Shikarui nie ruszył głównym traktem. Nie umknęło jego uwadze, że większość kroków kieruje się do Akatori. Obrał kurs, który mógłby wyglądać dla postronnych jak kierowanie się gdzieś wzdłuż Głębokich Odnóg, ale zamierzał delikatnie zakręcać. Stopniowo. Ale kto mógłby go obserwować? Yuriko ruszyła już przodem. Więc? Tamaki. Ponieważ widział, w którą stronę, traktem, kieruje się Aka, jego uwaga przez jakiś czas była skupiona właśnie na niej. Czy obserwuje. Jeśli tak, to co obserwuje. Jeśli obserwuje, jak długo się skupia - co mogłoby wskazywać, jak daleko sięga wzrokiem. Wyciągał wnioski. I nieszczególnie się śpieszył. Przyśpieszał tylko w momentach, w których czuł się pewniej i chciał nadgonić swoim zakrętem dystans między sobą i Akim. Miał spory zapas ruchu do niego. Nie wiedział, jak daleko psy Yoichiego dokładnie mogą wszystko wyczuwać, jak dokładnie, na jakiej zasadzie działał ich węch, ale jedno działało na jego przewagę - błoto. Był nim pokryty w całości. Czy to wystarczy, by zmylić węch tak doskonałych łowców nie wiedział. Ruszył na łowy, a na łowach wszyscy byli twoimi potencjalnymi wrogami. Mógł narzekać na własne zmęczenie i ból, ale w tym zmęczeniu nie był wcale sam. Uchiha w końcu też je odczuwał. Był bardzo pewny siebie, jeśli chodzi o wytrzymałość ciała.
Był bardzo cierpliwy i systematyczny. Minął Akatori. Nie zamierzał się tam pokazywać. Szedł w oddaleniu przynajmniej 4 kilometrów od niej. Strzeżonego bogowie strzegą - tak mawiała jego matka. A przynajmniej jakoś tak. Shikarui w końcu nigdy nie miał doskonałej pamięci. Teren był przez to trudniejszy, ale obierał też drogę jak najprostszą. Ból w boku nie zachęcał ani do nadmiernego pośpiechu ani do szczególnego uprawiania małpiego gaju na drzewach czy skałach. Nie wędrował przez cały czas z włączonym tsujiteiganem - nie potrzebował tego. Bez ubytku chakry co jakiś czas upewniał się co do tego, gdzie jest, jak się ma jego droga, czas i odległość od jego celu i jak też to wszystko stawiać względem potencjalnych zagrożeń. Kontrolował czas - bo czas był wszystkim, czego potrzebował.
Dlatego wybrał czas, który był nocą.
Takty w tej części świata, w górach, były puste. Całkowicie puste, jeśli nie liczyć teraz tych, którzy wracali z samej Oniniwy. Jednak Shikarui był gotów czekać i do następnej nocy. I do następnej. I następnej... Był gotów czekać i miesiąc, byle zapewnić sobie idealną przestrzeń i czas do zabójstwa. Czy ktoś był w obrębie jego wzroku? Czy nie było? Zadbał o to, żeby nie było. 12 kilometrów czystej przestrzeni - to naprawdę dużo.
Przybrany w technikę niewidzialności, z tsujiteiganem, ze strzałą nałożoną na łuk. Zakradł się do skromnego obozowiska, kiedy jego cel spał, na odległość pozwalającą mu oddać strzał czysty i bezproblemowy. Przeszywający od razu głowę - oczywiście nie tak, by zniszczyć cenne oczy, których zniszczenie, przy tym, gdy ktoś leży, byłoby i tak ciężkie. Strzał w nieruchomy cel - czysty, precyzyjny. Bezproblemowy. Strzała świsnęła w powietrzu. Minimalna ilość krwi. Bezbolesna, natychmiastowa śmierć. Shikarui po jednej strzale jednak się nie rozluźnił. Natychmiast w jego dłoni znalazła się druga - gotowa do wystrzelenia w gardło, by ukrócić krzyk, jeśli coś poszłoby nie tak. A nawet i trzecia - gotowa przeszyć serce, jeśli cel nagle zacząłby się bronić.
Uchiha Aka.
Ukryty tekst