą. Jeszcze zrobisz wiele dobrego. Ba, już zrobiłaś!
Wierzę, że los niedługo znów Was połączy, a wtedy jego obecność doda Ci sił.”
Tu znów charakter pisma powrócił do prostego, zdecydowanego stylu ojca:
„Cóż mogę dodać? Mama właściwie napisała wszystko, co najważniejsze. Hiromi, zawsze byłaś bardzo wrażliwa i pełna empatii. To Twój największy atut jako medyczki - i największe przekleństwo w chwilach takich jak ta. Ale wolimy mieć córkę, która płacze nad utraconym życiem, niż taką, która nic by sobie z tego nie zrobiła. Jesteś dobrym człowiekiem. Nie pozwól, by ta jedna tragedia przekreśliła Twoją wiarę w siebie.
Masz prawo być smutna. Masz prawo czuć żal. Masz prawo też czuć dumę - tak, dumę - że obroniłaś innych, ryzykując własne życie. My czujemy dumę, mając taką córkę jak Ty.
Wracaj do zdrowia, ukochana. Pisz do nas często lub przyjedź, jeśli tylko będziesz mogła - zawsze tu na Ciebie czekamy.
Twoi Rodzice”
Hiromi odłożyła list na stół i otarła rękawem oczy, które zasnuła mgła wzruszenia. Łzy spadły na stół - lecz tym razem były to łzy ulgi i wdzięczności. Ani jedna nuta potępienia nie pobrzmiała w słowach rodziców. Tylko miłość, wsparcie i zrozumienie. Nie zawiodłam ich… - pomyślała, a w jej sercu coś rozkwitło jasnym ciepłem, jak promień słońca wypierający resztki mroku. Jestem dobrym człowiekiem…
- Hiromi-chan? - odezwała się cicho Shizue, która przez cały ten czas siedziała w oddaleniu, chcąc dać jej prywatność przy lekturze. - Wszystko w porządku?
Dziewczyna zerknęła na bratową. Uśmiechnęła się przez łzy - tym razem szczerze.
- Tak - powiedziała, składając list z powrotem z nabożną czcią. - W porządku.
Shizue wstała, podeszła do Hiromi i przytuliła ją mocno, nie pytając o szczegóły. Po prostu cieszyła się razem z nią tą chwilą przełamania.
Popołudnie tamtego dnia zastało Hiromi siedzącą na werandzie domu z podręcznikiem medycznym na kolanach. Obok niej leżała porozkładana cała kolekcja zwojów o toksynach i antidotach, które wygrzebała z rodzinnej biblioteczki. Azuki spał wtulony przy jej boku, grzejąc jej udo.
Hiromi przerzuciła stronę księgi, notując na marginesie kilka uwag drobnym pismem. Czytała akurat o właściwościach trujących roślin i sposobach sporządzania serum. Chłonęła tę wiedzę z nową energią, jak gąbka nasiąkała wodą. Jeszcze parę dni temu nie potrafiła skupić myśli, każde zdanie w książce rozmywało jej się przed oczami. Teraz jednak w jej umyśle panował względny spokój - pustka po bólu zaczęła wypełniać się celem. Muszę być silniejsza. Muszę wiedzieć więcej. To moja droga. - powtarzała sobie, chłonąc kolejne akapity.
- Widzę, że studia ruszyły pełną parą - odezwał się nagle Masahiro z uśmiechem, wychylając głowę zza drzwi. Skończył już swoje zajęcia i wrócił akurat do domu. Podszedł do siostry, spoglądając na stos zwojów. - Oho, toksykologia, ziołolecznictwo… Zamierzasz zostać nadworną trucicielką, Hiromi? - zażartował, mrugając do niej zaczepnie.
Hiromi parsknęła śmiechem - prawdziwym, dźwięcznym śmiechem, który aż zaskoczył zarówno ją, jak i brata.
- Raczej odwrotnie - odparła, odkładając księgę. - Chcę poznać trucizny, by umieć je leczyć. Jeśli kiedykolwiek spotkam znów shinobi posługujących się jadem, będę przygotowana, żeby ratować ofiary.
Masahiro skinął głową z uznaniem. Usiadł obok niej na werandzie.
- To bardzo szlachetne. I rozsądne. - Spojrzał jej w oczy. - Cieszę się, że wróciłaś, siostrzyczko.
- Wróciłam? Przecież nigdzie nie wychodziłam - droczyła się Hiromi, choć oboje wiedzieli, co ma na myśli.
Masahiro poklepał ją lekko po plecach, po bratersku.
- Wróciłaś ty. Nasza Hiromi. Bo przez chwilę bałem się, że ją straciliśmy gdzieś na polu bitwy.
Hiromi spoważniała na te słowa, ale w jej sercu nie odezwał się dawny lęk - tylko wdzięczność.
- Dzięki wam… i rodzicom… - powiedziała cicho. - Naprawdę nie wiem, co bym zrobiła, gdybym nie miała was przy sobie.
Masahiro zaśmiał się.
- Pewnie poradziłabyś sobie, tylko zajęłoby to więcej czasu. Zawsze byłaś silna, Hiromi-chan. Teraz jesteś może odrobinę silniejsza niż wcześniej.
Dziewczyna zamyśliła się chwilę, wbijając wzrok w dal, gdzie w ogrodzie Shizue przycinała akurat gałązki czerwonych kamelii do wazonu. Bratowa z zaciętą miną oddawała się ikebanie - swojej ulubionej sztuce układania kwiatów, która wymagała tyleż zręczności, co cierpliwości. Kiedy Shizue uniosła przygotowaną kompozycję, Hiromi zauważyła, że ułożyła jedną jedyną kamelię, podpartą misternie patyczkami, by stała prosto w naczyniu.
Shizue spojrzała w ich kierunku i uśmiechnęła się.
- Widzisz tę kamelię? - zawołała do Hiromi. - Wygląda samotnie, prawda? Jedna gałązka w wazonie… Ale stoi stabilnie, bo odpowiednio ją wsparłam od spodu. Ikebana uczy, że nawet jeden kwiat może być stabilny, jeśli dobrze go podeprzeć od środka. - Mrugnęła porozumiewawczo i wróciła do swojej pracy.
Hiromi poczuła napływające ciepło do serca, słysząc metaforę Shizue. Tym kwiatem była ona sama. Osamotniona w swoim cierpieniu uginała się i chwiała, ale kiedy wsparły ją „patyczki” - jej bliscy, zdołała znów stanąć prosto.
- Macie rację - odezwała się, zwracając się do Masahiro, lecz głośniej, by i Shizue ją usłyszała.
Hiromi wzięła kotka na ręce i uniosła do góry.
- Dam radę - szepnęła bardziej do siebie niż do nich, wtulając policzek w miękkie futerko Azuki. - Dla siebie… dla was… i dla Azumy. Wytrwam i będę dalej iść naprzód.
Na samą myśl o Azumie poczuła znajome ciepło, tym razem jednak niezmącone rozpaczą. Tęsknota pozostała, lecz zmieniła się w coś lżejszego - w oczekiwanie na radosne spotkanie, nie w przygnębiającą nieobecność. Wyobraziła sobie, jak pisze do niego list, w którym z dumą opowie, czego się nauczyła, jak poradziła sobie z demonami przeszłości. Albo jeszcze lepiej - jak opowiada mu to wszystko twarzą w twarz, wtulona w jego bezpieczne ramiona, gdy wreszcie wróci z misji.
0 x
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 1 gość
