Ogłoszenia fabularne - Wieści ze świata
- Ario
- Martwa postać
- Posty: 2603
- Rejestracja: 18 maja 2020, o 10:21
- Wiek postaci: 22
- Ranga: Sentoki
- Krótki wygląd: Pomarańczowo-włosy chłopak, noszący na plecach płaszcz z znakiem Kropli.
- Widoczny ekwipunek: Na plecach ma duży, dziwny plecak, a na jego barku spoczywa czarna salamandra w zółte kropki.
- Link do KP: http://shinobiwar.pl/viewtopic.php?f=33&t=8554
- GG/Discord: Boyos#3562
- Nizan
- Posty: 247
- Rejestracja: 9 lis 2025, o 10:25
- Wiek postaci: 23
- Ranga: Akoraito
- Link do KP: viewtopic.php?f=32&p=231394#p231394
- GG/Discord: boyos
- Kaito Ishikawa
- Posty: 1027
- Rejestracja: 14 sie 2025, o 11:52
- Wiek postaci: 26
- Ranga: Kogō
- Widoczny ekwipunek: ...
Samehada
Tanto
Błękitna Zbroja
Długi łuk
Kołczan
Lis
Kruk
... - Link do KP: viewtopic.php?p=229047#p229047
- Aktualna postać: Kaito Ishikawa
Re: Ogłoszenia fabularne - Wieści ze świata
0 x
KLIK - KARMAZYNOWE SZCZYTY - GRA W REGIONIE - KLIK
_______________________________
Samehada / Narrator / Mowa
KP | PH | BANK
Prowadzone Misje:
Samehada / Narrator / Mowa
KP | PH | BANK
Prowadzone Misje:
- Sasame - Kampania S
- Minari - Kampania D
- Yukari - Kampania C
- Sayuri - Fabuła
- Nobuo
- Posty: 257
- Rejestracja: 2 sty 2026, o 13:30
- Wiek postaci: 21
- Ranga: Akoraito
- Krótki wygląd: Avek
- Widoczny ekwipunek: Plecak, 2 kabury
- Link do KP: viewtopic.php?f=33&p=233599#p233599
- Multikonta: Emi, Yumi, Pączuś
Re: Ogłoszenia fabularne - Wieści ze świata
Siedziba władzy - Ningyō-shi Lato 395
Nariko ledwo doczołgała się do pomieszczenia w którym urzędowała, mijając straże od swojego pokoju rozkazała im. - Wezwijcie... Taisho i Asami. - Po czym usiadła na miejscu, które zazwyczaj zajmowała zajmując się przyziemnymi sprawami klanu i osady. Minęły niecałe trzy minuty jak się zjawiła dwójka seinninów Kaguya. - Wzywałaś nas pani? - Zapytała Asami, po ułamku sekundy jak tylko zorientowała się w jakim stanie jest Nariko Kaguya podbiegła do niej, przyklękła i pomogła jej trzymać pozycję na krześle. - Co się stało?! - Wydarła się na cały pokój, pot zaczął spływać z jej czoła była już pewna, że zrobiło się naprawdę nieciekawie.
- Sao... Saori... Saori nas zdradziła... - Miała ogromne problemy w wyrażaniu się. Asami wyjęła zwykłą chusteczkę i zaczęła wycierać jej twarz z krwi jaką pozostała na niej po starciu z liderką Ayatsuri. - Taisho... Zmobilizuj wojsko, to jest wojna domowa. - Podniosła rękę odpychając Asami, która wycierała jej twarz. - Asami, musisz wprowadzić... Szakali do miasta, musimy się ufortyfikować... Nie odpuszczą go tak łatwo... - Po czym Nariko osunęła się z krzesła.
Taisho wybiegł momentalnie z pomieszczenia. - Medyka... Szybko! - Wydał polecenie do strażników, którzy znajdowali się pod drzwiami pomieszczenia. W siedzibie zapanował chaos...
Pałac Koteia Zima 396
Saori Ayatsuri zamknęła za sobą drzwi gabinetu bez trzasku. Dźwięk był miękki, niemal uprzejmy zupełnie niepasujący do napięcia, które niosła ze sobą do środka. - Nariko i Sayuri zdradziły - powiedziała spokojnie. - W Sabishi trwa otwarty bunt. Moi ludzie są wypierani z miasta.Sabaku no Jou nie odpowiedział od razu. Stał przy oknach, oparty lekko o framugę, obserwując ptaki krążące pomiędzy palmami. Słońce odbijało się w szkle, rzucając na jego twarz jasne, martwe światło.
- To przykre - odparł w końcu. - Ale nie widzę, dlaczego miałoby mnie to obchodzić. - Saori zrobiła kilka kroków w głąb pomieszczenia. Jej głos pozostał opanowany, ale wyraźnie stwardniał. - Oczywiście, że powinno cię to obchodzić. Sytuacja wymknęła się spod kontroli. Najpierw atakuje mnie Ario, potem Nariko, ta suka, moja siostra, spiskowała od lat za moimi plecami. Potem Nariko ucieka z miasta, a ja na trochę wyjeżdżam, a ona wraca. Dotyczy to nie tylko mnie. - Jou odwrócił głowę minimalnie. Nie spojrzał na nią, a raczej w jej stronę.
- Na razie słyszę tylko, że nie poradziłaś sobie z prowincją, którą powierzono twojej pieczy. I w ciężkiej dla niej chwili wyjechałaś. - Rozpoczął. - Prowincja została podzielona przez spiskującą Sayuri i Nariko. Za twoimi plecami pomagały Oroborosowi. A na pewno mu nie przeszkadzały - poprawiła natychmiast. - Sayuri złamała dane radzie słowo. Nariko działa wbrew Radzie i wbrew interesowi Unii. Zapadła krótka cisza. Jou wreszcie sięgnął po dzbanek z herbatą. Lał ją powoli, jakby słowa kobiety nie obchodziły go. Znała go jednak na tyle, że wiedziała, że Kotei potrzebuje tego czasu, żeby pomyśleć
- Zadam ci pytanie, Saori - powiedział bez emocji. - Czyja to wina? - Na te słowa Saori lekko się wzdrygnęła. - Sayuri i jej spisku z Ario przeciwko mnie. Chciała zostać samodzielnie liderką Ayatsuri. I Nariko - odparła bez wahania. - I tych, którzy pozwolili im działać… - Nie - przerwał jej. - Twoja.
Saori zmrużyła oczy, ale nie zaprzeczyła, tylko zacisnęła zęby i pięści. Mimo bycia ludzką marionetką, sporo zachowań z czasów posiadania ciała, chociaż tak dawno je wymieniła to nadal to pozostało. Czy to dlatego, że grała, czy tak było po prostu miała, pewnie sama nie wiedziała. Odwrócił się w końcu. Ich spojrzenia spotkały się po raz pierwszy. Jego było chłodne. Jej - twarde, ale zdenerwowane. - Przyszłaś, żebym rozwiązał problem, który wymknął się spod twojej kontroli. Pozwoliłaś, żeby Ario urósł do problemu, żeby twoja niechakrowa siostra i Nariko spiskowały za twoimi plecami… a może nawet nie za plecami, tylko za przyzwoleniem, dopóki miałaś spokój.
- Kłamstwo! Nie ośmieliłabym się działać przeciwko Ayatsuri i Pustyni. Jestem Shirei-kan pełnoprawnie wybraną na to stanowisko z pełnym zaufaniem i… - urwała na chwilę i użyła kolejnego argumentu. - No tak. Aracie byś pomógł. - Po tych słowach miało nastać coś nieoczekiwanego. - Miarkuj się. - odpowiedział jej Jou, po raz pierwszy wykazując jakiekolwiek emocje, nawet jeżeli było to lekkie skrzywienie ust. - Potrzebuję wsparcia, Jou! Inaczej zginie mnóstwo ludzi. A to osłabi Sabishi. I Unię. - Przez moment mierzyli się wzrokiem. Wreszcie Jou wskazał ruchem dłoni jedno z krzeseł.
- Usiądź. - Saori zawahała się ułamek sekundy, po czym usiadła. - Chcesz mojej pomocy - powiedział Jou, siadając naprzeciwko niej. - Wojska. Wpływów. Autorytetu. - Wymieniał kolejno. - Tak. - Pewnie i pokornie odpowiedziała kobieta. - A co dostaję w zamian?- Nie odpowiedziała od razu.
- Stabilność na północy - zaczęła. - Utrzymanie szlaków handlowych. I precedens: że zdrada w Unii nie pozostaje bez konsekwencji. Jou uśmiechnął się ledwie zauważalnie. - Było czuć narastające napięcie w pokoju. - To są korzyści dla Unii. Nie dla mnie. - Saori pochyliła się lekko do przodu. - Jeżeli Sabishi upadnie, Nariko stanie się symbolem, może naprawdę Oroboros się do niej przyłączy. Ludzie pomyślą sobie, że można rzucić wyzwanie władzy i wygrać. A wtedy następni będą Maji. Albo Dohito. - Zawiesiła głos. - Albo Sabaku. - Cisza ciążyła między nimi, Jou przyjrzał jej się uważniej.
- To groźba? - Można było odczuć lekkie zdziwienie z jego strony, jednak dalej pozostawał zimny, bez emocji. - Nie śmiałabym. To po prostu moje wnioski poparte obserwacjami. Wstał powoli i podszedł z powrotem do okna. - Wyślę ludzi - powiedział w końcu. - Do wsparcia operacji. - Saori wypuściła powietrze. - Dziękuję… - Można było odczuć jak całe napięcie uchodzi z Saori. - Nie dziękuj - przerwał i odwrócił się przez ramię. - W zamian dasz mi coś, czego nie chcesz mi dawać i nie możesz odmówić.- Saori skinęła głową. - Rozumiem. - odparł. - Dobrze... W takim razie mamy umowę...
Siedziba władzy - Kōzan Wiosna 396
Przy jednym stole siedzi Haretsu Kukuri, Haretsu Keisuke i Dōhito Mamoru. Lider klanu Haretsu odkłada zwój, który jeszcze chwilę temu czytał. - Wybuchła wojna domowa w Ningyō-shi. - Wziął po tym głęboki oddech i odchylił się trzymając równowagę na tylnych nogach krzesła. - I co my z tym wszystkim zrobimy szanowny Kukuri? - Dopytał Keisuke, spiął się cały na myśl tylko o tym co się wydarzyło na Samotnych Wydmach. - Jak to co? Proste nic. - Powrócił krzesłem do normalnej pozycji.
- Ale to jest wojna domowa, zainteresuje się tym sam kotei! Też musimy brać w tym udział. - Nerwy lekko puściły u Keisuke. - Kukuri ma w tym przypadku rację. - Wstał na te słowa Keisuke. - Dla ciebie szanowny shirei-kan Kukuri. - Lider rodu Haretsu machnął mu ręką by usiadł. - Siadaj na dupie... Ta wojna nie jest dla nas korzystana, ale mamy ważniejsze problemy. Nie ma lidera rodu Dōhito... W tym momencie klan Kaguya będzie bił się z klanem Ayatsuri, zakładam też, że z większością unii. Nie mamy najmniejszego interesu w uczestniczeniu w tym przedsięwzięciu. - Słowa lidera sprawiły, że Keisuke usiadł spokojnie na miejscu. - Dla nas liczy się na ten moment problem Oroborosa. - Zasłonił twarz dłońmi po czym mocno ją przetarł.
- Czyli musimy zacząć działać, stwórzmy ekspedycję. - Dziadek wypalił z pomysłem. - Co masz na myśli mówiąc ekspedycję? Bo nie brzmi to jak trafne sformułowanie. - Dopytał do Kukuri. - Skoro unia ma teraz inne problemy, możemy postawić więcej na tą sprawę. Stwórzmy oddział, który się z nimi rozprawi. Oczywiście nie mówię tutaj o byle jakim oddziale, ale takim który ma faktycznie szanse coś zdziałać. - Gestykulował w sposób zachęcający, starając się sprawić by ta idea przypadła do gustu aktualnemu władcy Kōzan.
- No ale stworzymy ten oddział i co dalej? Wiedzą co mają robić? - Keisuke był sceptycznie do tego nastawiony. - Jak to co mają robić? Rozwiązać problem... Postawimy na najbardziej zaufanych i zdolnych tylko by przynajmniej popchnęli ten temat dalej. Może nawet uda im się go rozwiązać. - Kontynuował Mamoru. - Czyli chcesz zebrać nasze najwybitniejsze jednostki i im powiedzieć by się tym zajęli i to rozwiązali? - Dopytał lider.
- W zasadzie to tak. - Uśmiechnął się, był dumny ze swojego pomysłu i z tego, że jest to w ogóle rozpatrywane na tym poziomie. - Nie kupuje tego. - Zaczął Keisuke. - Zróbmy tak, zwołaj Fujiko i niech dobierze sobie ludzi wedle uznania. - Kiwnął głową do Mamoru. - Ale szanowny shirei-kanie! - Wstał seinin klanu Haretsu. - Siadaj na dupie. Czy Fujiko kiedyś nas zawiodła? Jest ona osobą do zadań specjalnych... Poradzi sobie i w tym zadaniu.
Nariko Kaguya - Klik!
Asami Kaguya - Klik!
Taisho Kaguya - Klik!
Saori Ayatsuri - Klik!
Sabaku no Jou - Klik!
Kukuri Haretsu - Klik!
Keisuke Haretsu - Klik!
Mamoru Dōhito - Klik!
Rozpoczyna się zlecenie specjalne: Oblężenie Ningyō-shi Można zapisywać się na kampanię: Oroboros Przestają być dostępne zlecenia specjalnie: Złota era, Równowaga, Serce ludu
4 x
- Papyrus
- Administrator
- Posty: 3946
- Rejestracja: 8 gru 2015, o 15:36
- Ranga: Fabular
- GG/Discord: Enjintou1#8970
- Multikonta: Yuki Hoshi; Uchiha Hiromi; Sans
Re: Ogłoszenia fabularne - Wieści ze świata
Wojna Światów - Zakończenie
Posiadłość klanu Amakumo, Ryuzaku no Taki
Lato 396
Papier wydawał się pachnieć mokrą ziemią i dymem z paleniska. Nawet tutaj, w ciepłym skrzydle administracyjnym, raporty od Uchiha przywodziły na myśl klimat bagien. Takane Chieko przez chwilę tylko patrzyła na pieczęć lakową, w której był odciśnięty znak wachlarza, bojąc się ją przełamać. To, co było w środku, było czymś nieznanym, a ona nie lubiła nie wiedzieć. Oczywiście, mogła otworzyć raport i go przeczytać, ale nie wiedząc, czego się spodziewać, przez chwilę wahała się.
Komnata rachunkowa była uporządkowana aż do przesady. Na półkach stały równo księgi ceł i rejestry konwojów, na stole leżały trzy mapy Północnego Ryuzaku, każda z inną linią frontu, inną liczbą posterunków, inną ceną utrzymania drogi. Wszystko było dokładnie zapisane, zanotowane, obliczone razem z uwzględnionym podatkiem. Wojna na Północy Ryuzaku tutaj wyglądała zaledwie na wpis w księdze lub grę wojenną polegającą na zarządzaniu zasobami.
Takane złamała lak. Trzask przeszył ciszę komnaty. Rozwinęła zwój.
Najpierw suche zdania: o ruchach strażnic, o brakach w ryżu, o rannych, o naprawach mostów.
„Okayama utrzymana. Garnizon poniósł straty, ale Dzicy zostali wybici.”
„Strażnice na wschodzie… przerwane, obserwacja chwilowo utracona.”
Potem akapit, przy którym jej palce przystanęły, jakby papier nagle zrobił się chropowaty.
„Przybrzeżna strażnica przy Murze utracona. Wrogowie utrzymują port. Transport morski możliwy.”
Takane przymknęła oczy.
Port. Nie „wioska”. Nie „przyczółek”. Port oznaczał listy przewozowe, cła, pośredników, kontakt z obcymi kupcami, prawdziwy handel z Cesarstwem, może nawet z Aburame. Port oznaczał, że Dzicy stają się coraz bardziej samowystarczalni, mieli szansę na rozwój i zajęcie terenów Ryuzaku. Nie tylko Północnego Ryuzaku, ale prawdziwych. To nie było Morze Lazurowe. To był ich Wschodni Ocean. Jeśli ten stan się utrzyma, prędzej czy później na jego wodach zagoszczą obce bandery. Cesarstwo lub Aburame zwęszą interes, by pod pretekstem handlu zdobyć przyczółek na ziemiach kupieckiego państwa.
Drugi zwój miał więcej informacji. Szkic mapy, przekreślone linie, czerwone kropki przy posterunkach. Zachodnie bagna, most - miejsce, gdzie długo walczyli, ale potem Uchiha nagle ruszyli do przodu. Na bocznej kartce czyjś wykres: „Straty vs. utrzymany odcinek.” Pod spodem krótkie, prawie zgryźliwe zdanie:
„Uchiha wykazują się determinacją i heroizmem, ale bez wsparcia Ryuzaku nic im to nie da.”
Takane nie lubiła heroizmu. Bohaterowie byli drodzy, nieprzewidywalni i lubili umierać w najmniej korzystnym momencie. Oparła palce o skroń, pozwalając, by liczby ułożyły się w głowie w coś więcej niż raport: w rachunek.
Każdy dzień z portem po stronie Dzikich, każdy dzień Uchiha na froncie, a nie wykonujących pracę dla Ryuzaku oznaczał więcej konwojów do ochrony, więcej ludzi do opłacenia, więcej łapówek po drodze, więcej ciał do odesłania rodzinom. Już teraz w północnych prowincjach malały wpływy z podatków i ceł, a jednocześnie rosły wydatki wojenne - konflikt powoli dławił lokalną gospodarkę. Tam, gdzie inni widzieli tylko „wojnę Uchiha”, ona widziała dług Ryuzaku oraz dług Uchiha, którego - w tym wypadku - nigdy nie spłacą.
Z początku miała w sobie opór. Uchiha byli dumni, niełatwi w prowadzeniu, ich zwycięstwa zawsze miały posmak krwi. Słyszała już głosy reszty Rady: „za drogo”, „za daleko”, „niech oni sami się biją, skoro to ich dom”.
Tyle że to już nie był „ich dom”.
To była ziemia Ryuzaku.
Takane przesunęła kamienny ciężarek po mapie, zatrzymując go na oznaczeniu Sarufutsu, potem na mokradłach przy moście, a dalej ku wybrzeżu. Jeden port potrafił wyssać pieniądze z dziesięciu miast. Jeden port potrafił otworzyć obce sojusze, przywieźć broń, wywieźć zboże. Państwo kupieckie nie mogło pozwolić, żeby ktoś obcy miał swoje porty na ich wodach.
Na stole leżał jeszcze jeden zwój - lżejszy, zaadresowany do niej. Pieczęć była oczywista, a znak na nim wskazywał na najbardziej oficjalne pismo, jakie mogło być wysłane. Wiedziała, kim był nadawca. Takane znała go z opowieści o człowieku, który liczył koszty ludzkie, zanim kazał ostrzyć miecze.
Uchiha Masahiro.
Rozwinęła zwój ostrożnie. Krótka wiadomość, bez uniżenia, bez krzyku. Konkrety: przeprawy, zaopatrzenie, rotacje, potrzeba jednego uderzenia, które odciąży rozciągnięty front i odbierze przeciwnikowi inicjatywę. Nie „ratujcie nas”. Raczej: „Jeśli to wasza ziemia, to potrzebujemy waszej armii.”
Takane poczuła irytację, że ktoś musiał jej to przypomnieć.
Odsunęła raporty i sięgnęła po notatnik Rady - ten, w którym trzymała swoje argumenty, zanim stały się uchwałami. Na pierwszej czystej stronie napisała jedno zdanie: „To nie jest prośba Uchiha. To jest obowiązek państwa.”
Zatrzymała pióro. Ona uwierzyła w to, że Ryuzaku było tam potrzebne. Potrzebowała jeszcze mechanizmu, który sprawi, że reszta trzynastki również w to uwierzy, albo przynajmniej uzna, że taniej jest udawać, że wierzy. Zaniechanie interwencji nie tylko oznaczałoby utratę Północy - Ryuzaku ryzykowałoby też reputację na arenie międzynarodowej. Wrogowie i potencjalni sojusznicy pilnie obserwowali rozwój konfliktu. Jeśli kupieckie państwo nie obroni własnych ziem, Cesarstwo lub inne siły mogły spróbować sięgnąć po te tereny pod pozorem zaprowadzania porządku.
Usłyszała kroki, zanim drzwi się poruszyły. Ciężkie, pewne, bez wahania.
- Wpuść mnie - powiedział głos zza drzwi.
Takane nie odpowiedziała. Nie musiała. To nie było pytanie. Jej ojciec nigdy nie pytał o pozwolenie.
Drzwi otworzyły się szeroko i Amakumo Noritsune wszedł jak ktoś, kto całe życie był przyzwyczajony do tego, że wszystko należy do niego. Wysoki, w ciemnym, bogatym kimonie, z potężną sylwetką i prostymi plecami, których nie dało się utrzymać na sali obrad. W oczach miał gniew, ale rzadko kiedy w jego oczach błyszczało coś innego.
Nie usiadł. Wziął mapę z biurka, obejrzał ją raz i odłożył tak, jakby już od niechcenia, zapamiętując wszystkie granice i posterunki.
- Z północy? - zapytał.
- Tak - odpowiedziała spokojnie.
Noritsune spojrzał na raporty, potem na nią.
- Widzę po twarzy, że wreszcie rozumiesz.
To było niesprawiedliwe i celne, ale przyjęła to bez mrugnięcia okiem.
- Rozumiałam wcześniej. Teraz mam dowody.
Noritsune prychnął cicho.
- Dowody są dla tych, którzy się boją odpowiedzialności. Ty masz władzę. Masz jej użyć.
Takane przesunęła palcem po zdaniu o porcie.
- Port zmienia wszystko - powiedziała cicho. - Jeśli utrzymają wybrzeże, wtedy będziemy płacić za bezpieczeństwo własnych szlaków, zamiast je kontrolować.
- Więc? - rzucił krótko.
Takane podniosła wzrok.
- Więc musimy wejść wojskiem. Naszym. Nie „wesprzeć Uchiha”, tylko przejąć kampanię.
Noritsune uśmiechnął się, ale jego uśmiech nie dotarł do jego oczu.
- Właśnie.
Takane uniosła drugi zwój - ten z wykresem strat.
- Ale wejść mądrze. Z planem. Z logistyką. Z celem priorytetowym: odbicie portu i przecięcie ich dostępu do morza. Dopiero potem przeprawy i dociskanie na północ.
Noritsune pochylił się nad biurkiem. Dopiero teraz poczuła jego obecność naprawdę.
- Ty wiesz, co ja słyszę, kiedy mówisz „najpierw plan”? - spytał. - Słyszę „najpierw gadanie”.
Takane nie cofnęła się.
- A ja słyszę, kiedy ty mówisz „najpierw uderzyć”: „najpierw trupy”.
W pokoju zrobiło się cicho, ale Noritsune nie obraził się. On nigdy się nie obrażał.
- Trupy będą tak czy inaczej - powiedział. - Pytanie brzmi, czy będą nasze, czy ich. I czy będziesz miała odwagę wziąć to na siebie i kto zapłaci rachunek za pogrzeb.
Takane uniosła podbródek.
- Biorę. Dlatego ci mówię: ofensywa - tak. Ale nie jako pokaz siły, tylko jako narzędzie państwa do odzyskania ziem i utrzymania bezpieczeństwa.
Noritsune przestąpił krok bliżej.
- Narzędzia są po to, żeby ich używać, Chieko. Rada będzie biadolić o kosztach. Ty masz ich złamać. Masz im pokazać, że to nie „wojna Uchiha”, tylko ziemie Ryuzaku. Nasze podatki. Nasze cła. Nasza granica.
Takane spojrzała na niego dłużej, niż wymagała rozmowa.
- I ty chcesz iść - powiedziała w końcu.
Noritsune nie udawał.
- Chcę dowodzić ofensywą. Poprowadzić ją tak, by odciążyć Północ, zanim wszystko się rozsypie. Zanim zaczną walczyć jak desperaci.
- Wiesz, że część Rady cię za to znienawidzi?
- Nie muszą mnie kochać. Mają mnie słuchać. A jeśli nie to ich ustawisz do pionu - zawiesił głos. - To dlatego ty jesteś Możną, a nie ja.
Takane odchyliła się w krześle i postukała palcem w notatnik.
- Jeśli ty poprowadzisz ofensywę, sprzedam to Radzie jako operację stabilizacji granicy pod dowództwem człowieka, który nie przegra, bo nie zna słowa „odwrót”. Ale w zamian potrzebuję twojej zgody na trzy rzeczy.
Noritsune uniósł brew.
- Słucham.
Takane podniosła jeden palec.
- Po pierwsze: priorytet - port. Nie honor, nie symbole. Port. Odcinamy morze i ich potencjalny kontakt z Cesarstwem i Aburame.
Drugi palec.
- Po drugie: logistyka pod pełną kontrolą Ryuzaku. Żadnych prywatnych łańcuchów dostaw. Żadnych zwojów bez pieczęci. Dōko pieczętujący i rozpieczętowujący zwoje bardzo ograniczą koszty.
Trzeci palec.
- Po trzecie: rotacje i limity. Nie będziesz mielił ludzi w bagnie miesiącami, bo „tak trzeba”. Nie będziemy płacić krwią za twoją dumę. I masz współpracować z ich dowódcą.
Noritsune słuchał bez przerywania. Kiedy skończyła, oparł dłonie o blat - jak generał nad mapą, nie jak ojciec nad córką.
- Dobrze - powiedział w końcu.
Takane poczuła, jak coś w niej puszcza, ale nie było to rozluźnienie.
- Ale jest jeszcze jeden powód, dla którego idę - dodał.
Takane znieruchomiała.
- Słucham.
Przez chwilę milczał, jakby ważył, czy może powiedzieć to na głos w domu, w którym ściany miały uszy, a uszy miały właścicieli.
- Na Północy czeka mnie spotkanie rodzinne.
Takane poczuła, jak w żołądku robi jej się ciężko, a Noritsune skinął głową.
- Czy Rada wie? - zapytała ostro.
- Nie. I nie musi wiedzieć. - Noritsune odwrócił się do niej. - Wystarczy, że wie, iż ofensywa jest tańsza niż wieczna obrona. Że jeden silny cios jest tańszy niż dziesięć łatek na mokradłach. Że port, jeśli się umocni, będzie nas doił przez lata.
Takane spojrzała na mapy jeszcze raz, ale tym razem nie widziała na nich linii. Widziała rozmowy w sali obrad: spojrzenia trzynastu kupców, milczące kalkulacje, podszepty o „kosztach”, „wizerunku”, „niepewności”. I nagle poczuła, że ma w dłoniach narrację, którą da się utrzymać w ryzach.
Wzięła pióro i dopisała pod pierwszym zdaniem drugie: „Nie wysyłamy wsparcia. To Uchiha nas wspierali w obronie granic państwa, które jest nasze. Trzeba w końcu odciążyć to wsparcie.”
- Jutro mam spotkanie przed Radą - powiedziała. - Zrobię to tak, żeby zagłosowali nie sercem, tylko strachem przed bankructwem.
Noritsune kiwnął głową, zadowolony jak z dobrze naostrzonego ostrza.
- A potem - dodał - wyruszamy.
Kiedy wyszedł, cisza, którą zostawił, nie była już ciszą wahania. Takane zwinęła raporty, ułożyła mapy jedną na drugiej i zamknęła teczkę z kamon Ryuzaku kliknięciem.
Jutro nie będzie prosić. Jutro sprzeda wojnę Radzie jako inwestycję.A pojutrze wyśle ojca na Północ. Nie po chwałę, tylko po wynik. I po spotkanie, które, choć nienazwane w żadnym raporcie, nagle stało się równie realne jak port na wybrzeżu.
Siedziba Władzy, Sarufutsu, Ryuzaku no Taki
Lato 396
Zwój z listem był zgnieciony w dłoni Sugiyamy Kuroyamiego. Jego szczęka była brzydko zaciśnięta, brwi zmarszczone i wydawało się, że ledwo kontroluje wybuch, który mógł przyjść w każdej chwili. Kiedy do sali narad wszedł Uchiha Masahiro - sam z poważnym wyrazem twarzy - Sugiyama był w dalszym ciągu napięty jak struna. Młodszy mężczyzna tylko rzucił okiem na list w dłoni swojego mentora, następnie podszedł do stołu z rozłożoną mapą i położył na niej list, który sam niósł ze sobą.
- Wysyłają swoje wojska. W końcu do nich dotarło, że mamy rację - stwierdził Masahiro, kładąc jeden z ciężkich kamieni na liście, gdzie były wymienione ilości wojsk i inne dane logistyczne. Zaczął przenosić informacje na mapę, budując teoretyczne scenariusze „co dalej?”.
Sugiyama poruszył wąsami, wstał ze swojego miejsca, a list, który miał w ręce, wcisnął w poły swojego kimona i podszedł do stołu, gdzie Masahiro rozmieszczał dodatkowe wojska, zastanawiał się i przestawiał figurki, analizując. Nie musiał nic poprawiać.
- Nie dotarło do nich, że mamy rację, chłopcze - powiedział szorstko - ale dotarło do nich, że jeżeli nie wspomogą Północy, to sami stracą dużo więcej, niż stracą wysłaniem wojsk. Chodzi im wyłącznie o pieniądze i wpływy. I o port, który Ludzie zza Muru zdobyli na wschodniej granicy.
- Ale o tym im mówiliśmy.
- Musieli sami do tego dojść. - Sugiyama przesunął palcem po wschodnim skraju mapy. - Zdobycie przez Ludzi zza Muru wschodniej strażnicy przy Murze oraz portu bardzo nam pomogło, ale jakim kosztem? Rantori nas osłabiło. Front się rozciągnął. A Gazo… - urwał na moment, jakby sam dźwięk tego słowa był drażliwy. - Cholera, dobra robota, że to w ogóle było zauważone. Dowiemy się więcej już niedługo.
Masahiro skrzywił się lekko.
- Rantori było konieczne.
- Było - zgodził się Sugiyama. - Ale było też sygnałem dla nich, że potrafimy wygrać nawet wtedy, kiedy jesteśmy rozciągnięci, zmęczeni i z dziurami w raportach. Ale port ich przeraził, więc się ruszyli.
- I tak byśmy odzyskali port - mruknął Masahiro. - Nawet gdybym miał tam iść sam.
- Doskonale wiesz, że to nie twoja rola, żeby tam iść - odburknął Stary. - Mimo że Ludzie zza Muru właśnie otwierają się na Cesarstwo, może Aburame. Zaczną rozwijać handel, flotę. Otworzą tę część świata. A to oznacza niebezpieczeństwo dla nas i dla Yuki Mikoto. A ona i jej ludzie są pod ochroną Ryuzaku. Oraz naszą. Ale mimo tego, to nadal nie twoje zadanie.
Masahiro westchnął ciężko.
- Sporo warunków postawili. Oni mają dowodzić większością operacji. Przysyłają swoich najlepszych dowódców oraz kapłana Rintaro. Tego, który był w grupie negocjacyjnej z Ludźmi zza Muru. Oraz głównodowodzącego…
- Doskonale wiem - burknął Sugiyama, nagle jeszcze bardziej napięty. - I dokładnie wiem, na co nie możemy się zgodzić. Przynajmniej nie całkowicie. Nie odpuszczą, ale musimy mieć kogoś, kto będzie siedział w sztabie razem z nim. I to będziesz ty.
Masahiro spojrzał na mentora z niedowierzaniem.
- A kto zajmie się sprawami klanu tutaj?
- Mój syn, dowódczyni straży i Takeda-sama - wyjaśnił Sugiyama bez wahania. - Harumi-san ma wsparcie ojca i miejscowych Uchiha. Orochi może sam ogarnąć administrację. A Takeda spokojnie zajmie się prowincją. Doraźnie można wyznaczyć kogoś doświadczonego do podejmowania decyzji. Może Haridę. Ważniejsze będą szły do ciebie.
Masahiro zmarszczył brwi. Spodziewał się, że Sugiyama wskaże siebie. Jak zawsze. Nie był jednak człowiekiem, który przechodziłby na emeryturę.
Zapadła krótka cisza, przerwana skrzypnięciem drzwi.
Takeda Masatoshi wszedł bez pośpiechu, jak człowiek, który nie musi się spieszyć, bo i tak wszyscy będą na niego czekać. Ubrany skromnie jak na swoje możliwości, z twarzą spokojną, niemal uprzejmą. Skinął głową najpierw Masahiro, potem Sugiyamie.
- Widzę, że zaczynacie rozmieszczać wojska, których jeszcze nie mamy. Nie za szybko?
- Lepiej mieć w zanadrzu plany - prychnął Sugiyama - niż dać się złapać z rozchylonym kimonem. Zwłaszcza po Rantori.
Takeda podszedł do stołu, spojrzał na mapę, na kamienie i figurki.
- Jeśli Ryuzaku ma dowodzić większością operacji - powiedział spokojnie - potrzebuje kogoś, kto rozumie wojnę, a nie tylko mapy. I kogoś, kto jednocześnie nie pozwoli wam zniknąć w cieniu ich decyzji. Ty jesteś jedyną osobą, która spełnia oba warunki. Dowodziłeś z pola. Teraz czas na sztab.
Masahiro otworzył usta, ale Sugiyama był szybszy.
- Nie dlatego, że jesteś najmądrzejszy. Ani dlatego, że jesteś najsilniejszy. - Jego głos był twardy. - Tylko dlatego, że jeszcze nie umiesz poświęcać ludzi za „większe dobro”. I jeszcze nie wybierasz „mniejszego zła”.
Takeda przyjrzał mu się uważnie.
- To wada - przyznał. - Ale zawsze ją ceniłem.
Masahiro poczuł ucisk w żołądku. Wiedział, co to oznacza.
- Nie zostawię ich samych - powiedział w końcu. - Front nie może zostać bez Uchiha. Nie po Rantori. Nie po Gazo.
Sugiyama skinął głową.
- I nie zostanie. Ty schodzisz z bezpośredniego dowodzenia, ale nie oddajemy frontu w obce ręce. Ze strony klanu będzie trzech dowódców.
- Trzech?
- Rozdzielimy ciężar. I ludzi. - Zawahał się, po czym dodał ciszej: - Najmłodszy dostanie mnie. Nie rangę. Mnie. Będę przy nim w terenie. Jak przy tobie. Reszta jest doświadczona. Rozmawialiśmy o nich.
Takeda przesunął jeden z kamieni o ledwie widoczny fragment.
- To rozsądne. I politycznie wygodne. Ryuzaku zobaczy strukturę, nie chaos. A ty - spojrzał na Masahiro - zachowasz kontrolę i wpływ na to, co się dzieje.
Masahiro wciągnął powietrze.
- W porządku. Ale jeśli którykolwiek zacznie zabijać naszych ludzi dla własnych ambicji…
- …to ja pierwszy go stamtąd wyciągnę albo zmienię dowódcę - uciął Sugiyama. - Jeszcze żyję. Jeszcze myślę. I jeszcze nie pozwalam, żeby dzieci ginęły, bo komuś się spieszy.
Zapadła cisza.
Potem rozmowa zeszła na liczby, trasy zaopatrzenia, magazyny, harmonogramy przemarszów i warunki zapisane drobnym pismem między linijkami listu z Ryuzaku. Głosy zlały się w niski, jednostajny pomruk strategii. Kamienie na mapie przesuwały się powoli. Światło w sali narad przygasło.
I wojna - po raz kolejny - zaczęła zmieniać kształt.
Siedziba Władzy, Atarashi
Lato 396
Siedziba Władzy, którą zostawili za sobą Uchiha, miała zaledwie kilka lat. Budynek był nowy, przestronny i każdy z liderów Ludzi zza Muru znalazł sobie tutaj dogodne miejsce. Udekorowali ją też w swój sposób - pozbywając się znaków klanowych czerwonookich i zamieniając ich smutną, bezpłciową sztukę na coś żywszego i bardziej odpowiadającego ludziom, którzy musieli żyć w strasznych warunkach i nie byli traktowani na równi z resztą świata.
W sali narad, na środku leżała mapa: Zachodnie Sogen, wstęga mokradeł, most zaznaczony czerwonym sznurem, Okayama, Rantori i nowy, gruby znak przy wybrzeżu: port. Przy nim wbito szpilkę z muszlą.
Soma Higashimura stał nieruchomo, jakby sam był częścią ściany. Nishimura krążył jak pies na krótkim łańcuchu. Byli w tej chwili rozdzieleni. Liderka Orochi siedziała bokiem, oparta wygodnie, z ręką na rękojeści noża, który wcale nie był jej potrzebny. Liderka Mateki - chłodna i ze spiętymi ramionami - przytrzymywała zwój z raportami.
- Znowu cofnęliśmy się o trzy chorągwie w stronę meteorytu - odezwał się Nishimura, zanim ktokolwiek zdążył cokolwiek powiedzieć. Uderzył palcem w mapę tak mocno, że szpilki drgnęły. - Zanim skończymy te wasze „wyważone decyzje”, Uchiha złapią nas za gardła. A Ryuzaku sypnie im pieniądze.
Higashimura nawet nie spojrzał na brata. Jego czerwone oczy spoczywały na czarnych kreskach, którymi krążyli ich dōko z wiadomościami i rozkazami.
- Nie rozumiem, dlaczego się cofamy - powiedział spokojnie. - Mają mniej ludzi, a i tak sobie radzą. Most padł, bo zawiódł łańcuch rozkazów. Rantori okazało się pułapką, chociaż to miała być nasza pułapka na nich. Okayama też jest symbolem ich uporu.
- Uchiha walczą, nawet kiedy nie mają czym jeść - prychnęła Orochi, odchylając głowę. - To ich przeklęta cecha. A my? My mamy liczby i wciąż wyglądamy, jakbyśmy przegrywali z garstką wściekłych ludzi.
Mateki uniosła zwój.
- Garstką? - jej głos był cichy, ale cięty. - To nie wygląda jak garstka. Oni nie mają prawa odbijać Rantori. Nie mają prawa przesuwać granic przy braku zaopatrzenia. Wybiliśmy wielu, wypchnęliśmy ich, zostawiliśmy im trochę ziemi, żeby mogli wylizać rany i jakoś sobie tam żyć. A oni mają takich ludzi, co potrafią zrobić z wioski legendę, bo jeden obcy mężczyzna wyrżnął nam oddział i wyprowadził jeńców.
Nishimura parsknął.
- Więc co, mamy ich podziwiać?
- A i owszem. Ale mamy ich zrozumieć, zanim ich złamiemy - odpowiedziała Mateki. - A złamać ich jest trudno. Przydzieliliście mi więzienie, a ja nadal nie mogę ich przeciągnąć na naszą stronę. Dlatego musimy zacząć ich szanować. Bo inaczej nie mamy szans. Zdobyliśmy port. Dzięki niemu możemy sprowadzić ludzi, stal, sól, lekarstwa. Dzięki niemu możemy wreszcie przestać dusić się na naszych szlakach. I… - zawahała się ułamkiem sekundy, zbyt małym, by był przypadkiem. - …dzięki niemu możemy otworzyć drzwi na sojusze. Nie tylko jak Kujaku z Kaminari. Cesarstwo jest chętne na rozmowy.
Orochi uśmiechnęła się krzywo.
- [color=#80F40FF]Czyli sojusze. To faktycznie może nam pomóc, szczególnie że odbili już część Zachodniego Sogen. Jeżeli zaczniemy handlować, szybciej uznają nas za prawdziwych ludzi, a nie głupich dzikusów.[/color]
Nishimura przystanął, jakby nagle znalazł punkt zaczepienia.
- A yokai? - rzucił ostro. - Nadal na nas napierają z Północy, a miało być bezpieczniej. Jak otworzymy nowy front, jak pociągniemy dalej ofensywę, to w końcu zabraknie nam ludzi. I wtedy nie będzie już Ryuzaku ani Uchiha. Będą tylko rzeczy, które wejdą nam do domów.
W sali zrobiło się ciszej.
Higashimura skinął głową.
- Właśnie dlatego nie możemy pozwolić, by Uchiha wypchnęli nas za Mur. Jeśli stracimy ziemię przed meteorytem, przyjdą tutaj. A my nie mamy gdzie się cofać.
Orochi uniosła dłoń i w powietrzu zatoczyła niewidzialne koło.
- Więc nie cofać się. Proste. Wysłać ludzi. Uderzyć w ich zachodnie strażnice, jak zrobiłam, i jeszcze mocniej. Zmusić ich do rozciągnięcia.
- Uderzałaś - przerwał Nishimura, a jego ton był bardziej oskarżeniem niż pytaniem - i co? Owszem, związałaś ich, a Mateki wyciągnęła port. Pięknie. Tylko że na Zachodzie nadal tracimy grunt. A Wschód… - wskazał na mapie. - …Wschód jest teraz celem. Oni się nauczą. Przyjdą po port.
Mateki nie zaprzeczyła.
- Przyjdą. Dlatego port musi być twierdzą, zanim stanie się łupem. A Cesarstwo już wysłało poselstwo. Owszem, ich admirałowie są podzieleni i jeden z nich trzyma resztę z dala, ale to od Yukich, od Uchiha. Nie mają więcej statków. Nie mają więcej floty. A my możemy skupić się na obronie tego portu. Jeśli padnie, nie będzie zaopatrzenia, nie będzie nowych sojuszy, nie będzie żadnej „większej ofensywy”, o której Soma tak pięknie mówi. Będziemy znów żreć własne gówno na mokradłach.
Nishimura zaśmiał się krótko, bez radości.
- Soma żąda wyników, bo nasi ludzie umierają na tych mokradłach, kiedy wy rozgrywacie swoje partie.
Higashimura wreszcie spojrzał na brata.
- Żądam wyników, bo nasi ludzie widzą, że przewaga liczebna nie daje zwycięstwa. Widzą, że Uchiha wciąż idą. I widzą, że ktoś próbuje grać w cieniu. - Wskazał zwój Mateki. - Raport o zabójcach. Prawie zginął seinin Kujaku.
Orochi zmrużyła oczy.
- Kaminari?
- Może. A może ktoś, kto chce, żebyśmy skoczyli sobie do gardeł - odparł Higashimura, przesuwając palcem po liniach szlaków. - Ale jedno jest pewne: nie możemy się cofać i nie możemy się poddać.
Nishimura pochylił się nad mapą, aż jego cień przykrył Rantori.
- Więc powiedz, bracie. Co robimy? Bo ja nie zamierzam patrzeć, jak oni nas pchają pod meteor jak bydło.
Higashimura mówił wolno, jakby układał słowa w rząd, a nie rzucał je w ogień.
- Oczywiście, musimy utrzymać Zachód. Potrzebne są nam te ziemie. Uchiha muszą zostać zmuszeni do rozciągnięcia się jak najbardziej i utrzymania swoich zachodnich strażnic i miast. Mają być zajęci, ale przy tym trzeba naszych ludzi. - Zwrócił się do Orochi. - Nie możesz dawać im szans na stawanie się bohaterem. Wygłodź ich. Odetnij. Prowokuj. Musimy też zrobić z portu prawdziwą twierdzę, której nie ruszą. Ale ma być też bramą na świat. Sojusze, kupcy, najemnicy. Informacja. Stać nas na to. Zaczynamy sprowadzać dobra zza Muru. I zaczynamy handlować.
Mateki i Orochi przez chwilę patrzyły na Higashimurę, bo nie wydawało się, że już skończył. W końcu Mateki zapytała:
- Coś jeszcze?
Higashimura zawiesił głos na ułamek sekundy.
- Yami.
Nishimura prychnął, ale w tej kpince była nerwowość.
- Jinchūriki? Co z nim?
- Yami dostał Mur jako teren badań i przeznaczyliśmy mnóstwo środków, żeby go zadowolić i przekonać. Musimy włączyć go w plan tak, żeby nie mógł stać z boku.
Mateki spochmurniała, a Nishimura uderzył pięścią w stół.
- Włączymy go jak? Każemy mu iść na front? Powiesimy mu na szyi sztandar? To Zamurzec! Doskonale wiecie, co należy z nim zrobić!
Higashimura potrząsnął głową.
- Nie. Na razie niech tam sobie siedzi i bada. I każdy dzień jego pracy ma przynosić nam coś praktycznego: wzmocnienia, zabezpieczenia, sposoby na yokai… cokolwiek, co da się przełożyć na przetrwanie. Jeśli nie przynosi - kończy się przywilej. I będzie musiał spłacić dług życia na froncie.
Orochi oparła łokcie na stole, pochyliła się tak, że jej cień przykrył Okayamę i pół bagien.
- Dobrze. Zajmę im Zachód. Ale jeżeli będę musiała się wycofać, żeby oszczędzić moich ludzi, kiedy będę miała Uchiha pod zębami…
- To ich wypuścisz - wszedł jej w słowo Nishimura. - Żeby wrócili z opowieścią, że Orochi ich prawie zjadła.
Orochi uśmiechnęła się szerzej, tym razem prawie szczerze.
- Widzę, że przynajmniej ty rozumiesz teatr wojny.
Mateki zwinęła zwój.
- Port zostaje wzmocniony. Bez dyskusji. I wysyłam ludzi, żeby sprawdzili ten wątek z zabójcami seinina Kujaku. Jeśli ktoś nas pcha do wewnętrznej wojny, dowiem się kto.
Higashimura skinął, jakby odhaczał kolejne punkty.
- Doskonale. Moi ludzi wesprą was w każdej części waszych zadań, możecie brać, kogo potrzebujecie. Może większość nie jest szkolona ze sprytu tak jak wasze klany, ale jeżeli chodzi o siłę, jesteśmy gotowi jej wam użyczyć. Uchiha muszą zrozumieć, że mają siedzieć tam, gdzie im daliśmy miejsce, i przestać się wychylać, bo inaczej wybijemy ich co do jednego przeklętego oka.
Przebieg Wojny
- Obie strony - Uchiha oraz Ludzie zza Muru - potrzebowali czasu, aby wylizać się ze strat, jakie poniesiono w wyniku Bitwy o Kotei. Ludzie zza Muru musieli zabezpieczyć zdobyte ziemie oraz zdobyć zaufanie Jinchurikiego Pięcioogoniastego - Yumichika Yamiego. Uchiha musieli osiąść w Sarufutsu na stałe i oswoić się z nową sytuacją, jaka ich spotkała, wylizać rany i zacząć przygotowywać się do próby odzyskania swojego domu.
- Jinchuriki Pięcoogoniastego - Yumichika Yami - zgodził się dołączyć do klanu Mateki po dłuższym czasie przekonywania i pokazaniu mu życia za Murem. Yami zostaje wcielony jako Jinchuriki klanu pod warunkiem możliwości studiowania pieczęci ukrytych we wnętrzu Muru. Mur zostaje mu przydzielony jako teren badań.
- Po ustanowieniu wstępnych granic konfliktu, ze strony Uchiha następuje natarcie na zachodnie Sogen - tereny, na które sprowadzili się Kaminari (ludność cywilna) po przejęciu części ich ziem przez klan Kujaku. W tym czasie Klan Kaminari oraz Klan Kujaku ścierają się na Półwyspie Antai. Klany Soma, Orochi i Mateki decydują się bronić Zachodniego Sogen i przejąć je jako własne ziemie.
- Walki w Zachodnim Sogen są przez wiele miesięcy bardzo wyrównane i wydaje się, że ani jedna ani druga strona nie zdobywają żadnej przewagi.
- Uchiha Tsuyoshi, Akoraito Uchiha pochodzący z Sarufutsu, obejmuje dowództwo nad batalionem F, przełamuje wielomiesięczny impas i w brutalnym, chaotycznym starciu zdobywa kluczowy most na bagnach, rozbijając główne siły Dzikich kosztem ciężkich strat własnych; mimo użycia skrajnych środków (w tym poświęcenia jeńców) zachowuje kontrolę operacyjną, zabezpiecza przeprawę, umożliwia nadejście posiłków i przesunięcie frontu, a po bitwie stabilizuje sytuację, organizuje pomoc rannym, bierze jeńców, odmawia masowych egzekucji dezerterów (nakładając kary pośrednie) i kończy misję jako zwycięski, lecz wyczerpany dowódca, który otworzył drogę do dalszej ofensywy Uchiha. Wydarzenie nazwano „Bitwą na Moście”.
- Po zwycięstwie na moście, front został przesunięty na korzyść klanu Uchiha. W tym czasie ustanowiono szereg posterunków, które miały chronić nową granicę. Owe posterunki mogły stać tam niemal wyłącznie dzięki zasługom Doko Uchiha, którzy pracowali niestrudzenie, aby zapewnić dostawy potrzebnych rzeczy oraz dostarczać rozkazy.
- Po stronie Ludzi zza Muru, wiele szlaków transportowych i rozkazów również było dostarczanych przez Doko. Również po tej stronie byli oni cichymi bohaterami, bez których większe i poważniejsze wydarzenia nie mogłyby się odbyć.
- Po umocnieniu granic, Uchiha Takeru - Kogo klanu Uchiha, prowadzi kilka ataków na pozycje wroga. Ludzie zza Muru się bronią. Następuje fluktuacja granic.
- Jednym z na stałe odbitych miejsc dla Uchiha była wioska Okayama. Odbita została przypadkiem, przez niezwiązanego z klanem Uchiha mężczyznę (Ayumu), który nie tylko przepędził Dzikich z tamtego miejsca, jak i uratował jeńców.
- Uchiha Takeru decyduje się na dość zuchwały krok i przekonuje Shirei-kana Uchiha, żeby zaatakować i odbić Rantori, ponieważ „Uchiha potrzebują tej wygranej”. Shirei-kan się zgadza, ale zastrzega, że tylko chętni Uchiha oraz najemnicy mogą się podjąć tej brawurowej i niebezpiecznej misji. Do misji zgłasza się wielu najemników oraz dwie istotne postacie - Uchiha Azuma - Kogo klanu Uchiha oraz Uchiha Tsuyoshi - bohater Bitwy na Moście. Takeru, z ogromną pomocą Azumy i Tsuyoshiego oraz wielkim poświęceniem ze strony najemników, odbija Rantori, przesuwając linię frontu daleko od wcześniej ustalonych granic.
- Uchiha są rozciągnięci na froncie. Ryuzaku widzi to jako problematyczne i drogie, dlatego zaczynają ograniczać wsparcie finansowe na wojnę. Uchiha jednak trzymają się swoich pozycji za pomocą czystej determinacji i uporu.
- Chociaż Rantori zostało odbite, Uchiha Azuma, Kogo klanu Uchiha, zauważa nieścisłości. Bitwa o miasto była trudna i, po zebraniu wszystkich wskazówek, uznaje, że ktoś z Gazo zdradził i informuje wroga o działaniach Uchiha oraz przesyła złe raporty (w Rantori miało nie być Shinobich Ludzi zza Muru, a byli). Przeprowadza śledztwo, w którym odkrywa potencjalną zdrajczynię i aresztuje ją.
- Dzicy przeprowadzają atak na Okayamę, aby ją odbić po tym, jak przejęli ją Uchiha. Gosui, żołnierz Ryuzaku-no-Taki, przeprowadza obronę wioski i wybija Dzikich, umacniając front.
- Yuki Mikoto, przywódczyni Wyrzutków Cesarskich, mieszkająca na terenie Północnego Ryuzaku, zaczyna podejmować większe kroki przeciwko ludziom zza Muru - jako pełnoprawna mieszkanka i obywatelka Ryuzaku oraz dłużniczka Uchiha.
- Uchiha Yatta, Kogo klanu Uchiha oraz Uchiha Tsuyoshi, teraz już Sentoki, wykonują atak na strażnice z punktem obserwacyjnym na wschodzie, niedaleko Muru, dzięki czemu Yuki Mikoto może wykonać swój ruch.
- Dzięki przesunięciu frontu, usunięciu zdrajcy oraz działaniom Suyunami Yuriego, Takahashi Ayi oraz Uchiha Sosuke, więcej i więcej ziem Zachodniego Sogen zostaje odbitych i zabezpieczonych dla Uchiha. Ludzie zza Muru cofają się na północ i są spychani bliżej meteorytu. Liderzy klanów Soma, Orochi i Mateki nie są z tego powodu zadowoleni.
- Liderzy klanów zza Muru przygotowują się do ofensywy. Liderzy klanu Soma żądają wyników. Liderka klanu Orochi wysyła swoich ludzi do ataku na zachodnie strażnice. Orochi zajmują Uchiha, którzy usilnie próbują chronić swoje ziemie i swoich ludzi, zostawiając wschodnie, przymorskie tereny mniej zabezpieczone.
- Odwracanie uwagi jest skuteczne - Ishikawa Kaito, samuraj służący pod liderką Mateki oraz Yamamoto Kazuya - Kyuubim-sama - przejmuje ziemie i strażnicę przy morzu i przy Murze, otwierając port morski otwarty na Ocean Wschodni. To pierwszy, duży i prawdziwy port, do którego mają tutaj dostęp. Kiedy Uchiha się o tym dowiadują - z raportów złożonych przez Suyunami Yuriego oraz zwojów z rozkazami przejętych przez Uchiha Tsuyoshiego - było już za późno i kawał ziemi został wyrwany na korzyść Ludzi zza Muru.
- Sukcesy Uchiha na froncie, mimo trudności związanych z zaopatrzeniem i pieniędzmi, przekonują Ryuzaku, że jednak warto ich wesprzeć i przeć na północ - łatwiej będzie mieć z nich pożytek, jeżeli odzyskają swoją ziemię. Takeda oraz Uchiha również przedstawili sposób na transport zaopatrzenia, który zainteresował Ryuzaku.
- Ludzie zza Muru - szczególnie liderzy klanu Soma - zirytowani tym, że Uchiha jednak ich wypychają, mimo przewagi liczebnej, decydują się na większą ofensywę, wykorzystanie klanu Kujaku oraz ich nowych sojuszników. Otwierają też drzwi na nowe sojusze. Liderki Orochi i Mateki zgadzają się na to - Yokai są w dalszym ciągu problemem na północy i nie mogą sobie pozwolić na bycie wypchniętym za Mur.
- Obszar Kaminari nie zmienił się ze względu na pasywność wojsk. Kaminari nie przeprowadziło oficjalnie żadnego ataku. Raporty z frontu donoszą jednak o grupie zabójców, którzy niemalże wykończyli jednego z seininów klanu Kujaku - Musana Kujaku - w skrytobójczym ataku.
Posłowie - Strefa Out of Character
No i kolejna część fabuły za nami. Tym razem bardzo długa, z różnymi perypetiami po drodze i może nie tak spójna, jakbym chciała. Jednak do przodu. Chciałabym podziękować wszystkim zaangażowanym w tę część wojny. Szczególnie - dziekuję Minoru, który zapoczątkował te zlecenia oraz Boyosowi co wziął i ukradł Kaminarich i Kujaku z układanki, dając im swoją własną piaskownicę. Dziękuję też wszystkim graczom i mistrzom gry. Mam nadzieję, że bawiliście się dobrze.
A teraz statystyki!
34 - zrobione misje i wyprawy w tematyce wojennej (liczone od grającego, czyli jeżeli na misji były 2 osoby - liczy się 2)
10 misji po stronie Dzikich
24 misje po stronie Uchiha
Punktacja za każdą misję to:
1 - D
2 - C
4 - B
8 - A
16 - S
Razem zarobiono 125 punktów. Uchiha zarobili z tego 85, Dzicy - 40
Poniżej wrzucam pivoty z poszczególnymi osobami i liczbą misji.
Co mogę powiedzieć? Uchiha było więcej, od początku, aczkolwiek zdarzyło im się utknąć na długich misjach bądź były różne przerwy. Dzicy zaczynali ze sporym opóźnieniem, bo na początku nikogo tam nie było. Dlatego 40 punktów jest imponującym wynikiem. Kaito, zdobyłeś ważne miejsce i otworzyłeś drogę na przyszłość. Gratuluję! Chciałabym też pogratulowac Uchiha Tsuyoshiemu, który od samego poczatku cisnął te misje i zrobił ich kilka naprawdę sporo fabularnie znaczących. Wiem, że byłoby więcej, gdyby nie postój z misją w Rantori.
Od siebie dorzucam tym, którzy zdobyli 10 punktów wzwyż drogiaz - Voucher na wyprawę - jednorazowe zlikwidowanie okresu oczekiwania na następną wyprawę. Osoby uprawnione to:Bardzo dziękuję też całemu stadu Bambików na misjach D. Mam nadzieję, że dodatkowe PH za Zlecenie pozwoliło Wam na lepszy stary!
- Kaito
- Tsuyoshi
- Azuma
- Hiromi
- Yuri
I co? Coś się kończy, coś się zaczyna. Już niedługo kolejna część wojny. Czekajcie na wieści od Boyosa. Smaruje na ten temat od bardzo dawna i niemal wibruje, żeby Wam wszystkim opowiedzieć, co ma w zanadrzu.
MAPKATABELA PRZESTAWNA
3 x
you best prepare for a hilariously bad time
- Kujaku Haruka
- Posty: 750
- Rejestracja: 10 cze 2025, o 16:12
- Wiek postaci: 21
- Ranga: Akoraito
- Krótki wygląd: Haruka preferuje barwy krwi i zachodu słońca – jej odzież często zawiera intensywne czerwienie, burgundy i brązy. Ma długie, białawe włosy. Prawe oko – szarozielone – kontrastuje z pustym, niewidocznym pod maską oczodołem po stronie lewej.
- Link do KP: viewtopic.php?f=32&t=11834&p=224917#p224917
- Boyos
- Administrator
- Posty: 4336
- Rejestracja: 11 lut 2018, o 11:20
- Ranga: Starszy Kapral
- GG/Discord: Boyos#3562
- Multikonta: Ario
Re: Ogłoszenia fabularne - Wieści ze świata
Stolica Dzikich, Kotei
Lato, Rok 396
Sala narad Atarashi była surowa: białe ściany, ciemne belki, niskie lampy. Wachlarze Uchiha dawno zdjęto, ich miejsce zajęły proste tarcze z symbolami Soma, Orochi, Mateki, Kujaku i Gazo. W powietrzu unosił się zapach atramentu, wyschniętej ziemi i koni, gdyż niektórzy z przybyłych dotarli tutaj prosto z frontu. Na końcu stołu, na lekkim podwyższeniu, siedziała Orochi Miko. Prosta poduszka, żadnych zasłon. Długie, czarne włosy spięte srebrnymi przypinkami w kształcie - a jakże - węży, twarz spokojna, marmurowa. Obok stała młoda adiutantka w stroju kapłanki z tacą, na której widniała czarka, a obok dzbanek z wodą.
Naokoło wielkiego stołu, zasłanego mapami, siedzieli lub klęczeli generałowie i seinnini:
- Soma Kuroda i Soma Kumiko,
- Orochi Seijūrō i Orochi Daiji,
- Z klanu Mateki: Kageyama Megumi, Mateki Shizue, Mikazuki Akira
Za ich plecami - adiutanci, skrybowie, kilku innych, wysokich rangą shinobi. Za Daijim stała dwójka Cichych Kłów: Orochi Kinu o nieprzyjemnie spokojnym spojrzeniu, Gazo „Czarny Atrament” Ren z pędzelkiem w dłoni, Orochi Nae z półuśmiechem, który nie sięgał oczu. Sato "Popiół” Ume była gdzieś w terenie - zapewne właśnie tam, gdzie coś miało w niedługim czasie "samo" się zawalić.
Miko przesunęła spojrzeniem po twarzach, potem po mapie. Tylko raz.
- Zaczynajcie. -
Soma Kuroda skinął uprzejmie głową, po czym nachylił się nad mapą, kładąc ciężkie dłonie na krawędzi stołu.
- Stan na teraz pewnie wszyscy znacie, ale zaczniemy od przejścia jeszcze raz przez każdy punkt. - zaczął, jakby odhaczał pozycje w głowie. - Uchiha siedzą w Sarufutsu, trzymają Rantori, do tego mają łańcuch kilku strażnic dobrze rozstawionych wzdłuż frontu. My mamy port przy morzu, a do tego kilka mniejszych przyczółków, z których nie zdołali nas wyrzucić i które dałem radę umocnić. - stuknął kolejno w punkty na pergaminie. - Yokai z północy dalej włażą. Jak damy się przepchnąć bliżej Muru, będziemy mieć je z tyłu, Czerwonookie psy z przodu i po bokach, a co gorsza - Ryuzaku i ich armie walczących u ich boku. -
Podniósł wzrok.
- Znowu, powiem coś, co chyba dla was też jest oczywiste i dla naszych liderów, ale - nasza linia nie może się znowu cofnąć. Port trzeba utrzymać, zresztą - nie tylko port. Ale on daje nam cenne możliwości, których nie mieliśmy wcześniej. Jak go zabraknie, kto wie czy i ile czasu zajmie nam umocnienie się i stworzenie realnych kontaktów handlowych z resztą Kontynentu. -
Kumiko - z twarzy i sylwetki wojowniczka, mająca w ruchach coś przypominającego jednego z ogromnych wilków z Północy - prychnęła głośno, aż parę głów obejrzało się w jej stronę.
- Na chuj nam kontakty handlowe? Potrzebujemy im po prostu wydać walną bitwę i zdusić samą liczebnością. Przecież jest nas więcej, nasi ludzie mają większe doświadczenie... starczy, że zmusimy ich do jednej dobrej bitwy, to problem portu sam się rozwiąże. -
Kilku młodszych adiutantów - zwłaszcza po stronie Matek - drgnęło przy tym "chuju", ale nikt jej nie upomniał. Zresztą, nie była jedyną, która lubiła przekląć wśród zgromadzonych generałów, choć zdecydowanie robiła to najczęściej - o ile nie pojawiała się jej bliźniaczka. Wskazała palcem Rantori.
- Tu już raz nas zrobili. Bo byliśmy pewni, że mamy, kurwa, wszystko pod kontrolą. W każdym razie wy. - łypnęła na Orochiego Seijūrō, który odwzajemnił spojrzenie beznamiętnie, po czym przesunęła palec po zachodniej linii strażnic Uchiha. - Znajdźmy ich słaby punkt. Oni bardziej muszą w razie czego rozciągnąć ludzi. Wchodzimy, rozwalamy, podpalamy, wychodzimy. Nie będziemy wygrywać wojny tylko tym, że będziemy bronić jednego, czy dwóch punktów. Wojny wygrywa się atakując, a nie stojąc w miejscu. -
Kuroda rzucił jej krótkie spojrzenie, w którym było więcej znużonej cierpliwości niż złości.
- Przypominam ci, że to też twoje dwa oddziały przepadły w ostatnim półroczu dzięki temu, że dały się wciągnąć w pułapkę Uchiha. Bo spieszyli się, żeby odbić Rantori właśnie, bez wsparcia, bez pomyślunku. Dlatego - najpierw musimy wiedzieć, gdzie dokładnie uderzyć. - odparł. - Jak ruszymy się bez konkretnego planu, będziemy po prostu biegać w kółko.-
- Moi ludzie znali ryzyko. Wiedzieli, że idą na już umocnione pozycje, i prawie by im się udało, gdyby nie wsparcie z Ryuzaku. - mruknęła Kumiko, ale już bez poprzedniego pazura. Wymianę między Soma przerwało chrząknięcie Shizue. Kobieta siedziała pośrodku stołu, z wachlarzem w dłoni, którym leniwie się teraz wachlowała.
- Niezależnie od tych porażek... Wydaje mi się, że należy się skupić na zidentyfikowaniu głównej siły Ryuzaku. A jest nim bogactwo. Bogactwo, które oznacza dobrą logistykę i dobre zaopatrzenie. -
Po tych słowach, wszyscy automatycznie spojrzeli na Daijiego. Barczysty, wysoki i łysy mężczyzna wyglądał, jakby się obudził z drzemki, ale nie - wiedział o czym mowa. Położył płaski palec na bordowej linii niedaleko mokradeł.
- Szlaki zaopatrzenia. Zakładałbym, że będą wykorzystywać doko i bardziej zaawansowanych pieczętników do transportu kluczowych towarów, albo dostarczania zapasów na tyły. Niemniej, nawet jeśli tak zrobią, większość transportów będzie odbywać się tradycyjną metodą. Utrata portu ich kosztowała, dzięki temu odcięliśmy ich od północnego przyczółku. Skupią się zatem pewnie na południowych szlakach. - powiedział cicho. - Na szczęście, ich wozy nie latają. Muszą gdzieś stawać, gdzieś pić, gdzieś spać. Kinu? -
Kinu wysunęła się o pół kroku, położyła na krawędzi stołu mniejszy zwój.
- Wyniki zwiadów z ostatnich dwóch miesięcy. Trzy główne trasy między Ryuzaku a frontem. Tu, tu i tu. - odparła rzeczowo, wskazując miejsca na mapie. - Stałe punkty postojowe. Mosty i trasy, które ich konie lubią. Wioski, gdzie dōko zostają na noc. W tych miejscach nasi ludzie widzieli ruch częściej niż gdzie indziej. -
Daiji kiwnął głową i przesunął palcem po zaznaczonych miejscach.
- Ciche Kły mogą, powiedzmy... zrobić dziury w tych odcinkach. Wozy, konie, czasem może cała chorągiew wpadnie w bagno, z którego nie wyjdzie. Nie chodzi o wielkie bitwy, tylko o to, żeby ich łańcuch dostaw zaczął się rwać. Żeby musieli ściągać ludzi z przodu, łatać. Poza tym, głodny żołnierz walczy gorzej. Nawet z najlepszym wyposażeniem. - Zerknął kątem oka na Kumiko. - Wtedy twoje "wbieganie i wybieganie” robi się łatwiejsze, bo mniej ludzi staje przeciw nam. -
Gazo Ren, stojący z tyłu, pochylił się nad brzegiem mapy i zaczął dopisywać drobne znaki przy trasach.
Seijūrō trzymał w palcach pióro, kręcąc nim powoli; w końcu odłożył je, splótł dłonie.
- Zgadzam się. Przy czym chodzi też o to, żeby ktoś te dziury widział i nie do końca wiedział, skąd się biorą. - dodał. - Jak ich dōko zaczną donosić, że oddziały znikają w lasach, że wioska, w której zawsze spali, nagle jest pusta i mieszkańcy dyndają na drzewie w jej centrum, że mosty zostały zerwane... w Sarufutsu Masahiro zacznie się wściekać. A taki wściekły Masahiro - może i utalentowany, ale nadal młody lider - popełnia błędy. -
Kuroda skrzywił się minimalnie.
- A jak Masahiro się wkurwi, to spali pół fronu razem z naszymi chorągwiami. - mruknął. - Pamiętasz doniesienia Gazo z tego całego Turnieju Pokoju, który sobie wystawili, zanim jeszcze plemiona się zebrały? Z tego co wiem, to nawet Kyuubi-sama nigdy nie wyszedł otwarcie przeciwko Hanowi, a tamten starł się z nim... i przeżył. To zdolny wojownik, do tego ma rozsądnych doradców. Niestety. -
- Z drugiej strony, Han także nigdy bezpośrednio nie naraził się Kyuubiemu-sama. A co do Masahiro - no właśnie, miał wsparcie. A im bardziej będzie się śpieszył, tym więcej zostawi nam luk na działanie. - odparł Seijūrō. - Ty możesz chcieć widzieć przeciwnika twarzą w twarz. Ja wolę, jak on widzi trzy armie tam, gdzie jest jedna, i zaczyna ścigać yokai, których nie ma. Poza tym... -
Kumiko prychnęła.
- Ty po prostu lubisz, jak ktoś inny umiera za ciebie. - warknęła. - Zawsze siedzisz dwa kroki z tyłu, z tym swoim spokojnym ryjem, i wysyłasz ludzi na przemiał. -
- Nie, Kumiko-san. Chronię swoich ludzi, kiedy to możliwe. Ale kiedy muszę poświęcić jeden oddział, by uratować życie pięciu innych... to umiem podjąć taką decyzję. A jeśli mogę poświęcić życie paru bezbronnych wiosek, żeby ocalić wszystkie moje siły, to także to uczynię. - odparł Seijūrō, mrużąc lekko oczy.
Kuroda uniósł dłoń, nie pozwalając sprzeczce się rozognić.
- Seijūrō i jego metody nie muszą ci się podobać, Kumiko. - powiedział twardo. - Ale jak przychodzi do tego, żeby jakiś dowódca wroga dostał sraczki na wieść, że coś tu jest nie tak, to wolę, żeby robił to ktoś, kto ma łeb do takich sztuczek. - Spojrzał na nią. - A ty potem wejdziesz i zrobisz swoje. Tyle. -
Kumiko fuknęła, ale nie ciągnęła tego dalej. Wszyscy wiedzieli, że to ich stały wzorzec: on - klif, ona - fala, rozbijająca się raz za razem o jego spokój.
Megumi, która do tej pory zaplatała i rozplatała końcówkę swojego warkocza, położyła dłonie na stół.
- Zanim się pokłócicie o to, kto kogo i gdzie dokładnie wysyła... jest jeszcze ktoś, kto być może chce w tej wojnie mieć swoje miejsce. - powiedziała. - Cesarstwo. -
Skryba obok niej już unosił pędzel.
- U południowych wybrzeży zacumował statek. - kontynuowała. - Admirała z Cesarstwa. Nie przyszedł do Ryuzaku. Przyszedł do nas. Nori spotkała się z nim na brzegu, przetestowali się. Jest arogancki, ale... propozycja wydaje się uczciwa. Przywiózł próbki stali z Kantai. Sprawdziłyśmy - jest taka, jak opisywali: wytrzymała, twarda, nie kruszy się ani nie rdzewieje tak szybko, jak nasza. -
Zawiesiła dłonie nad mapą w miejscu, gdzie zaznaczono wyspy.
- Z tego co wiemy, relacje Cesarstwa z resztą Kontynentu nie są najlepsze. Nori sugeruje - a ja się z nią zgadzam - że należy to wykorzystać. Problem w tym, że nie mamy do zaoferowania im aż tak wiele, jednak z rozmowy wynikało, że... jest coś, co mogłoby nam niemal zagwarantować ich udział. -
- Głowy tej suki Mikoto. - mruknął Akira, zanim dokończyła.
Przez twarz Megumi przebiegł cień irytacji, kiedy jej przerwano, ale ostatecznie skinęła krótko.
- Tak, Yuki Mikoto. Ta sama, która siedzi teraz w Północnym Ryuzaku, razem ze swoim klanem i częścią Uchiha. To potencjalnie cenna sojuszniczka, ale też... trochę gorący węgiel, nawet jeśli posługują się według zapisków Gazo lodowymi technikami. Dopóki będzie u nich, dopóty Cesarstwo będzie wrogo nastawione do Ryuzaku. -
Kilku shinobi kiwnęło głowami. Tu nikt nie miał sentymentu do Cesarskich wyrzutków. Liczyło się tylko to, na ile cenni są dla sprawy Atarashi.
- Zaproponował tylko to? - spytała Shizue. - Głowę za stal? -
- Na razie tak. - Megumi pokręciła głową. - Ale... mamy kilka innych opcji, które otwarły się wraz ze zdobyciem portu. Handel i... -
- Kurwa, wy znowu o handlu, a to miała być narada wojenna chyba. - Akira zmarszczył brwi, a jego uwaga zyskała sobie wyraźnie sympatię Kumiko. - Za dużo wiary pokładacie w tym jednym porcie. Jeśli to takie istotne, to nie możemy zatrzymać się na jednym. Nie ma ich więcej? -
Nachylił się nad mapą, ale Shizue od razu pokręciła głową.
- Nie, nie ma. Ale... masz rację, że jeden port to nie wszystko. I zbyt duże ryzyko. Problem w tym, że innych w rozsądnej odległości do nas nie ma, musielibyśmy zbudować prędzej nowy od zera a to jest inwestycja... no, prawdopodobnie na lata. Rok, jeśli przeznaczymy na to naprawdę spore zaplecze, a najlepiej ściągniemy skądś inżynierów, bo sami niestety nie mamy doświadczenia z morzem. Na razie raczej odpada. -
- Zobaczymy... coś mi przyszło do głowy. - Seijūrō nagle nachylił się nad mapami, jakby coś sprawdzał i zaczął szeptać coś do swojej adiutantki, która cicho mu odpowiadała. - Kontynuujcie, mam podzielność uwagi. -
Kumiko prychnęła.
- No, kurwa, jasne. Parę skrzyń stali, w zamian za zaryzykowanie i wciągnięcie w zasadzkę liderki całego klanu? - rzuciła. - Dla nich zajebisty interes. -
Kuroda uniósł głowę.
- Po pierwsze, te cztery skrzynie to raczej w oczywisty sposób... zadatek. Pytanie, jakie warunki możemy wynegocjować długoterminowo. I jak szybko zaczną oczekiwać spłaty w postaci głowy tej Yuki. - jego łysa czaszka odbijała nieco płomienie oświetlające pomieszczenie, podczas gdy poorana zmarszczkami i bliznami twarz wyglądała jak mapa górskich terenów. - Pomijam to, że akurat jej likwidacja byłaby nam też na rękę. Uchiha stracą wygodnego sojusznika. My zdobędziemy w oczach Cesarstwa wiarygoność i może wynegocjujemy też jakieś wsparcie - jeśli nie militarne, to przynajmniej inżynieryjne oraz w postaci floty. Pytanie, czy w ogóle realne jest wciągnięcie jej chociażby w zasadzkę. - Zmarszczył brwi. - Megumi? Daiji?-
Siwowłosa kobieta wbiła wzrok w sufit przez moment. Kiedy się zastanawiała, odezwał się przywódca Cichych Kłów.
- Musiałbym na dobry początek zarządzić zwiad, ale na razie jest w dość dobrym położeniu. Trzeba by się o niej dowiedzieć czegoś więcej. O niej, o jej doradcach... -
- Sprowokować konflikt wewnątrz jej klanu? - zasugerował Seijūrō, który wrócił już pełnią uwagi do posiedzenia przy stole, dając od razu dowód na to, że w istocie, miał podzielną uwagę.
- To nadal wymaga wiedzy. Musiałabym spytać Nori, czy jej dziewczyny - albo Ciche Kły - byłyby w stanie przeniknąć w struktury Yuki i znaleźć osoby niezadowolone z jej władzy. Albo poznać jej zwyczaje, zamiary... Zrozumieć ją. Ja się na takich sprawach nie znam. -
- Mam parę osób, które... mogłyby sobie z czymś takim poradzić. - odezwał się nagle Akira, wydłubując sobie kunaiem najwyraźniej brud spod poza tym dość zadbanych paznokci. Megumi obróciła się ku niemu, unosząc brwi. Reszta również się nieco zdziwiła, kierując wzrok na najmłodszego z generałów. - No co? Eksperymentowaliśmy trochę z siostrzyczką i niektórymi moimi ludźmi. Myślę, że jesteśmy całkiem blisko pewnego przełomu jak chodzi o ninjutsu, ale podzielę się tym, za... jakieś dwa tygodnie. Czekam jeszcze potwierdzenie pewnych testów w terenie. W każdym razie, niezależnie od tego, kto się za to weźmie - mamy chyba zgodę, że głowa tej Yuki będzie jednym z naszych priorytetów, prawda? -
Dość zgodny pomruk przeszedł po sali. Jedynie Shizue odchrząknęła.
- Tylko nawet jeśli nam się uda... nie możemy im od razu położyć Yuki na tacy. - powiedziała spokojnie, ale twardo. - W rozmowach z admirałem najpierw musimy ustalić pozostałe warunki wymiany handlowej, może wysłanie jakiejś ekspedycji na Kami no Hikage. Ta wyspa może zawierać cenne surowce i jednocześnie być dla nas i dla Cesarstwa dobrym punktem stycznym, omijającym drogę przez morze kontrolowane przez Ryuzaku. -
Przez salę poniósł się dźwięczny głos dzwoneczka. Wszystkie głowy zwróciły się ku szczytowi stołu, gdzie siedziała Miko. Liderka Orochi uśmiechnęła się do zgromadzonych i w ciszy, która nastąpiła, jej głos był wyraźny dla wszystkich.
- Negocjacjami zajmą się odpowiednie, upoważnione osoby z klanu Gazo oraz Mateki. Wy możecie pomóc ustalić, co z punktu widzenia militarnego byłoby dla nas najistotniejsze i jakie trudności mogą się wiązać ze spełnieniem warunków Cesarstwa. Możecie wrócić do tego w późniejszej części narad. Na razie dość już usłyszałam. -
Megumi oraz pozostali generałowie skinęli głową, chociaż dało się wyczuć, że Kumiko oraz Akira zrobili to z drobnym ociąganiem.
-No dobrze, w takim razie, w ramach ostatnich słów na ten temat... ich flota nie jest nieskończona, do tego ostatni ich konflikt z Uchiha i Ryuzaku okazał się porażką, mają problemy wewnętrzne... Dlatego port i tak musimy obronić sami. -
Tymczasem Seijūrō przesunął palcem na zachód mapy, gdzie narysowano meteoryt i ziemie Kujaku oraz Kaminari.
- Jest jeszcze inny problem. - powiedział. - Meteoryt. Jirou i jego ludzie, a także ci... Kaminari. Tam jest kawał naszej siły. Ryuzaku też to widzi. Jeżeli Rada Możnych się naprawdę wystraszy, że mamy port z jednej strony, a z drugiej pierwszy sojusz między klanem Kontynentu i naszym, może uznać, że najpierw trzeba zmiażdżyć ich, żeby odciąć nas od posiłków. I pokazać, co czeka resztę "zdrajców". - Dotknął znaku symbolizującego meteoryt. - Uderzyć wszystkim, co mają, tutaj. Zanim zdążymy się połączyć. -
Tym razem to Kuroda zmarszczył brwi.
- Osobiście nie ufałbym od razu tym opowieściom o sojuszu. Próbowaliśmy już kiedyś negocjować z Kaminari, konkretniej nawet - z ojcem ich obecnej liderki, tej kaleki. Nie muszę przypominać, czym skończyły się te negocjacje? -
- Błędy rodziców nie muszą być błędami ich dzieci, Kurodo-sama. Sama jestem tego, jak sądzę, najlepszym przykładem. - upomniała go nagle Shizue, dotykając delikatnie drobnego tatuażu na swojej szyi. Kilka spojrzeń zatrzymało się na niej dłużej, nie komentując. W końcu Kuroda skinął powoli głową
- Owszem... ale nie należy też ich ignorować. Poza tym, wiadomość Jirou była... cokolwiek lakoniczna. Dopóki nie spotkam się z nimi osobiście i nie przeleję wspólnie z nimi krwi Uchiha, nie wiem, czy będę w stanie im zaufać. -
Kumiko, Daiji oraz Akira skinęli na te słowa głowami, zgadzając się najwyraźniej z taką oceną sytuacji. Nagle głos zabrała Megumi.
- Ale jeśli mowa o sojuszach... rozmawiałyśmy już z Shizue. Ród Soga z północy wywiązał się ze swojej obietnicy. Przysłał nam pięciuset ludzi. Samuraje, z własnym rynsztunkiem, doświadczeni w walkach. Powinni się dobrze sprawdzić na froncie. Jest tylko drobny problem. -
Kilka brwi się uniosło, w tym brew Orochi Miko.
- Jaki? -
Megumi wyciągnęła z torby zwój, prezentując go wszystkim zgromadzonym.
- Pewnie już słyszeliście o niejakim Kaito Ishikawie, który dołączył wpierw do świty Kyuubiego-sama, a ostatnio przysiągł wierność i służbę naszemu klanowi. To zdolny i honorowy wojownik, również samuraj. Nie jest jednym z nas, ale zdążył już poznać czym jest walka z Yokai, do tego brał czynny udział w walkach przeciwko Uchiha, pomagając między innymi zdobyć tak kluczowy dla nas port. Był częścią grupy, która pomagała Soga odeprzeć i zlikwidować dość istotną grupę Oni w ich regionie. Już wtedy jednak zgłaszał swoje wątpliwości, a teraz przelał je na papier - wedle jego słów, Soga mogą okazać się zdrajcami. Pozwólcie, że odczytam treść jego listu. -
Megumi odchrząknęła, chociaż sam Kuroda prychnął tym razem, słysząc to oskarżenie.
Kiedy skończyła czytać, zapadło na moment milczenie. Pierwszy odezwał się Kuroda.Do Czcigodnej Yumeki-dono, której przysiągłem służbę.
Ja, Ishikawa Kaito, Kogo pozostający w Twojej służbie, składam przed Tobą to pismo jako własne świadectwo. Czynię to z obowiązku wobec honoru mojego rodu oraz prawdy, która została mi powierzona. Zdrada, o której piszę, wydarzyła się wiele lat temu, zanim przyszedłem na świat. Nie mogłem więc być świadkiem tamtych wydarzeń. Jednak historia ta została mi przekazana przez człowieka, który był świadkiem tamtych wydarzeń, mojego wuja, brata mego dziadka.
Według jego świadectwa dawny pan mego klanu nie poległ w bitwie ani w uczciwym starciu. Zginął wskutek zdrady, wrogowie nie stanęli przed nim na polu walki, lecz sięgnęli po zdradę, aby odebrać mu życie i zniszczyć jeden z rodów, który mu służył. Wśród tych, którzy sprzymierzyli się z jego wrogami, znajdował się klan Soga, dawni przyjaciele i bracia klanu Ishikawa.
Taką prawdę przekazał mi mój wuj. Człowiek, który był świadkiem upadku naszego domu i który przez całe życie nosił pamięć o tamtych wydarzeniach. Jako jego krewny i ostatni z mojego rodu przyjąłem to świadectwo jako część dziedzictwa, które zostało mi pozostawione. Dopiero niedawno, służąc pod Yamamoto-dono, rozpoznałem nazwę oraz herb klanu Soga wśród tych, którzy stoją po tej samej stronie konfliktu co ja. W tamtym momencie zrozumiałem, że ludzie, o których słyszałem od dziecka jako o sprzymierzeńcach dawnego wroga, zdrajcy, dziś są naszymi sojusznikami.
Nie piszę tych słów, aby podważać Twoje decyzje pani ani wprowadzać niezgodę między klanami wiernymi Twojej sprawie. Jednak uznałem, że moim obowiązkiem jest złożyć przed Tobą tę wiedzę, którą odziedziczyłem po ocalałych z mojego rodu. Niech moja przywódczyni sama osądzi wagę tych słów. Ja zaś spełniłem jedynie obowiązek wobec prawdy i pamięci mojego klanu.
Spisane własną ręką i potwierdzone honorem mojego miecza.
Ishikawa Kaito
Kogo w Twojej służbie
- Nie znam osobiście tego Ishikawy, ale dla mnie oczywistym jest, że gada bzdury. Znam Soga, walczyłem u ich boku wielokrotnie. Gdyby nie oni, połowa ziem naszego klanu jak i Orochi zostałaby zalana przez Oni! Są specyficzni, ale ciężko o bardziej honorowych ludzi. -
- Ludzie się zmieniają. A niektóre rozgrywki polityczne mogą trwać... latami. - wzruszył na to ramionami Seijūrō, sięgając po treść listu i samemu przebiegając go wzrokiem.
- Do tego, sam Ishikawa jest również wyjątkowo honorową osobą. Nie mówię od razu, że ma rację - ale z pewnością szczerze wierzy w swoje słowa, jestem też przekonana mocno co do czystości jego intencji w tej sprawie. -
- Na moje, to jemu się po prostu pojebali ci Soga, których znał ten jego... kto? Stryj? Dziadek? No, ktośtam, z tymi, co są u nas. Przecież oni tam już ile tkwią... -
- Ponad półtora wieku. -
- O właśnie. -
- Tak, ale... znają też sztukę żeglugi. Może nie tak dobrze, jak kiedyś, ale... nie możemy wykluczyć, że wznowili kontakt z rodzimymi ziemiami, prawda? - Seijūrō odchylił się nieco na swoim krześle, splatając ręce przed sobą na stole. Kuroda znowu prychnął z oburzeniem, ale nim zdążył coś skomentować, wtrącił się Daiji.
- Mogę wysłać kogoś od siebie, że sprawdził kroniki naszego klanu i dopytał tego Ishikawy, kiedy dokładnie miała miejsce zdrada, o której mówi. Jeśli czas się zgodzi, albo znajdziemy jakiekolwiek przesłanki, że byli lub są jednak w kontakcie ze swoją zdradziecką częścią rodziny, to wtedy podejmiemy działania. A na razie trzymajmy ich w nieprzesadnie kluczowych odcinkach frontu. Takich, których w razie czego nie będzie nam żal stracić. -
- To marnotrawstwo ich sił. Powinni stać właśnie na pierwszej linii w porcie. -
- Powinni, ale nie możemy też zbagatelizować takich oskarżeń, jeśli są z wiarygodnego poza tym źródła. - Daiji wzruszył ramionami. - Postaram się wrócić szybko z informacjami. Nie powinno to być aż tak trudne do potwierdzenia. -
To wydało się na razie zakończyć dyskusję, a tymczasem do przodu znowu postąpiła krok Nae, stojąca do tej pory za swoim przełożonym.
- Proszę wybaczyć moje wtrącenie się, ale... chciałam wrócić do kwestii potencjalnego ataku Ryuzaku na klan Kujaku i zauważyć, że tam mają jeszcze dodatkowy pretekst. - zauważyła. - Niebezpieczne eksperymenty, zagrożenie dla świata, meteoryt, który zatruwa ziemię dookoła... To się będzie dobrze sprzedawało i w Radzie Możnych, i wśród ich własnych ludzi, i być może w krainach południowych, wśród Akimichi i Inuzuka. Łatwiej jest wysłać armię "żeby ochronić świat” niż po to, żeby "odzyskać ziemie, z których Dzicy wyrzucili Uchiha”. -
Kuroda zmarszczył brwi.
- Tak... Pytanie, czy Jirou i Kaminari to wytrzymają. - mruknął. - Jirou ma łeb, ale ma też obsesję na punkcie kamienia. Kaminari lubią walczyć i pić, ale jak przyjdzie do nich pełne Ryuzaku ze wszystkimi ich wojskami, tymi wyznawcami yokai Jashina... oraz oczywiście Uchiha, to... jest ich po prostu zbyt mało, są też zbyt osłabieni konfliktem między sobą, który dopiero co zakończyli. -
Seijūrō uśmiechnął się cienko.
- Z naszej perspektywy... Jeśli by tak się stało... - powiedział - ...to wygląda tak: Ryuzaku rzuca wszystko na zachód, żeby wyrwać meteoryt z rąk Kujaku i złamać nowy, słaby jeszcze sojusz. Uchiha muszą ich tam wspierać, bo inaczej kamień idzie pod kontrolę Rady Możnych bez nich. O ile go po prostu nie zniszczą. - Obwiódł ręką część mapy z Ryuzaku. - Jeżeli kiedykolwiek mielibyśmy uderzać w ich zaplecze, to właśnie wtedy. -
Kumiko skrzywiła się.
- Czyli co? Patrzymy, jak Ryuzaku dusi Jirou i Kaminari, a my w tym czasie dusimy Rade Możnych? Zostawiamy ich na rzeź, bo co? Bo to dobry moment? - głos Somy podniósł się i aż wibrował wściekłością na samą myśl, że można by tak postąpić. - Jakoś, kurwa, za Shinsegumi już widziałam, jak jedni patrzą, jak drugim palą wioskę, bo "to nie ich sprawa”. Wystarczy. -
Kuroda spojrzał na nią badawczo, ale przytaknął powoli.
- Ja pamiętam wioski, które padły, bo nikt nie przyszedł. - powiedział. - Jak Shinsegumi brało jedno plemię po drugim, a reszta siedziała w swoich dziurach. Albo to samo robiły yokai. Nie będę stał i patrzył drugi raz, jeśli będziemy mogli tam być. -
Seijūrō nie odwrócił wzroku.
- A ja pamiętam wioski, które poszły ratować „braci”, a potem nie zostało z nich nic. - odpowiedział spokojnie. - Ich dzieci płakały tak samo jak tamtych. - wzruszył ramionami. - Nie mówię, że mamy nic nie robić. Mówię, że zanim wyślemy tam dziesięć, dwadzieścia albo ileś tysięcy ludzi, trzeba wiedzieć, co dokładnie chcemy osiągnąć i czy nas na to stać. -
Akira opuścił rękę na mapę między Atarashi a ziemiami Kujaku.
- Ale wiecie, że to nie musi być albo wszystko, albo nic? - wtrącił. - Możemy wysłać część sił. Połączyć się z Kaminari i Kujaku w kluczowych miejscach. Zająć tereny, gdzie można zorganizować dobrą obronę. To Takamori wygląda na łakomy kąsek i dość nieźle blokuje główne trasy. - Spojrzał na Shizue. - Zresztą, takie planowanie to twoja mocna strona. Wiesz, gdzie takie miejsca są. Sama mówiłaś, że zdążyłaś już poznać te tereny. -
Shizue skinęła.
- Tak, w ostatnich miesiącach moi ludzie działali dość aktywnie na tych terenach, współpracowaliśmy też z Kłami Daijiego. - potwierdziła. - Są przesmyki, które można utrzymać małą liczbą ludzi. Są wzgórza, z których można kontrolować szlak. Ale jak Ryuzaku przyjdzie tam pełną siłą, to będzie wojna na wyniszczenie. -
Kumiko przesunęła dłonią po twarzy.
- Wiecie co... - odezwała się - ...jak będziecie tak ważyć każde "za” i "przeciw” przez trzy dni, to w tym czasie Uchiha zdążą wymyślić dziesięć nowych sposobów, jak nas wyruchać, a Rada Możnych postawi trzy nowe strażnice i obsadzi je pełnym garnizonem. Trzeba zdecydować, że albo im pomagamy, albo od razu mówimy, że nie. I ostrzegam, nie będę patrzeć, jak się wszystko sypie, bo my dalej myślimy nad tym, co zrobić. -
Tym razem Kuroda skrzywił się.
- Kumiko, to nie jest napierdalanka w karczmie, tylko wojna, która prawdopodobnie zadecyduje o tym, czy wszystkie ofiary, jakie do tej pory ponieśliśmy, miały w ogóle sens. Na razie nie wiemy jeszcze, jakie są ruchy Ryuzkau, ile sił planują przeznaczyć i gdzie. -
- To właśnie mówię. - odburknęła. - Jak zjebiemy to teraz, to nie będzie żadnej reszty życia, tylko nas wypchną znowu za Mur i tyle z życia w spokoju. Ale chyba też po to te całe obrady, żeby wiedzieć, co chcemy zrobić w razie różnych sytuacji, prawda?
-
Shizue westchnęła przeciągle.
- Jedno jest pewne. - stwierdziła. - Jak pozwolimy, żeby Ryuzaku rozbiło Kujaku i Kaminari, a my będziemy siedzieć, to zostaniemy tylko my i oni. Bez Jirou, bez Kaminari, bez nikogo, kto odciągnie chociaż ich uwagę. - spojrzała po wszystkich. - A wtedy każde ostrze, każdy kawałek kantańskiej stali i każdy statek Ryuzaku będzie celować tylko w nas. Moim zdaniem trzeba doprowadzić do połączenia sił. -
- Według mnie lepiej ich wykorzystać jako przynętę i zamiast tego przeprowadzić jedno-dwa mocne uderzenia w centrum sił Ryuzaku, kiedy oni będą zajęci Kujaku i Kaminari, z jakimś jednym, mniejszym odwodem zabezpieczającym nasze własne ty... -
Miko uniosła dłoń. Hałas opadł niemal odruchowo.
- Ta dyskusja zaczyna zataczać koło. - odezwała się liderka Orochi - Przygotujcie dwa warianty. Kumiko, Shizue, wy pierwszy: łączymy siły z Kujaku i Kaminari, jeśli zobaczymy, że ma to sens i że damy radę. Rozpisujecie trasy, miejsca, gdzie możemy się spotkać, gdzie możemy wykorzystać pełnię sił, gdzie Ryuzaku mogłoby chcieć nas odciąć. -
Obie kobiety skinęły głowami, podczas gdy Kuroda splótł ręce na piersiach, marszcząc brwi. Liderka przeniosła wzrok dalej.
- Seijūrō, Akira. Wy opracujecie drugi: jeśli Ryuzaku pójdzie tam pełną siłą, a my nie będziemy w stanie, lub... będzie to zbyt ryzykowne, aby pojawić się tam w pełni sił, szykujecie plan, jak uderzyć w ich zaplecze dokładnie wtedy. - spojrzała wszystkim po kolei w oczy. - Nie wybieramy dziś. Ale przygotujemy się na obie możliwość. Kuroda i Daji potem pomogą mi wybrać jeden z tych planów, lub połączyć je w jeden. -
Seijūrō skinął z gracją głową.
- Oczywiście, Miko-sama. - powiedział, a jego żółte oczy błysnęły drapieżnie.
- Megumi, Daji. - wzrok Miko przesunął się po stole. - Niech gejsze Nori oraz dobrze zapowiadający się kandydaci na Ciche Kły skupią się na samym Ryuzaku. - dotknęła palcem symbolu stolicy. - Rada Możnych, ich magazyny, ich rodziny, ich banki, porty... Chcę wiedzieć, gdzie są ich miękkie miejsca. Chcę znać charakter i doświadczenie ich dowódców. Tak, żeby jeśli kiedyś uderzymy, zabolało ich nie tylko na froncie. Potrzebujemy więcej informacji. Jeśli uda się też przekupić jakichś ich najemników, informatorów z wewnątrz - tym lepiej. -
Niebieskie oczy Dajiego zabłysły, ale twarz pozostała spokojna. Megumi po prostu skinęła głową.
- To praca raczej w guście Nori i jej dziewcząt. Ale mam u siebie też parę osób, którym pewnie spodoba się takie zadanie. - odparł krótko.
- Kuroda. - Miko spojrzała na najstarszego i najbardziej doświadczonego z generałów. - Ty odpowiadasz za utrzymanie portu. I szykujesz ludzi na marsz w jedną albo drugą stronę, ale dopóki nie zdecydujemy... a tak naprawdę i potem - port jest priorytetem. - zawiesiła głos na moment. - Nie chcę się obudzić i usłyszeć, że ktoś zostawił port, bo usłyszał "Kujaku" i już ruszył na odsiecz. Niezależnie od tego, jak dobrze się imprezuje z liderką Sióstr Nocy. -
Wzrok Miko przesunął się na Kumiko, która jednak tylko parsknęła śmiechem.
- Dobra, dobra. - burknęła. - Po prostu jakby trzeba było się napierdalać pod meteorytem, to chcę być tam pierwsza. Zwłaszcza, że ciekawi mnie ta cała Bestia z Antai, podobno sroga kobita. Jak połowa opowieści na jej temat jest prawdziwa, to pewnie się spotkamy po prostu pod Ryuzaku z nią. A na razie będziemy napierdalać w tych, co będą chcieli ruszyć na port. -
Miko przewróciła oczami, ale było w tym coś na kształt zgody.
- Megumi, jeszcze jedno. Ty pilnujesz, żeby przy tym wszystkim nasi ludzie nie padli ofiarą Yokai. Widziałam już raporty, sugerujące, że zaczęły się pojawiać po tej stronie Muru, widziałam też ten od jednej z dziewcząt Nori. Jeżeli stary wróg klanu Jirou się pojawił, musicie podjąć z nimi współpracę i nie pozwolić, żeby ten problem dotknął nas. Jeśli już, to Ryuzaku. -
Pomruk szeptów przeszedł po sali, przy czym Kumiko popatrzyła nieco zdezorientowana, nachylając się do Kurody i pytając go o coś po cichu. Głos Megumi jednak łatwo przebił się ponad ten pomruk.
- Zadbam, żeby sekty się tym zajęły. Może... może też pomoc Jinchuriikiego Kokuo będzie tutaj przydatna. Wiemy, że jest niechętny sięgać po broń przeciwko ludziom Kontynentu, ale powinien przynajmniej być w stanie wspomóc Siostry i Sekty w ich zadaniach.- odpowiedziała.
Miko skrzywiła się lekko, jakby uwaga na temat pacyfizmu i wstrzemięźliwości Yamiego do przelewania krwi Ryuzaku wyjątkowo ją mierziła, jednak zaraz przywołała na twarz zwyczajową maskę spokoju.
- Niech będzie. Czekam też na informację, co z poszukiwaniami w ruinach Shinsegumi. -
Głos Orochi nie pozostawiał wiele pola do domysłów - oczekiwała jakieś zwrotu z inwestycji i ryzyka, jakie liderka Mateki postanowiła wziąć na siebie. Tymczasem Seijūrō nachylił się ku Megumi.
- Odnośnie Harpii... chciałbym też otrzymywać wszystkie informacje na ich temat, jakie mają zwyczaje, i tak dalej... Widzę dla nich pewien... potencjał. -
- Potencjał dla Yokai? I to dla Harpii? Czy ty siebie słyszysz, Seijūrō? - syknęła na to Megumi, marszcząc brwi, na co seinnin Orochi wyciągnął uspokajająco dłonie.
- Tak, wiem. Nie mówię, że je jakoś wykorzystamy, ale... przyznasz chyba, że odrzucanie czegoś z miejsca nie jest najlepszym pomysłem. Przynajmniej chcę wiedzieć jak najwięcej, żeby móc samemu ocenić sytuację. Tylko o tyle proszę. -
- Niech... będzie. Ale zanim podejmiesz jakiekolwiek akcje, skonsultujesz je ze mną. Rozumiemy się? -
- Naturalnie. - uśmiech Seijūrō był tak uprzejmy, że prawdopodobnie on sam mógłby stopić lód Hyuo.
Kuroda odchrząknął, przerywając tę rozmowę, po czym sam zabrał głos.
- No dobrze. To teraz liczby, terminy, konkretne wioski, strażnice. Wojna opiera się, niestety, w dużej mierze na liczbach. - powiedział spokojnie, przykuwając uwagę wszystkich znowu na mapie. - I mniej "kurwa” w raportach niż przy tym stole. Wiem, że potraficie mówić pełnymi zdaniami, kiedy trzeba. -
Kumiko prychnęła, ale nawet ona się uśmiechnęła. Zaraz po tym, obrady przeszły w bardziej szczegółowy tryb, a do stołu zbliżyli się adiutanci, notując kolejne liczby, detale, informując czego można spodziewać się na konkretnych odcinkach frontu. Słowem - spotkanie przerodziło się w pełni w dyskusję logistyczną, chociaż widać było po niektórych z generałów - Akirze, Kumiko - że ciężko im skupić się na tych dyskusjach. Skrybowie pochylili się nad zwojami. Obok Daijiego, Ren dopisywał swoje czarne atramentowe znaki przy nazwach wiosek. Kinu szeptem omawiała z nim przeprawy przez rzeki po obu stronach frontu. Nae już układała w myślach listę ryokanów w Ryuzaku, gdzie warto będzie usiąść i "przypadkiem” usłyszeć za dużo.
Korzystając z tego, że rozmowy trochę bardziej podzieliły się na mniejsze podgrupy, Akira pochylił się w stronę Seijūrō, zniżając głos.
- Wiesz, że Soma by cię najchętniej zakopali w pierwszym bagnie, jakie napotka po drodze, prawda? Zwłaszcza młoda. - mruknął.
- Wiem. - uśmiechnął się lekko Seijūrō. - Ale jak przyjdzie noc, w której będą chcieli, żeby ktoś po cichu podciął gardło dowódcy wroga lub złamał umocnienia i morale obrońców wysyłając im zwłoki ich rodzin i trując studnie... to nie pójdą do Shizue, ani nawet do Daijiego, tylko do mnie. I oboje dobrze o tym wiedzą. -
Kumiko, słysząc część ich słów, syknęła pod nosem do Kurody:
- Jak ten gad jeszcze raz powie, że jego metody chronią naszych ludzi, to przysięgam, że wyrwę mu język. -
Kuroda mruknął:
- Uważaj na słowa. To nadal Seinnin i osoba szanowana przez Orochich. Nie musimy pochwalać jego metod, wystarczy, że będziemy je ograniczać i nie pozwolimy mu zamienić wojny w festiwal niewinnej krwi. -
Narada trwała. Ostra, pełna tarć, ale każde z tych tarć obracało się wokół tej samej mapy i tego samego celu: żeby tym razem to Atarashi, a nie Uchiha dyktowali, gdzie spadnie następny cios.
- Orochi Miko -
- Orochi Seijūrō -
- Orochi Daiji -
- Soma Kuroda/Rokuda -
- Soma Kumiko/Michiko -
- Kuroyama Megumi -
- Mateki Shizue -
- Mikazuki Akira -
- Orochi Kinu -
- Gazo „Czarny Atrament” Ren -
- Orochi Nae -
Tereny Sporne, Sztab Generalny Kaminari
Lato, Rok 396
Sztab Główny Kaminari mieścił się w dolinie między dwoma dużymi strażnicami. Dostęp do niego był o tyle skomplikowany, o ile naturalną barierą były góry, wyrastające w bardzo dziwny sposób. Dla obrońców było to idealne miejsce, gdzie można było bronić się z tak naprawdę tylko dwóch dojść. Jednak problemem tego miejsca było to, że... nie było zbytnio gdzie uciec. Jeżeli się przegra, dolina była jednocześnie cmentarzyskiem dla wszystkich obrońców.
Od kilku tygodni napływały tutaj siły Kaminari. W sumie, klan zebrał dwadzieścia tysięcy wojsk, które rozlokowane zostały dookoła sztabu. Na temat tego, kto miał dowodzić chodziły różne plotki. Jedni mówili, że dowidzić będzie Kagada Kaminari - seinin i przyjaciółka Chino, która słynęła z bardzo brutalnej siły i czystej mocy. Pół roku temu, Kagada wraz ze swoim oddziałem i z pomocą Sióstr Nocy przewodzonym przez Liderkę Sióstr Nocy - Shirę Kujaku - powstrzymały atak bijuu trzech ogonów na wybrzeże Atarashi. Taka była oficjalna legenda, bo kto był na miejscu, ten wiedział, że wszyscy przeżyli tylko i wyłącznie dzięki widzimisiowi Sanbiego. Od tamtej pory, gdy sojusz Kaminari i Kujaku został zawiązany, Kagada gdzieś zniknęła, tak jak jej cały oddział miał być rozwiązany i rozesłany po różnych częściach klanu. Po cichu wszyscy liczyli, że to Bestia z Atarashi poprowadzi ich ku chwale.
Drugą opcją było pojawienie się osobiście Chino w tym miejscu. Również krążyły już historie o tym, że Liderka Kaminari wróciła do sprawności dzięki dziwnej protezie przyniesionej z Kinoko no Rakuen, a także, że miała mieć nowe oko w formie doujutsu. Jedni mówili, że ma Byakugana, inni, że ma Sharingana, lecz tak naprawdę nikt nie wiedział, jaka była prawda. Niestety, Chino nie pojawiła się nigdzie i też ludzie mówili, że to raczej nie ona będzie dowodząca.
W dniu, w którym wszyscy zebrali się na placu, ilość ludzi była zatrważająca. Przed namiotem dowodzących wyszły dwie osoby. Młody chłopak z bujną, czarną czupryną i trochę wyższa od niego blond dziewczyna, która wcinała dango. Para stanęła jak gdyby nigdy nic przed wszystkimi i patrzyli się na zgromadzonych.
O Jinie Kaminari wiadomo było tylko tyle, że był bandziorem. Może nie tyle bandziorem, co miał taki styl bycia. Pół roku temu został awansowany do rangi seinina, by następnie publicznie został zdegradowany z powrotem do rangi Kogo przez doradczynię Shirei-kan Chino Kaminari. Powód? Oficjalne zaniechanie działań wojennych i tym samym nie poruszenie się ani o centymetr frontu na granicy Kaminari. Tak jak Kaminari mieli ziemię wcześniej, tak mieli i teraz. Z terenów spornych, nie udało im się zagarnąć dosłownie nic.
Prawda była jednak ciut inna. Jin widząc dysproporcję sił specjalnie nie tracił wojsk na ruchach, a sam poświęcił cały ten okres na przygotowywanie się pod kolejne działania wojenne. Teraz, jak Ryuzaku mocno ruszyło z ofensywą, nawet nie wiedzieli, że chłopak pozakładał specjalne pieczęci na ich tyłach, ale i nie tylko. Miał je również po stronie dzikich - którzy de facto - teraz pełnili rolę trochę niedopowiedzianego sprzymierzeńca Kaminari. W każdym razie, Jin okrył się pseudonimem Shikari, co oznaczało nie mniej, nie więcej - łowcę. Tak też było w rzeczywistości. Jin był o krok od zabicia Musana Kujaku - seinina klanu Kujaku - atakując go we śnie jak prawdziwy ninja. Finalnie jednak, tamten uchronił się od zguby i Jin prawie dopadł go w osadzie Kujanari, lecz wtedy klany Kaminari i Kujaku były już sojusznikami.
O tyle o ile bohaterowie zarówno Dzikich, jak i Ryuzaku wszyscy znali dość dobrze i mogli być świadomi mniej lub bardziej, na co ich stać, tak Gzik i... dziwna dziewczyna obok, to była zupełna nowość i niewiadoma.
Jin popatrzył się na wszystkich, po czym uniósł ręce w geście zwycięstwa.
- AUUUUU!!!! - wydarł się, na co żołnierze Kaminari odpowiedzieli zwartym krzykiem.
- AUUUUUUUU!!!! - aż dolina się zatrzęsła.
Chłopak uśmiechnął się.
- Ale super. Zawsze tak chciałem. - powiedział, patrząc na dziewczynę, która wydawała się być obojętna na to, co się dzieje. - To pa teraz.
Jin odchrząknął.
- SHINOBI NEKO TO GÓWNO! - krzyknął unosząc pięść do góry.
Ludzie popatrzyli po sobie zdziwieni, po czym... wszyscy wydarli się za Jinem.
- SHINOBI NEKO TO GÓWNO!
Na te słowa, kobieta stojąca obok zamknęła oczy i cicho westchnęła.
- Powinieneś ich jakoś zagrzać do walki czy coś. To w końcu Twoi ludzie. - powiedziała cicho.
- Co? A, tak. - podrapał się po brodzie. - A nie możesz Ty?
- Ja? Ja nawet oficjalnie nie przynależę do klanu.
- Jak to nie? Przecież to był mój warunek, że wszystkich mają wciągnąć. - powiedział unosząc brew.
- No... tak, ale nie odebrałam medalionu finalnie. - wzruszyła ramionami. - Nie było mi po drodze.
Jin skrzywił się.
- To co mam powiedzieć? - zapytał, szeptając.
- Powiedz, że jebać Uchiha czy coś w tym stylu.
Chłopak podrapał się po brodzie, po czym uniósł rękę w górę.
- JEBAC MASAHIRO I CAŁĄ RODZINĘ JEGO! - krzyknął, na co ludzie zdecydowanie bardziej ochoczo odkrzyknęli.
- JEBAC MASAHIRO I CAŁĄ RODZINĘ JEGO!
Jin zaśmiał się pod nosem.
- Sam nie pokonasz wszystkich na wojnie, potrzebujesz tych wojsk. - zauważyła Arima - kobieta, która miała być kukiełką, o czym zorientowali się ludzie na festiwalu Kujanari po tym, jak Nagome - piąte pióro sióstr nocy, wybiła jej szczękę z zawiasów po sierpowym. - Musisz ich jakoś zmotywować bardziej.
- Czyli jak?
- Nie wiem, obiecaj im jakieś awanse czy coś.
Chłopak cicho westchnął, po czym uniósł głowę
- Gdzie ta dziewczyna jest!? - zapytał, po czym rozejrzał się po swoich oficerach i machnął ręką do jednej z nich.
Osoba, na którą patrzył, cicho westchnęła i pokiwała głową. Po chwili jednak ruszyła schodkami i znalazła się obok Jina. Na jej widok, tłum zawrzał.
Sanda Kaminari. Pół roku temu zaczynała jako tysięcznik, teraz jednak była pierwszą kobietą, która dowodziła pięcioma tysiącami wojsk. Pierwsza uczennica Kagady Kaminari, Sanda w pół roku zrobiła olbrzymie postępy. Z chudej i spokojnej dziewczyny, stała się niemalże idealnym dowódcą i wojakiem, który miażdżył wszystkich oponentów na swojej drodze. Teraz, nabrała dużo więcej masy i zaczynała upodabniać się do Kagady bardziej, niż by chciała.
- Właśnie, Sando mogłabyś...
- Wiem, co mam robić. - ucięła szybko Sanda, patrząc w jego stronę po skosie.
Dziewczyna nabrała powietrza w płuca.
- POSŁUCHAC MNIE UWAŻNIE, PRZYGŁUPY! - wydarła się, a echo jej krzyku przeszedł przez całą dolinę. - TAM ZA GÓRAMI ZNAJDUJE SIĘ PIERDOLONA ARMIA RYUZAKU! TO NAJBOGATSZY KRAJ, JAKI ISTNIEJE NA TEJ ZIEMI! JEDNAK JEST COŚ, CZEGO NIE DA SIĘ KUPIC! - zgięła rękę i pokazała mięśnie, po czym złapała się za kołnierz. - CHARAKTERU, KURWA! JESTESMY PIERDOLONYMI KAMINARI, KTÓRZY SIĘ NIE COFAJĄ! KTÓRZY NIE KLĘKAJĄ! KTÓRZY WYRYWAJĄ TO, CO IM NALEŻNE! - dziewczyna odwróciła się i wskazała w kierunku stolicy. - TAM SĄ NASZE RODZINY! NASI OJCOWIE, NASZE MATKI, NASZE DZIECI! PRZEZ WSZYSTKIE TE LATA, NASI PRZODKOWIE KTÓRZY UCZTUJĄ TERAZ WSPÓLNIE OBSERWUJA NAS I SWOJE DZIEDZICTWO! TO MY, TERAZ NA TEJ ARENIE, MAMY POKAZAC, KIM JESTEŚMY! NIE COFNIEMY SIĘ O KROK, NIE DAMY SIĘ POKONAC! TAKŻE MÓWIĘ DO WAS WSZYSTKICH, BO WSZYSCY JESTEŚMY KAMINARI! - wskazała palcem na niebo. - JEST NAS MNIEJ, WIĘC KAŻDY Z WAS MUSI POKAZAC, ŻE JEST WART PRZYNAJMNIEJ 10 UCHIHÓW! BOGOWIE, UCHIHA MAJĄ SZCZĘŚCIE, ŻE JEST NAS MNIEJ, BO INACZEJ TE PATAŁACHY NIE MIAŁYBY SZANS!
Sanda złapała oddechu, a jej klatka piersiowa napuchnęła.
- EMI UCHIHA, TAKERU UCHIHA, AZUMA UCHIHA, RINTARO. TO GENERAŁOWIE RYUZAKU. KTOKOLWIEK PRZYNIESIE ICH GŁOWĘ, DOSTANIE WE WŁADANIE DZIESIĘC OSAD I WIECZNE BOGACTWO! JEDNAK NIE TO POWINNO WAS MOTYWOWAC! - uniosła głowę do góry i teatralnie rozłożyła ręce. - PONIEWAŻ ŚWIADKAMI WASZYCH STARAŃ BĘDĄ WSZYSCY, KTÓRZY PRZELEWALI KREW ZA NASZ KLAN! W TEJ WOJNIE, MACIE MIEC WYRYTE JEDNO ZDANIE!
Nagle Sanda zacisnęła pięści i spojrzała na ludzi.
- MY NIE BŁAGAMY O WOLNOŚC! MY O NIĄ, KURWA, WALCZYMY!
I na te słowa nastał taki wrzask, że Jin aż otworzył usta w szoku. Po chwili jednak je zamknął, a jego oczy zbystrzały.
- Prawdziwie jesteś jej uczennicą, Sando. - powiedział, a kącik jego ust się podniósł.
Sanda obejrzała się w kierunku Jina. Dla niej, był to ciągle Gzik.
- Lepiej się pośpiesz z Masahiro, bo jak nie Ty, to ja go dopadnę. Zamierzam rzucić wyzwanie Twojej legendzie, Shikari. - jej muskuły się napięły. - Nie jestem już tą samą dziewczynką, co pół rok temu.
Jin Kaminari - klik
Arima - klik
Sanda Kaminari - klik
Sarufutsu, Północne Ryuzaku
Lato, Rok 396
Lato tego roku w Sarufutsu było bardzo przyjemne. Nie było przesadnie gorąco, delikatny, ciepły wiatr wiał ze wschodu, a po niebie sunęły pierzaste chmurki. Pogoda nie zapowiadała zupełnie tego, co czekało na ludzi w najbliższym czasie.
Pod główną bramą Sarufutsu zgromadził się klan Uchiha w pełnej gali, by powitać sprzymierzeńców z Ryuzaku no Taki. W szeregu stali zarówno żołnierze w czarnych zbrojach z czerwonymi emblematach, jak i starszyzna rodu w odświętnych kimonach Na czele stał Shirei-kan Uchiha Masahiro, opanowany i dumny. Młody przywódca - zaledwie trzydziestoletni - wyprostował się, jedną dłoń opierając na ozdobnej rękojeści katany wetkniętej za pas, drugą trzymając splecioną na plecach. U boku Masahiro znajdowała się jego małżonka Shizue, złotowłosa kobieta z klanu Yamanaka, odziana w ceremonialne kimono w barwach jesiennych liści. Po drugiej stronie Masahiro stał Uchiha Azuma - wysoki, 19-letni Seinin, oznaczony wojownik klanu. Najmłodszy Kogo. Najmłodszy Seinin. Przy nim stał Uchiha Takeru. Jasne włosy Takeru - nietypowe wśród czarnowłosych Uchiha - lśniły w słońcu, a narzucony na lekką zbroję popielatoszary płaszcz z wyszytym symbolem wachlarza powodował, że wygląda dumnie. Miał skrzyżowane ręce za plecami i przyjął surowy, oficjalny wyraz twarzy, choć lekkie ruchy wskazywały, że już się niecierpliwił. Z kolei Uchiha Emi, doświadczona kunoichi w średnim wieku, stała nieco z boku z pozornie spokojną twarzą. Jej oczy - uważne i bystre - omiatały towarzyszy i okolice, czujne na każdy drobiazg. Z jednej strony widziała radość, że sprzymierzeńcy z Ryuzaku no Taki wesprą ich w walce z najeźdźcami z północy, z drugiej strony widziała obawy, czy taka wizyta nie naruszy kruchej równowagi w klanie.
Właśnie tę równowagę personifikował stojący nieco z tyłu, po prawej stronie Masahiro - za nim i za Azumą - Sugiyama Kuroyami - dawny opiekun obecnego Shirei-kana. Zwany powszechnie „Starym Sugiyamą”, Kuroyami budził respekt nawet wśród sędziwych członków starszyzny. Był wysokim mężczyzną przed sześćdziesiątką, o szerokich barkach i posągowej posturze. Kruczoczarne włosy gdzieniegdzie poprzetykane siwizną, a twarz o surowych rysach, poorana drobnymi zmarszczkami, nie zdradzała żadnych emocji. Czerwone oczy Kuroyamiego zdawały się nieprzeniknione i zimne.
Nagle dał się słyszeć tętent kopyt i szczęk oręża. Tłum spoważniał i wszyscy zajęli wyznaczone miejsca. Od strony gościńca na dziedziniec wkroczyła kolumna wojsk sojuszniczych. Na czele jechał konno Amakumo Noritsune, głównodowodzący Ryuzaku no Taki. Jego czarny ogier parsknął i zatańczył, gdy jeździec szarpnął wodze. Noritsune rozejrzał się dumnie po zebranych, tak, jakby przybył do siebie. Miał na sobie masywną lśniącą zbroję, przyozdobioną złotymi zdobieniami w kształcie błyskawic. Był mężczyzną w sile wieku o szerokiej, umięśnionej sylwetce. Jego twarz, okolona białymi włosami związanymi z tyłu w krótki koński ogon, była naznaczona kilkoma bliznami - zapewne wspomnieniami dawnych bitew. Spojrzenie czarnych oczu Noritsune było przenikliwe i, nawet kiedy unosił kąciki ust w uśmiechu, w jego wyrazie było więcej chłodu niż ciepła. Na flankach dowódcy podążało kilku wyższych oficerów w zdobionych zbrojach. Po jego lewej stronie kroczył Rintaro, arcykapłan Jashina - młodzieniec o bladej cerze i heterochromatycznych oczach (jedno jasne niczym lód, drugie czarne jak smoła). Jego ceremonialne czarne szaty ze złotymi i krwawoczerwonymi haftami ciągnęły się po ziemi, a szyję zdobił potężny amulet z symbolem trójkąta Jashina. Rintaro poruszał się z tak pełnym gracji spokojem, że sprawiał niemal upiorne wrażenie, jakby był w religijnym transie, a nieobecnym wzrokiem wodząc po wszystkich. Mimo chłopięcej twarzy i łagodnego uśmiechu, coś w jego postawie budziło wśród Uchiha niepokój.
Kolumna zatrzymała się. Noritsune śmiało podjechał pod samą bramę, po czym jednym zwinnym ruchem zeskoczył z konia. Klan Uchiha jak jeden mąż ukłonili się głęboko, pochylając głowy w głębokim ukłonie na powitanie dostojnych gości. Masahiro skłonił się najniżej, starając się, by na jego bladej twarzy nie drgnął ani jeden mięsień - od tej chwili wszystko, co się wydarzy, będzie mu zapamiętane zarówno przez sprzymierzeńców, jak i własny ród. Noritsune uniósł dłoń, dając znak, by się wyprostowali. Sam zaledwie skinął głową.
- Witamy w Sarufutsu, Noritsune-dono! - Zaczął formalnie Masahiro, jak nakazywał protokół. - Klan Uchiha czuje się zaszczycony Twoją obecnością. Dziękujemy za szybkie przysłanie posiłków.
Masahiro mówił głośno i wyraźnie, by wszyscy słyszeli jego słowa. Amakumo Noritsune za to zmierzył Masahiro wzrokiem od stóp do głów. W złowieszczym półuśmiechu dowódcy błysnęły rząd białych zębów. Spodziewał się, że trafi pod komendę młokosa, ale widok Shirei-kana Uchiha, tak młodego, szczupłego i pozornie kruchego, wyraźnie go rozbawił.
- Słyszałem o tobie, Shirei-kanie. Jeszcze bardzo młody… ale ponoć zdolny. - Noritsune odezwał się niskim, tubalnym głosem. - Mam nadzieję, że twoja sława dorównaje twoim czynom… – urwał na moment, po czym parsknął cichym śmiechem – …a nie tylko plotkom
Masahiro poczuł, że oblewa go fala gorąca, ale na zewnątrz pozostał opanowany jak skała. Wiedział, że Noritsune słynie z szorstkości i bezpośredniości; mimo to zaskoczył go brak jakichkolwiek uprzejmości. Zdobył się na lekki uśmiech i odparł grzecznie:
- Każdy Uchiha udowodnił już, że jest godny sławy, która za nim idzie. Trwaliśmy tutaj już długo i nie mamy zamiaru przegrać tej wojny.
- Ha! Tego możecie być pewni. - Noritsune rzucił niedbałym tonem, kładąc ciężką dłoń na ramieniu Masahiro. - Razem wygramy tę wojnę, i to prędzej, niż myślisz.
Shirei-kan skinął głową, starając się zachować kamienną twarz i zignorować poufały gest. Nie chciał wszczynać sporu o drobnostki. Zerknął tylko w bok - jego złote, przenikliwe oko poszukało spojrzenia żony i najbliższych doradców. Shizue odpowiedziała mu niemal niedostrzegalnym ruchem brody, jakby chciała powiedzieć: „Panuj nad sytuacją”. Na drugim boku Masahiro stał Kuroyami; jego twarz pozostawała niewzruszona, lecz Shirei-kan dostrzegł, że szczęka mężczyzny była zaciśnięta, a wzrok wbity gdzieś ponad sylwetką Noritsune w daleki horyzont. Co się z nim dzieje? - przemknęło Masahiro przez myśl. Wyczuł, że jego dawny mistrz jest napięty niczym cięciwa, gotów pęknąć przy najmniejszym dotknięciu.
Uchiha Takeru także to widział. Wiedział, że Sugiyama Kuroyami nie należy do osób wylewnych, słynął raczej z chłodnej rozwagi, ale nigdy jeszcze nie widział go tak milczącego w obliczu ważnego gościa. Takeru podejrzewał, że drzemie w tym jakaś dawna uraza. Przeniósł spojrzenie na samego Noritsune. Od chwili, gdy potężny wojownik pojawił się na dziedzińcu, Takeru niemal czuł na skórze elektryzującą aurę, którą ten roztaczał. Gdy Noritsune położył dłoń na ramieniu Shirei-kana, młody Kogo mimowolnie wykonał krok naprzód - niby to, by lepiej słyszeć słowa gościa, ale naprawdę był gotów wkroczyć do akcji, gdyby stało się coś nieprzewidzianego. Nie lubił Masahiro, ale nie lubił bardziej obcych, którzy nie szanowali jego klanu.
Niepewne spojrzenia przechodziły przez tłum Uchiha. Dwóch młodszych wojowników szeptem wymieniało uwagi:
- Bezczelny… - mruknął jeden z nich, mając zapewne na myśli obcesowe zachowanie Noritsune.
- Ciii, stul pysk! - syknęła karcąco Uchiha Emi, obrzucając młodziana szybkim, ostrzegawczym spojrzeniem. Szept szybko ustał. Masahiro musiał mieć pełne wsparcie klanu w tej trudnej chwili. Rozjuszenie tak potężnego sprzymierzeńca mogło przynieść opłakane skutki.
- Dowódco Noritsune, pozwól, że przedstawię moich oficerów. - Masahiro wskazał gestem kolejno stojących obok niego. - Uchiha Azuma. Nasz najmłodszy generał i Seinin.
Azuma miał chwilę, aby wyrazić swój szacunek dowodzącemu i się z nim przywitać. Spojrzenie Noritsune jednak było pełne rozbawienia. Nie skomentował jednak tego ani słowem, może zostawiając komentarze na później.
- Uchiha Takeru, nasz Kogo i jeden z głównych dowódców polowych.
Takeru wystąpił krok do przodu i ukłonił się sztywno. Po jego minie można było wywnioskować, że nie zamierzał pozwolić, by jakikolwiek zewnętrzny generał umniejszał autorytet Uchiha. Spojrzał Noritsune prosto w oczy - hardo i bez cienia pokory, choć z należnym szacunkiem w głosie powiedział:
- Uchiha Takeru melduje gotowość do służby, Noritsune-dono.
Dowódca zmierzył go przez moment od stóp do głów. W jego ciemnych oczach pojawiła się iskra rozbawienia.
- Liczę, że w boju będziesz tak odważny, jak wieści głoszą. Mam nadzieję, że teraz już nie będą wysyłać cię w negocjacjach.
Takeru drgnął, jakby ugodzono go niewidzialnym ostrzem. Jego twarz stężała, a na policzkach zapłonęły rumieńce - ciężko było powiedzieć czy ze złości czy z upokorzenia. Skrzywił się brzydko. Masahiro szybko przejął pałeczkę.
- Nasz Kogo już nieraz poprowadził oddziały do zwycięstwa. - Ton Shirei-kana był grzeczny, ale stanowczy. Nie podobało mu się, że Noritsune publicznie testuje dumę Takeru. - Przez ostatnie miesiące bronił Rantori przed wrogiem i dumą naszego rodu.
Noritsune wyszczerzył się i klepnął Takeru w ramię tak mocno, że aż echo poniosło szczęk jego karwaszy.
- Cenię lojalność waszych ludzi, Shirei-kanie - powiedział niedbale. - Obyśmy wszyscy doczekali dnia, gdy ta wojna będzie tylko opowieścią dla naszych dzieci.
Masahiro odetchnął cicho, zmuszając się do uśmiechu.
- Wierzę, że z takimi sprzymierzeńcami ten dzień jest bliski - odparł głośno. - To Uchiha Emi - wskazał na kobietę, która lekko teraz lekko się ukłoniła. - Znakomity dowódca i doskonały strateg.
To był chyba pierwszy raz, kiedy Noritsune miał na twarzy chociaż trochę szacunku w wyrazie twarzy. Sam grzecznie ukłonił się kobiecie.
- Słyszałem co nieco o poprzednich kampaniach, Emi-dono. Przyjemnością będzie walczyć u boku dojrzałego przywódcy, nie młokosa.
Kobieta uśmiechnęła się uprzejmie i nic nie dodała.
- A oto… - wskazał dłonią na postać nieco z tyłu - mój mistrz i mentor, Sugiyama Kuroyami.
Na te słowa Noritsune jakby zesztywniał. Do tej pory rozglądał się po zebranych z nonszalancką pewnością siebie, teraz jednak utkwił wzrok w Sugiyamie. Zapadła cisza.
Kuroyami uczynił krok naprzód i z namaszczeniem pochylił głowę, tak jak wymagały tego rygory etykiety. Jednak nie wypowiedział ani słowa. Masahiro z rosnącym niepokojem dostrzegł, że jego doradca skupił na Noritsune spojrzenie, w które, jakby mogło to by zabiło.
Emi, stojąca blisko Kuroyamiego, kątem oka widziała, co się dzieje. Znała go od lat i rozpoznała symptomy jego gniewu: minimalne napięcie mięśni szczęki, palce nerwowo bębniące o rękojeść miecza, który zawsze nosił u boku. Czyżby Stary Sugiyama wyczuł w Noritsune jakiegoś dawnego wroga? - pomyślała zaniepokojona. Zastanawiała się, czy nie przerwać tej ciszy jakimś żartem albo wtrąceniem, ale nim zdołała się zdecydować, dowódca Ryuzaku zrobił nagle krok do przodu.
- Kuroyami! - zagrzmiał Noritsune. - A więc tutaj jesteś!
Noritsune wyciągnął przed siebie obie ręce, w geście witania serdecznego przyjaciela:
- Onii-chan! Poznajesz mnie? Lata całe… Ile to minęło? Ponad trzy dekady! - Noritsune roześmiał się i potrząsnął głową z niedowierzaniem. - A jednak stoisz tu żywy i zdrowy.
Oczy wszystkich zwróciły się na Kuroyamiego. W jednej chwili zwykłe, chociaż nieprzyjemne, powitanie stało się sceną niczym z teatru. Nawet najstarsi członkowie klanu Uchiha, dotąd bez cienia emocji wykonujący swój obowiązek, teraz patrzyli na Kuroyamiego ze zdumieniem. Nikt nie słyszał nigdy, by Stary Sugiyama wspominał o jakimkolwiek krewnym, szczególnie takiego poza klanem Uchiha. Kilku ninja zaczęło półgłosem szeptać między sobą.
Tymczasem Noritsune przybliżył się do Kuroyamiego, jakby zamierzał brata uściskać. Jego twarz, jeszcze przed chwilą arogancka i rozbawiona, teraz promieniała nieskrywanym wzruszeniem.
- Bracie… Starszy bracie! - zawołał. - Sami bogowie mi świadkiem, nie sądziłem, że los pozwoli nam się spotkać w takiej chwili. - Zatrzymał się tuż przed Kuroyamim. - Tyle lat minęło. Nadal mam przed oczami dzień, w którym…
Kuroyami nie ruszył się z miejsca. Gdy Noritsune pojawił się tuż przed nim, wyciągając ramiona, stary wojownik zamiast odwzajemnić gest cofnął się o pół kroku. Wyraz twarzy Kuroyamiego pozostał nieodgadniony, ale w jego oczach zakotłowała się burza gniewu i czegoś jeszcze. Gdy Noritsune spróbował położyć mu dłoń na ramieniu, Stary Sugiyama uniósł rękę w powstrzymującym geście.
- Zachowuj należytą powagę i skończ tę komedię, Noritsune-dono - warknął cicho, ale tak wyraźnie, że wszyscy wokół zamarli, słysząc ten ton. - Przybyłeś tu jako sojusznik klanu Uchiha, a nie… - Zawahał się tylko ułamek sekundy. - …a nie jako mój krewny, nieprawdaż?
Ten chłodny, lodowaty głos zmroził atmosferę do reszty. Kilku dowódców z Ryuzaku odruchowo sięgnęło do broni, obawiając się, że ich wódz mógł zostać znieważony. Noritsune tymczasem opuścił ramiona i cofnął się o krok, równie powoli, co przed momentem zbliżył. Głęboko zaczerpnął powietrza przez nozdrza. Z jego twarzy zniknął wszelki uśmiech.
Masahiro postąpił naprzód i stanął niemal między dwoma mężczyznami. Rozłożył uspokajająco ręce, spoglądając to na Noritsune, to na Kuroyamiego.
- Szlachetny Noritsune, jeszcze raz dziękujemy, w imieniu całego klanu. - Shirei-kan mówił prędko, siląc się na pojednawczy ton, jak dyplomata łagodzący spór. - Lordzie Sugiyama, proszę… - Ściszył głos, spoglądając na Kuroyamiego, w jego złotych oczach mignął błysk błagania.
Kuroyami jednak nie odrywał wzroku od Noritsune. Milczenie między braćmi stało się tak gęste, jakby wypełniła je dawna uraza.
- Może… - zaczął ochryple Noritsune, wbijając w brata intensywny wzrok - może przerwiemy te ceregiele i powiemy sobie co nieco na osobności, nim przystąpimy do dalszych obrad? - Zabrzmiało to niemal jak propozycja, lecz militarny ton Noritsune czynił z niej raczej zakamuflowany rozkaz. - Rad jestem niezmiernie, Kuroyami, naprawdę… chciałbym usłyszeć, co masz mi do powiedzenia po tylu latach.
Kuroyami prychnął, jakby usłyszał absurdalną propozycję.
- Nie mamy sobie nic do powiedzenia - syknął Kuroyami, celowo pomijając słowo „brat”. - A już z pewnością nie tutaj.
- Szkoda. Myślałem, że się ucieszysz… - powiedział, po czym wykrzywił usta w kpiącym uśmiechu. - Cóż, widzę, że pozostałeś wierny swojej naturze: wiecznie ponury i nadąsany.
W tłumie kilku Uchiha aż wstrzymało oddech. Ktoś z starszyzny syknął z niezadowoleniem na tę obelgę rzuconą w stronę ich czcigodnego Kuroyamiego, ale nikt nie śmiał się odezwać. Emi znów uczyniła drobny, niezauważony prawie gest dłońmi, który znaczył: Spokój. Wiedziała, że wystarczy iskra, by w klanie zajęły się płomienie niezgody.
Noritsune ciągnął, tym razem już ciszej, przez zęby:
- Zawsze byłeś niechętny do okazywania entuzjazmu, bracie… Ale może moglibyśmy odłożyć dawną waśń na bok? Teraz mamy wspólnego wroga.- Jego ton złagodniał, pobrzmiewała w nim niemal prośba. - Pamiętasz, co ojciec…
Kuroyami zareagował. W jego oczach zapłonął Sharingan, a głos zdławiony był wściekłością:
- Nie waż się wspominać naszego ojca - warknął. - To ja…
Kuroyami urwał, zagryzając wargi, by nie powiedzieć zbyt wiele. Noritsune wyprężył się, jak rażony oskarżeniem. Masahiro, stojąc tuż obok i słysząc każde słowo, pojął nagle grozę sytuacji: oto w Sarufutsu ścierały się nie tylko dwie silne osobowości, ale i bracia, którzy mieli jakąś ciężką przeszłość. Czy ich spotkanie w tak dramatycznej chwili to zbieg okoliczności? Czy może Noritsune celowo wykorzystał sojuszniczy pochód jako pretekst do tej konfrontacji?
Oczy Masahiro napotkały wzrok Emi, która również wyglądała na przejętą. Dojrzała kunoichi dostrzegła coś, co umknęło młodszym: w wyciągniętych do Kuroyamiego rękach Noritsune nie było wyłącznie zuchwałości, ale i autentyczna tęsknota. Twarz ostrego wodza ujawniała ledwie dosłyszalne nuty żalu i to właśnie najbardziej rozwścieczało Kuroyamiego. Emi wyczuła, że Noritsune, łamiąc konwenanse i odsłaniając bez uprzedzenia tak osobiste rewelacje, wprawił dumnego Sugiyamę w wściekłość podszytą wstydem.
- Będziemy mieć mnóstwo czasu na porozmawianie o tym w sztabie - rzucił w końcu Noritsume po dłużącej się ciszy. Kuroyami jednak wysyczał słowa w odpowiedzi:
- Będę z wojskami w polu. – Podkreślił z naciskiem: – Z dala od twojego sztabu.
- Chyba żartujesz!
- Im prędzej wyruszę, tym lepiej dla wszystkich.
Noritsune zacisnął pięści, a z jego gardła wydobył się odgłos pół śmiechu, pół warkotu.
- Dla wszystkich, tak? - wycedził, patrząc Kuroyamiemu prosto w oczy. - I dla ciebie też? Uciekasz, ledwo mnie zobaczyłeś?
- Nie schlebiaj sobie - parsknął Kuroyami, pozwalając sobie na uśmieszek, który jednak nie sięgał jego oczu. - Jestem tu by walczyć, a nie ucztować przy stole.
Noritsune drgnął, jakby pchnięto go niewidzialnym mieczem. Po raz pierwszy w jego oczach błysnął prawdziwy gniew.
- Mówisz to do mnie, Kuroyami? - syknął, pochylając się lekko do przodu w wyzywającym geście. - To JA tu przybyłem, by ocalić waszą skórę. Gdzie byście byli bez moich wojsk?!
Emi podeszła bliżej, niemal między braci, i przemówiła starając się brzmieć rzeczowo:
- Panowie, Noritsune-dono, Kuroyami-dono… - Zwróciła się do obu, unosząc otwartą dłoń w uspokajającym geście. - Tego dnia czeka nas jeszcze wiele ustaleń i narad. Niech nieporozumienia nie mącą nam jedności w obliczu wroga.
Kuroyami nawet jednak nie spojrzał na Emi. Patrzył tylko na Noritsune z uporem.
- Żyłeś trzydzieści lat bez mojego towarzystwa, to i jeszcze kilka dni wytrzymasz - syknął do Noritsune tak, że tylko on i stojący najbliżej mogli dosłyszeć te słowa.
- Skoro taka twoja wola, Kuroyami - powiedział ochryple. - Niech i tak będzie.
Kuroyami odwrócił się na pięcie, aż poły jego czarnego płaszcza załopotały. Bez słowa skłonił się krótko w stronę Masahiro, jedynego, komu nadal zamierzał podlegać, po czym ruszył w głąb Sarufutsu. Zebrani pospiesznie rozstępowali się przed nim, tworząc korytarz. Kilku młodszych Uchiha sprawiało wrażenie, jakby chcieli iść za nim, gotowych porzucić oficjalne powitanie. Takeru, otrząsnąwszy się, rzucił im ostre spojrzenie. Nikt nie śmiał się wychylić z szeregu, ale wielu odprowadzało Kuroyamiego wzrokiem aż do zniknięcia jego sylwetki.
Arcykapłan Rintaro, do tej pory stojący cicho z tyłu, wykorzystał tę paraliżującą wszystkich ciszę. Wysunął się na front delegacji sojuszników, złożył przed sobą blade dłonie jak do modlitwy i przemówił melodyjnym głosem:
- Pokój z wami, waleczni Uchiha. - Zaczął z niepokojąco spokojnym uśmiechem. - Niech łaska Jashina spłynie dziś na to zacne zgromadzenie…
Religijny ton Rintaro brzmiał groteskowo w tej napiętej chwili i po twarzach co mniej doświadczonych członków klanu przemknęły zdziwione grymasy, jakby pytali nawzajem: „Co on plecie?”. Ale Uchiha Emi szybko wiedziała, co odpowiedzieć:
- Czcigodny arcykapłanie, witamy was w naszym domu. Modlitwy waszego ludu są nam, wojownikom, bardzo potrzebne… Niech i nad nami czuwa łaska Jashina. Czy Amaya-san miewa się dobrze?
Rintaro przechylił głowę z zaciekawieniem, taksując Emi wzrokiem. Trwało to ułamek sekundy, po czym uśmiechnął się szerzej.
- Dziecko, masz czyste serce - stwierdził cicho. - Niech Jashin ma cię w swojej opiece. Amaya czeka na ciebie w Sztabie Dowodzenia.
Masahiro, otrząsnąwszy się już z osłupienia, skinął głową i spokojnym już głosem przemówił rzeczowo:
- Dowódco Noritsune, Arcykapłanie Rintaro, proszę, zapraszamy na ucztę z powodu waszego przybycia.
Shizue przyłączyła się bezzwłocznie: wystąpiła do przodu z promiennym (choć nieco wymuszonym) uśmiechem i dodała donośnie:
- Zapraszamy naszych gości do stołów. Po długiej podróży zasłużyliście na odpoczynek i strawę. - Uniosła delikatnie rękę, wskazując kierunek i zachęcając sojuszników, by skierowali się tam.
Wielka sala była rozległa i dostojna. Oświetlona łagodnym blaskiem kilkudziesięciu lampionów zawieszonych wzdłuż rzeźbionych drewnianych belek stropu. Podłogę wyściełały tatami, a wzdłuż niskich stołów nakrytych ciemnymi obrusami siedzieli seiza członkowie klanu Uchiha i ich goście. Przy honorowym podwyższeniu na końcu sali ustawiono główny stół biesiadny. Tam właśnie, na miękkich poduszkach, zajęli miejsca najważniejsi - gospodarze i przywódcy oraz ich goście. Uchiha Masahiro zasiadł pośrodku tego podwyższenia jako gospodarz uczty, po jego lewej stronie - żona Shizue, dalej Seinin Uchiha Azuma, Kogo Uchiha Takeru i Uchiha Emi ze swoim małżonkiem, a po lewej - gość honorowy, Amakumo Noritsune, u boku którego zajął miejsce Arcykapłan Rintaro. Przy stole było również puste miejsce – przygotowana poduszka i naczynia, które pierwotnie czekały na Sugiyamę Kuroyamiego. Lecz Stary Sugiyama nie pojawił się na uczcie. Jego nieobecność była niezauważalna dla postronnych z zewnątrz, lecz odczuwalna dla każdego członka klanu.
Niższe stoły ustawione nieopodal podwyższenia zajęte były przez resztę klanu Uchiha oraz oficerów z Ryuzaku. Młodsi wojownicy klanowi siedzieli dalej od honorowego stołu, starając się zachować należytą powagę, choć w ich oczach czaiły się emocje rozbudzone wydarzeniami dnia.
Przez chwilę w sali panował względny półmrok i cisza, zakłócana jedynie przez kroki służby roznoszącej półmiski z jadłem. Ściany sali zdobiły rozwieszone sztandary z symbolem czerwonego wachlarza Uchiha na białym tle, które powiewały lekko w przeciągu. Mimo rozstawionych dań i ciepłego światła, atmosfera była daleka od beztroskiej. W pamięci wszystkich tkwił obraz gwałtownego starcia słownego między braćmi sprzed zaledwie godziny. Teraz gospodarze i goście starali się zachować pozory spokoju i gościnności - w końcu goście z Ryuzaku no Taki byli tu sojusznikami i należało uhonorować ich przybycie. A jednak pośród zwyczajowych uprzejmości czuć było pewną sztuczność: uśmiechy były zbyt wymuszone, skłony zbyt głębokie, głosy tłumione, jakby wszyscy obawiali się, że jeden fałszywy ton zburzy kruchy spokój.
Masahiro uniósł czarkę sake. Jako gospodarz musiał dać wyraźny sygnał rozpoczęcia uczty. Podniósł się lekko z kolan - tyle, na ile pozwalały zasady - i wygłosił powitalną przemowę. Głos miał donośny, choć wyczuwalnie napięty:
- Przyjaciele i sprzymierzeńcy! - zaczął, patrząc kolejno po twarzach zebranych. - Dzisiejsza uczta jest dowodem naszego zaufania i braterstwa w tym trudnym czasie. W imieniu klanu Uchiha pragnę wznieść toast za przybycie dostojnego Dowódcy Amakumo Noritsune i czcigodnego Arcykapłana Rintaro. - Skinął głową ku Noritsune i Rintaro. - Niech nasze przymierze będzie silne, a zwycięstwo pewne.
Zgodny pomruk przeszedł przez salę; setka czarek uniosła się do góry. Noritsune, siedzący po lewej ręce Masahiro, wysłuchał przemowy z wyrazem uprzejmej uwagi, choć oczy miał utkwione gdzieś w przestrzeni nad głowami klanowej starszyzny. Gdy Shirei-kan zakończył, Noritsune również powstał na kolana i uniósł swoją czarkę sake. Jego ruchy były pewne i niedbałe zarazem, a głos wypełnił sobą całą salę:
- Za klan Uchiha i ich gościnność! - zawołał Noritsune. - Oraz za wspólne zwycięstwo, które niedługo przypieczętujemy na polu walki!
Jego słowa były mniej kwieciste niż Masahiro, ale bardziej spontaniczne i zuchwałe. Kilku Uchiha wymieniło ukradkowe spojrzenia spod rzęs. Czyżby Noritsune już teraz myślał tylko o walce? Masahiro zacisnął usta, lecz utrzymał grzeczny uśmiech.
- Kampai! - dodał szybko, unosząc wysoko własną czarkę, zanim zbyt długa cisza zdążyła się rozlać po sali.
- Kampai! - podchwycili chórem goście i gospodarze.
Napięcie nieco zelżało wraz z pierwszym łykiem mocnego, rozgrzewającego trunku. Długie stoły zapełniały się potrawami: parującymi misami ryżu, półmisy z duszoną wołowiną, grillowanymi rybami z pobliskich rzek i miskami pikli. W ramach formalnego gestu Shizue własnoręcznie dolała sake do czarek Masahiro i Noritsune, a następnie do czarki Rintaro. Noritsune skosztował trunku i z uznaniem pokiwał głową:
- Wyborne sake, Shizue-san - rzucił wesoło do gospodarzy, zwracając się półżartem do żony Masahiro. Znów przekroczył drobną granicę etykiety, ale Noritsune zdawał się tym nie przejmować. - Można by pomyśleć, że to krew naszych wrogów tak dobrze dziś smakuje - dodał z chrapliwym śmiechem, zadowolony z własnego żartu.
Kilka par pałeczek zastygło w pół drogi do ust. Shizue, która właśnie nalewała po kolei sake innym biesiadnikom, zesztywniała na ułamek sekundy, gdy dotarł do niej sens tych słów. Jednak od razu zmusiła się do uśmiechu.
- Cieszymy się, że sake przypada ci do gustu, Noritsune-sama - odpowiedziała wesoło, ignorując makabryczne porównanie. - To lokalny trunek z naszych zimowych zapasów. Podobno dodaje sił przed bitwą.
- Ha! Oby tak było! - Noritsune huknął śmiechem i wychylił czarkę do dna. - Przed bitwą i po bitwie, warto wzmacniać ducha. Masz szczęście, Masahiro-dono, taką żonę mieć co i czarkę napełni i w nocy łoże ogrzeje - dodał jeszcze rubasznie.
Masahiro zamarł, nie wiedząc, co powiedzieć, zakłopotany. Nie był pewien, czy to był komplement czy prowokacja. Shizue jednak grzecznie skinęła głową i wróciła na swoje miejsce u boku męża, nie komentując słów.
Po rytualnym toaście i pierwszych kielichach sake gwar w sali stopniowo przybrał na sile, choć wciąż był przytłumiony. Kilku starszych Uchiha podjęło między sobą półgłosem rozmowy o banalnych sprawach - o urodzaju ryżu w mijającym roku, o stanie umocnień. Starali się nadać uczcie normalny bieg. Służba krążyła z tacami, dolewając sake biesiadnikom i podając kolejne półmiski. Jednak w powietrzu nadal wisiała zadra. Wiele spojrzeń, dyskretnie lub jawnie, uciekało ku pustemu miejscu po Kuroyami-dono. Jego brak budził konsternację: nieprzyzwyczajeni do jego nieobecności, Uchiha czuli się jak dzieci przy stole bez surowego ojca - niby swobodniej, ale też nieswojo.
Na honorowym podwyższeniu Masahiro zwrócił się uprzejmie ku Noritsune, starając się podejmować gościa rozmową:
- Noritsune-dono, jeśli życzysz sobie czegoś szczególnego - polowania, muzyki lub tańca – chętnie spełnimy życzenie – zaproponował. W normalnych okolicznościach, zgodnie z etykietą, zostałaby zaproponowana rozrywka dla gości, by uczynić ucztę weselszą.
Noritsune machnął ręką, odstawiając czarkę.
- Daj spokój, Shirei-kanie - odparł swobodnie. - Nie czas na śpiewy i tańce przy wojnie. - Spojrzał Masahiro w oczy, decydując, że nie zamierza owijać w bawełnę. - Wolałbym usłyszeć od ciebie, jak wygląda front. Ilu ludzi masz zdolnych do walki, ile zapasów? Ile dni wytrzymacie oblężenie, gdyby przyszło?
Gdy Masahiro i Noritsune zagłębili się w cichą, za to poważną dyskusję o mapach, przy innej części stołu toczyły się szeptane rozmowy o zupełnie innym charakterze. Uchiha Emi, korzystając z tego, że goście zajęci są między sobą, pochyliła głowę w stronę Shizue i dotknęła ukradkiem jej dłoni w uspokajającym geście.
- Shizue-chan… - szepnęła łagodnie. - Wszystko w porządku?
Młoda kobieta, cały czas uśmiechnięta, drgnęła na dźwięk pytania. Emi, bystra i doświadczona, wcześniej zauważyła malutkie drżenie w rękach Shizue, gdy ta nalewała sake. Mimo pogodnego wyrazu twarzy Shizue była zaniepokojona i nic dziwnego. Na jej oczach stoczono przed chwilą rodzinny spór, który mógł zagrozić sojuszowi, od którego zależało być może przetrwanie ich klanu.
Shizue odpowiedziała cicho, nie przestając się lekko uśmiechać (na wypadek, gdyby ktoś patrzył):
- Wszystko w porządku, Emi-san - odparła, choć głos miała troszkę przyciszony. - Po prostu… żałuję, że do tego doszło. Noritsune-sama i Kuroyami-sama… kto by pomyślał. Na pewno nie ja.
Shizue zagryzła wargę i znów rozejrzała się po sali. Jej oczy również zatrzymały się na pustym miejscu po Kuroyamim.
- Nie mogę przestać myśleć, czy wszystko dobrze u Kuroyami-dono - wyznała szeptem. - Nigdy jeszcze nie widziałam go tak rozgniewanego.
Emi skinęła wolno głową.
- Ja również. Kto by pomyślał, że przyjdzie nam się zmagać z rodzinnymi dramatami. Jakbym nie miała ich wystarczająco w mojej zagrodzie - Emi uśmiechnęła się do Shizue. - Ale czy to wszystko?
Shizue rozejrzała się niepewnie, po czym nachyliła się do Emi, odzywając się jeszcze cichszym szeptem.
- Emi-san, boję się. Nie tylko tych dramatów, z nich będziemy się śmiać w przyszłości. Ale boję się o życie mojego szanownego męża. I o Hiromi-chan. Powinna tu z nami być, a wyruszyła na misję.
Mimo, że rozmawiały cicho, Takeshi, małżonek Emi, siedzący obok drgnął i rzucił okiem na kobiety, nie powiedział jednak niczego. To on wysłał siostrę Shirei-kana w pole jeszcze przed wyruszeniem armii.
Shizue jednak kontynuowała.
- I boję się, że pojawi się ona. I wszystko… - westchnęła głęboko. - Emi-san, nasze małżeństwo jest aranżowane i nie jest jeszcze takie, jakie bym chciała, żeby było. Ale między nami jest coraz lepiej. A ona zawsze pojawia się na polu walki w takich okolicznościach. Boję się, że się spotkają i…
- Jesteś dla niego podporą, Shizue-chan - rzekła spokojnie Emi z lekkim uśmiechem. - Masahiro potrzebuje cię teraz. Nie powinnaś martwić się o Misae. On jest dumnym i honorowym mężczyzną. Nie zrobi niczego, żeby cię skrzywdzić. A z czasem będzie lepiej.
Shizue odwzajemniła uśmiech. Podniosła czarkę z sake i pociągnęła mały łyk.
W międzyczasie, Takeru westchnął cicho i sięgnął po jeden z glinianych dzbanków sake, aby dolać trunku do własnej czarki. Przyłapał się na tym, że chętnie wypiłby jednym haustem kilka czarek pod rząd. Honor Uchiha został dzisiaj nadszarpnięty, i to na oczach sprzymierzeńców. Klan szczycił się żelazną dyscypliną i opanowaniem, a przecież przed momentem ich Sugiyama wybuchł gniewem, po czym demonstracyjnie opuścił zgromadzenie. Owszem, Stary Sugiyama słynął z wybuchowego temperamentu, ale zwykle skupiało się to na jego synu, przy innych się kontrolował. Wszyscy wrogowie Uchiha za Murem pewnie skakaliby z radości, gdyby to widzieli. Takeru zmarszczył brwi, walcząc ze wzburzeniem. Kochał swój klan niczym rodzinę, a dzisiejsze wydarzenia uznał za upokarzające.
Takeru zerknął na Noritsune i Masahiro, którzy nadal byli pogrążeni w ożywionej rozmowie - najwyraźniej zeszli na temat różnych stylów walki. Noritsune wyliczał coś żywo na palcach, podczas gdy Shirei-kan słuchał z grzeczną miną, choć zaciśnięte dłonie wskazywały, że nie ze wszystkim się zgadza. Wiadomo było, że Masahiro wyżej stawia strategię defensywną i ochronę ludności, podczas gdy Noritsune to orędownik frontalnego ataku. Takeru, czuł się rozdarty. Jednocześnie nie szanował tej zachowawczej, roztropnej polityki Masahiro, jednak był on Uchiha. Strategia Noritsune bardziej przypadła Takeru do gustu. Do przodu z całych sił. W ten sposób przejął Rantori i pomógł w odbiciu części ziem. Zastanawiał się, co powinien zrobić, komu zaufać i w co wierzyć.
Z tych ponurych rozmyślań wyrwał go dźwięk tłuczonej porcelany. To Arcykapłan Rintaro, z tajemniczym uśmiechem igrając z pustą czarką, najwyraźniej strącił ją niespodziewanie na podłogęł. Uśmiechnął się rozbrajająco do Shizue, która szybko machnęła ręką na stojącą nieopodal służkę, by posprzątała rozlany napój.
- Wybaczcie, proszę - odezwał się Rintaro niskim głosem. Jego twarz miała pogodny wyraz, w bez cienia skruchy. - Zamyśliłem się, słuchając słów Wielkiego Dowódcy i się rozproszyłem.
Noritsune tylko parsknął śmiechem:
- Zatem wznieśmy kolejny toast - za czujność!
- Za czujność! - podchwycili posłusznie biesiadnicy, Rintaro zaś, korzystając z okazji, raz jeszcze wtrącił swoje trzy Ryo:
- Za naszych wrogów, aby ich krew nas wzmocniła! - I podniósł nową czarkę, którą przed nim postawiono.
Masahiro przełknął ślinę i zdołał tylko skinąć głową, niby zgadzając się z błogosławieństwem, ale tak naprawdę licząc, że temat się wyczerpie. Gdyby był tu Kuroyami, zapewne w tym momencie padłoby ostre słowo przywołujące Rintaro do porządku za bluźnierstwa przy klanowym stole. Jegomość Arcykapłan rozejrzał się po sali z dziwnie zadowoloną miną, jakby rozkoszował się napięciem, jakie wywołał.
Rozmowy toczyły się dalej, atmosfera była przez jakiś czas napięta - Uchiha mieli świeżo w pamięci słowa Arcykapłana. Większość nie do końca wiedziała, co znaczą - po prostu uznawali je za niepokojące. Ci, którzy wiedzieli, tym bardziej z niechęcią obserwowali młodzieńca w czerwono-czarnych szatach.
Alkohol powoli pozwolił się wszystkim jednak rozluźnić i powoli niepokojące słowa zostały zapomniane. Podane zostało więcej jedzenia, sake zostało rozlane. Rozmowy toczyły się na różne tematy, chociaż najważniejszym były potencjalne strategie, zastanawianie się, jakie misje będą komu przydzielone oraz co zdecydują się zrobić i dowódcy i przeciwnicy. Sami Uchiha i dowódcy z Ryuzaku byli w dobrym nastroju.
W pewnym momencie ponad wszystkich wybił się głos dowodzącego z Ryuzaku.
- Zatem trzeba zaatakować nim zaczną się żniwa - Amakumo Noritsune zakończył swój wywód, uderzając dłonią w stół. Brzęknęły naczynia, a kilka par oczu odruchowo z niepokojem powędrowało ku górze. Masahiro skrzywił się lekko na ten hałas.
- Ludzie potrzebują czasu na żniwa. Inaczej ryzykujemy głód na jesieni i w zimie.
- Ryzyko jest zawsze. - Noritsune wzruszył ramionami i oparł się wygodnie, sięgając po kolejny kawałek pieczonej ryby. - Trzeba je podejmować. Nie wygrywa się wojny siedząc za murami, Masahiro.
Masahiro poczuł ukłucie do żywego. Nie uszło to uwadze Emi - drgnęła niespokojnie, słysząc tę krytykę. Prawdą było, że Masahiro dotąd prowadził działania dość ostrożnie, skupiając się na defensywie. Shirei-kan jednak stłumił swoją złość. Odłożył pałeczki i spojrzał Noritsune prosto w oczy.
- Dlatego z radością powitam twoje doświadczenie i siłę w sztabie dowodzenia, Noritsune-dono - odrzekł uprzejmie Masahiro. - Wierzę, że wspólnie obierzemy najlepszą strategię. - Celowo akcentował słowo „wspólnie”, dając do zrozumienia, że sojusz zakłada partnerstwo.
Noritsune zamrugał; nie umknęła mu ta subtelna reprymenda.
- Oczywiście - odparł po chwili chłodniejszym tonem i odstawił czarkę. - Jesteśmy sojusznikami. - Spojrzał poprzez salę, gdzie dziesiątki oczu szybko się rozbiegły, udając zajęcie własnymi rozmowami. Noritsune prychnął. - Twoi ludzie są oddani klanowi, to się czuje. – stwierdził ciszej. - Dla dobra naszych ludzi skupmy się na walce i planach.
Masahiro skinął głową w milczeniu, acz z ulgą.
- Oczywiście - podchwycił natychmiast. - W takim razie, może po uczcie wznowimy naradę w węższym gronie?
- Chętnie - odparł Noritsune, wracając do bardziej rzeczowego tonu. – Mam kilku oficerów do przedstawienia wam.
Masahiro uśmiechnął się życzliwie i raz jeszcze uniósł czarkę:
- Poznajmy się wszyscy. Za zwycięstwo - wzniósł kolejny toast, który został ochoczo przyjęty przez biesiadników.
- Za zwycięstwo!
Rozmowy stały się o ton głośniejsze, uczta trwała.
Emi, która nie spuszczała oka z Rintaro, pochyliła się ku niemu z uprzejmą miną:
- Czy posiłek smakuje ci, arcykapłanie? - zapytała cicho. - To skromne, lokalne potrawy…
Rintaro odwrócił głowę ku niej, jakby dopiero teraz spostrzegł, że ktokolwiek do niego mówi. Potem uśmiechnął się łagodnie.
- Jest przepyszny, pani - odrzekł z przesadną wręcz grzecznością, kładąc dłoń na sercu. - Zwłaszcza mięso. Bardzo doceniam ofiarę tych stworzeń na naszym stole. - Mówiąc to, spojrzał w talerz, na którym spoczywały plastry upieczonej sarniny. - Każda ofiara, która wzmacnia wspólnotę, jest święta.
Emi miała wrażenie, że nikły uśmiech arcykapłana skierowany jest nie tylko do niej, ale do wszystkich podsłuchujących w pobliżu. I rzeczywiście, wokół kilku Uchiha niepewnie zerkało w ich stronę. Można się było tylko domyślać, czy Rintaro kpi, czy mówi serio.
- Cieszy nas, że posiłek ci odpowiada - odpowiedziała miło Emi, po czym natchniona nagłą myślą dodała z udawaną lekkością. -Chciałbyś może, Rintaro-sama, opowiedzieć nam nieco o waszych zwyczajach? Twoja świątynia w Ryuzaku zapewne różni się od naszych świątyń Susanoo czy Amaterasu. Moi bratankowie właśnie są na pielgrzymce do jednej ze świątyń. - Pomyślała, że może w ten sposób odwróci nieco temat od krwawych konotacji i skieruje rozmowę na spokojniejsze tory, a jednocześnie zaspokoi ciekawość młodszych, rozproszonych dotąd Jashinistą.
Noritsune zaśmiał się - krótko, czy to rozbawiony, czy rozczarowany próbą załagodzenia:
- Oj tak, jego świątynia to ciekawa dziura – stwierdził dość głośno. - Czarna jak noc, świece płoną, no i pełno czaszek jako dekoracja.
- Wygląda na to, że bywałeś u nas, Dowódco - odparł słodko Rintaro, bawiąc się medalionem z symbolem Jashina. Ciężko było powiedzieć, czy żartuje. - Ale nigdy nie zostałeś na prawdziwą ceremonię, prawda?
- Wybacz, przyjacielu, ale nie gustuję w waszych… ceremoniach. - Noritsune wyszczerzył zęby. Rintaro nie wyglądał jednak ani na urażonego, ani speszonego. W jego oczach zamigotał wesoły błysk.
- Cóż, może jeszcze kiedyś zmienisz zdanie - odparł pogodnie. - Jashin przyjmuje w swoje progi wszystkich, nawet głównych dowódców.
Emi położyła leciutko dłoń na przedramieniu Rintaro, po czym podsunęła mu w dłoń talerzyk ze słodkim pierożkiem z fasoli.
- Arcykapłanie, spróbuj proszę naszego deseru - powiedziała łagodnie. - Słodycz miodu i fasoli adzuki to specjalność tutejszych stron.
Arcykapłan zerknął na pierożek z ciekawością i puścił w końcu medalion.
- Dziękuję - odrzekł i wziął do ust kęs. Przez moment przeżuwał w zamyśleniu, po czym skinął głową z aprobatą. - Niezwykły smak. Wiesz, Emi-san, w mojej świątyni też mamy słodkości. Na przykład karmelizowane serca ofiar…
Shizue, siedząca nieopodal, nie zdołała powstrzymać cichego okrzyku przerażenia.
Noritsune parsknął śmiechem:
- Daruj sobie, Rintaro. - Pokręcił głową, rozbawiony. - Jeszcze nas wyrzucą z miasta, nim noc się skończy.
Rintaro tylko wzruszył ramionami i uśmiechnął się filuternie do wyraźnie zbitej z tropu Shizue, której wypadły z ręki pałeczki, prosto do miski z zupą.
Nie minęło dużo czasu, zanim atmosfera rozluźniła się jeszcze bardziej, a Noritsune porzuciła wszystkie konwenanse i, z komentarzem, że bardzo chętnie pozna ninja z klanu Uchiha, ruszył w tłum, żeby wypić z każdym, który chciał z nim wypić oraz wymienić się historiami. Masahiro nieco zesztywniał, ale też odetchnął z ulgą. Nie dało się ukryć, że najchętniej zrobiłby to samo, jednak twardo trwał przy stole. Wzrokiem poszukał swoich przyjaciół, których obecność dodała mu otuchy. Pochylił się w końcu też do Azumy, żeby zapytać go, jak się czuł, szczególnie, że jego nowy mentor sobie ot tak wyszedł. Zapewnił młodego Seinina jednak, że Sugiyama będzie przy jego boku.
Noritsune pił ze wszystkimi, którzy chcieli się z nim napić, jednak wyraźnie upodobał sobie kunoichi. Zagadywał do większości, siadał obok, próbował oczarowywać słodkimi słówkami oraz swoją obecnością. Działało to, chociaż nie na wszystkie kobiety. Kobiety Uchiha były tak samo uparte jak ich mężczyźni i nie dawały się łatwo zbałamucić. Niektóre jednak odpowiadały chętniej niż inne.
Do Yumiko też podszedł, nalał jej sake i chwalił tatuaże i urodziwą twarz. Podpytywał o jej zasługi dla klanu, tak jak wiele innych dziewcząt.
W końcu jednak uczta musiała dobiec końca do podchmielonego Noritsune podszedł Masahiro, aby zaprowadzić go na naradę po uczcie (na pewno nie mieli dzisiaj zbyt dużo omawiać, ale po to tu byli). Noritsune miał wokół siebie wianuszek ludzi, którym opowiadał strasznie ciekawą historię, ale na widok Masahiro oraz jego generałów i Rintaro, podniósł się, przerywając.
- Będę musiał dokończyć kiedy indziej - zapowiedział, po czym rzucił spojrzeniem na Takeru. - A ty też musisz opowiedzieć, co blondyn robi wśród Uchiha - roześmiał się rubasznie. - Czy po prostu taka biesiada była, że powinniśmy cieszyć się, że nie szczekasz?
Masahiro musiał złapać Takeru, żeby ten nie ruszył do przodu, a wściekłość wykrzywiła mu twarz. Shirei-kan miał też cos odpowiedzieć, ale Noritsune już odwrócił swoją uwagę na jednego z mężczyzn w wianuszku, który go słuchał i był wyraźnie zaaferowany.
- Bratanku! - rzucił Noritsune. - Wyglądasz zupełnie, jak twój ojciec. Jak dobrze cię widzieć! Trzydzieści lat masz, a ja pierwszy raz na oczy cię widzę! Opowiem ci kiedyś o twoim dziadku, przyjdź. Pisujesz też z moją córką, prawda?
Orochi przełknął ślinę, zaskoczony bezpośredniością tych słów. Był ciekawy wuja i chciał z nim porozmawiać, ale teraz nie do końca wiedział, co zrobić. Nim zdołał odpowiedzieć, Masahiro lekko pokręcił głową i wyprowadził Noritsune z sali, jednocześnie zostawiają za sobą Takeru i biorąc wyłącznie Emi i Azumę. Takeru miał się uspokoić.
Trakt przed Sarufutsu, wiodący na północ, wypełniało zwarte wojsko Uchiha i Ryuzaku maszerujące obok siebie. Masahiro i Noritsune wiedli pochód na czele. Utrzymywali równe tempo, a pogoda była przepiękna, jak bardzo często tego lata.
- I jak podoba ci się prawdziwa wojna, Shirei-kanie? - zagadnął Noritsune po jakimś czasie, zerkając na Masahiro.
Masahiro milczał przez moment, wsłuchując się w dudnienie setek kroków. Czy to była próba? Żarty? Zerknął na Noritsune’a i dostrzegł, że tamten patrzy przed siebie, jakby w zamyśleniu.
- To nie moja pierwsza, Noritsune-dono. Ale moja pierwsza, kiedy nie będę z moimi ludźmi w polu. To… inne niż do tej pory - odparł w końcu Masahiro zgodnie z prawdą. - W Sarufutsu… trudno było patrzeć i czekać, jak moi ludzie giną dzień po dniu. Cieszę się, że nadeszliście.
- Czekanie bywa najgorsze - zgodził się Noritsune, z namysłem gładząc brodę. - Zżera od środka. Nie zazdroszczę ci, że musiałeś tyle wytrzymać, bez prawdziwej szansy na odwet za utracone ziemie. - Spojrzał na Masahiro z ukosa. - Wolałbym szturmować wrogów co dzień, niż czekać na łaskę Możnych. Ale taki nasz los, uzależnieni od pieniądza.
Masahiro parsknął cicho.
- Mam nadzieje, że Możni nie wycofają się w trakcie i nie będziemy czekać na to, aż zdecydują się uczynić nam łaskę ponownie.
- Cóż, nie pozwolimy im na to - odrzekł Noritsune z drapieżnym uśmiechem. - Zmiażdżymy dzikich i Kaminarich i weźmiemy ich jak między młot a kowadło. A skoro jesteśmy tutaj, to Możni się nie wycofają. Nie mogą.
- Jeśli Jashin pozwoli… - wtrącił się Rintaro, który szedł tuż przy boku Noritsune. Nawet podczas marszu jego śmiertelnie blada twarz nie oblała się rumieńcem wysiłku.
Masahiro obejrzał się na Rintaro z lekkim zdziwieniem.
- Oczywiście, że pozwoli - roześmiał się Noritsune, machnąwszy dłonią. - Nieprawdaż, czcigodny? Złożysz mu jakieś ofiary w naszym imieniu, prawda?
Arcykapłan spojrzał przed siebie, jakby widział coś w oddali.
- Z pewnością. Dzisiaj powietrze jest przejrzyste - powiedział cicho i uśmiechnął się tajemniczo.
Na trakcie za oddziałami wzniecał się tuman kurzu, który przysłonił stopniowo Sarufutsu, aż zniknęło zupełnie. Zostali tylko oni i długi szlak przed nimi, prowadzący ku północnemu zachodowi. Każdy z wojowników - od najwyższego rangą po szeregowców - niósł ze sobą wyruszając nie tylko broń i ekwipunek, ale i ciężar własnych myśli. Dla jednych były to myśli o chwale i powinności, dla innych - o rodzinach czekających za plecami. Niektórzy modlili się w duchu do dawnych bogów, niektórzy do Jashina, a inni po prostu liczyli kroki w żołnierskim rytmie, by odpędzić strach.
Świt zastał obozowisko pogrążone we mgle i w porannym chłodzie. Po kilku dniach podróży dotarli do miejsca, które zostało wybrane na Główny Sztab Dowodzenia. Główne namioty, należące do obrad oraz do mieszkania najważniejszych generałów i dowodzących były ustawione na wykarczowanej polanie i otoczone drewnianą palisadą. Było to miejsce bardzo chronione, a wstęp był jedynie dla nielicznych i zaufanych. Na równinach za palisadą ciągnęły się dziesiątki tysięcy namiotów, które rozbiło dnia poprzedniego wojsko Uchiha i Ryuzaku. Ciągnęło się po horyzont, a sztandary Uchiha oraz Ryuzaku powiewały na wietrze.
Uchiha Masahiro i Amakumo Noritsune od kilku dni już omawiali strategię i plany. Sugiyama Kuroyami był już na miejscu dzień dłużej, ale odmawiał przebywania w towarzystwie Noritsune, o ile nie było to absolutnie konieczne i większość czasu spędzał przy Uchiha Azumie, służąc mu radą i doświadczeniem.
Okazało się jednak, że Masahiro i Noritsune wcale nie byli jedynymi, którzy mieli zasiąść w sztabie. Oprócz nich znalazła się też niańka wysłana przez samą Takane. Radna Ryuzaku kilka lat widząc kierunek, w którym zmierza świat zainwestowała dużo swoich własnych prywatnych pieniędzy, które oczywiście wcześniej przyznała sobie w jakiejś nieformalnej dotacji, na szkołę strategów w środku Ryuzaku. Szkoła ta miała za zadanie wyszkolić osoby biegłe w taktykach, strategiach, historii, a także nownikach świata współczesnego, by być realnym wsparciem na polu bitwy dla wszystkich tych wielkich wojaków, którym w głowie bym głównie szturm. Już wojna o Kotei pokazała Takane, że jest to słuszny kierunek, by szkolić takich ludzi. Tym bardziej, jeżeli weźmie się sieroty, które nie mają nic do stracenia i będzie można dzięki nim mieć wtyki w wyższych kręgach wojskowych. Każdy strateg będzie wdzięczny głównie Takane, za wyciągnięcie jej z biedoty i danie realnej szansy na zbudowanie swojej przyszłości.
Jednak jeżeli Noritsune i Masahiro oczekiwali poważnej, dojrzałej osoby, to... musieli mocno się zdziwić widząc, jak do sztabu generalnego wchodzi młoda, na oko osiemnastoletnia dziewczynka, z krótkimi, brązowymi włosami. Ubrana była w szerokie, oficjalne szaty z napisem "strateg" na plecach i mnóstwem różnych map, w przynajmniej trzech długich pokrowcach. Chinatsu - pierwsza absolwentka szkoły Takane miała udowodnić na tej wojnie, że inwestycja Radnej opłaciła się, a ona sama będzie miała realny wpływ na to, co się dzieje na wojnie. Niestety, na niekorzyść Noritsune, Chinatsu miała jasne wytyczne - pilnować frontu, wygrać wojnę, nie dać się zbałamucić i przede wszystkim - raportować na bieżąco do Ryuzaku o tym, co się dzieje w polu. Na jej szczęście, była dość niska, bo miała około 155 centymetrów i zdecydowanie nie miała szczególnie kobiecej sylwetki, co potencjalnie mogło odstraszać Noritsune. Na tej wojnie miało się okazać, czy pozycja stratega na stałe zagości w strukturach wojska.
W południe Uchiha Masahiro stał na podeście, a obok niego, Amakumo Noritsune. Kontrast między nimi był widoczny: Masahiro, choć w pełnej zbroi i płaszczu Shirei-kana, prezentował się spokojnie i dostojnie, Noritsune zaś promieniował energią, od której zdawało się skwierczeć powietrze. Obok stała dziewczyna, która jeszcze jeszcze bardziej z nimi kontrastowała. Po bokach podium stali także najwyżsi rangą dowódcy. Po lewicy Masahiro - Uchiha Azuma, Uchiha Takeru oraz Uchiha Emi. Po prawicy Noritsune - Arcykapłan Rintaro, nieodłączny cień głównodowodzącego, dziś ubrany w nieco lżejsze szaty bojowe: czarny płaszcz z wyszywanym krwawoczerwonym trójkątem Jashina na plecach. Nieco z tyłu stał Sugiyama Kuroyami w towarzystwie kilku innych Kogo, których wybrano do dowodzenia mniejszymi oddziałami. Przed nimi - było całe wojsko.
Wszyscy czekali teraz na słowa Shirei-kana. Sam Masahiro stał wyprostowany pośrodku podium i omiatał wzrokiem zastępy wojsk. Serce waliło mu w piersi, ale twarz pozostawała opanowana. Widział tysiące twarzy skierowanych ku sobie: opalonych, posępnych twarzy starych wojowników, skupionych, pełnych wiary oblicz młodych Uchiha oraz surowych, zahartowanych wojowników Noritsune. Wszyscy w gotowości, na ułamek sekundy zamarli w oczekiwaniu. Masahiro zacisnął pięść na rękojeści swojej katany, po czym uniósł ją wysoko.
- Wojownicy! - głos Masahiro potoczył się falą. Dźwięczał mocą i czystością, nieomal wibrował w powietrzu. Rozmowy i szeptane modlitwy natychmiast ustały. - Bracia i siostry z klanu Uchiha! Sprzymierzeńcy z Ryuzaku! Ludu Sogen!
- Dziś nie stoimy na zwykłym polu bitwy – kontynuował Shirei-kan, przebiegając wzrokiem po zebranych. – Stoimy na ziemi, która kiedyś należała do naszych przodków. Tu stały nasze domy. Tu trenowali nasi nauczyciele. Tu jako dzieci uczyliśmy się stawiać pierwsze kroki i używać drewnianych shurikenów. A potem przyszli Dzicy.
- Przed nami jest niepewność. Bitwa. Ofiara. Ale za nami stoją ludzie, którzy wierzą, że ich ochronimy. - Głos Masahiro stwardniał. - Dzieci, które śpią spokojnie, bo wierzą, że utrzymamy linię. Rodziny, które odbudowują swoje domy, bo wierzą w jutro. I towarzysze, którzy polegli… wierząc, że poniesiemy dalej ich wolę. Nie jesteśmy tutaj, bo szukamy chwały. Jesteśmy tutaj, bo ktoś musi stanąć między światem a ciemnością, która chce go pochłonąć.
- Myśleli, że Uchiha zapomną. Ale mu nie zapominamy. Pamiętamy krzyki tamtej nocy. Pamiętamy dym nad naszymi domami. Pamiętamy towarzyszy, którzy zostali, by inni mogli uciec. Ale dziś wracamy. Wracamy jako wojownicy klanu Uchiha i sprzymierzeńcy, którzy przyszli odzyskać to, co zostało im odebrane.
- Dlatego proszę was teraz…nie jako dowódca, lecz jako jeden z was.
Wyprostował się nieco mocniej i powiedział mocnym głosem:
- Oddajcie swoją siłę. Oddajcie swoją wolę. Oddajcie swoje serca sprawie, która chroni naszych ludzi. Walczcie o dzień, w którym dzieci będą znały wojnę tylko z ksiąg historii. Jeśli dziś polegniemy - inni powstaną. Jeśli dziś wytrwamy - nadzieja przetrwa. Podnieście więc głowy. Chwyćcie mocniej swoje bronie. Dla ludzi, których przysięgliśmy chronić. Dla towarzyszy, którzy nie mogą walczyć z nami ramię w ramię. Dla przyszłości, której nie oddamy bez walki!
Uchiha Masahiro
Sugiyama Kuroyami
Uchiha Takeru
Uchiha Emi
Uchiha Shizue
Amakumo Noritsune
Arcykapłan Rintaro
Tym samym zaczynamy oficjalnie S2 - Sezon Drugi walki o tereny sporne pomiędzy trzema frakcjami: Kaminari, Ryuzaku i Dzikimi. S2 startuje 16.03 o godzinie 9:00 - od tej godziny można startować i pisać w tematach Pól Tenranu.
Życzę wszystkim dobrej zabawy i powodzenia w walkach i fabułach!
1 x

Użytkownicy przeglądający to forum: Sosuke i 3 gości





