Strona 1 z 1
Stara gospoda
: 24 mar 2024, o 20:42
autor: Taiyō
Ogromny budynek, którego prawie cała konstrukcja wykonana jest z drewna. Gospoda z zewnątrz wygląda na bardzo obskurną; zniszczone, spróchniałe dechy, porozbijane ciemne, pokryte już mchem dachówki i masywne dębowe drzwi, zamknięte od wewnątrz, niemożliwe do sforsowania. Przez rozbite szyby w oknach, można zajrzeć do środka. A tam? Drewniane, solidne stoły, ogromny bar, spore ławy, które zdawać by się były jeszcze parę dni temu były używane. Niemniej pajęczyny w niektórych oknach zdecydowanie mówią inaczej. Lokacja posiada również piwnicę, a wejście do niej znajduje się gdzieś za barem. Sporo w niej pełnych beczek alkoholu, o wątpliwej zdatności do spożycia. Ogólny klimat miejsca nie zachęca do wejścia, ale bardzo niska cena potrafi zaważyć na ostatecznej decyzji co do ulokowania się właśnie tutaj.
Re: Stara gospoda
: 2 kwie 2024, o 13:20
autor: Kami Kaito
Im bardziej oddalali się od targu, tym bardziej Kaito nie potrafił wyzbyć się wrażenia, że kobiecie - przeciwnie do logiki - przybywa na siłach. Jak gdyby jego energia nie tyle ulegała wyczerpaniu, co raczej przenosiła się na ciężarną, zapewniając wzrost wydolności. Jeżeli jego wsparcie faktycznie przynosiło jej ulgę to bardzo dobrze, on jeszcze się trzymał i nie zamierzał dać po sobie poznać strudzenia. I tak jak wcześniej nie ośmieliłby się na dłuższą wymianę zdań, coby nie wykańczać kobiety, tak teraz zupełnie zmienił taktykę. Uznał, że gawędząc sobie może nie tyle umili im czas, co raczej pozwoli mu szybciej płynąć. Myśli skupione na rozmowie nie mają okazji krążyć wokół innych tematów, takich jak zmęczenie, niechęć, rezygnacja.
- Przepraszam, że dopiero teraz pytam, ale... jak ma pani na imię? - zagaił, a żeby nie pozostać dłużnym, chwilę później sam się przedstawił. - Kaito, jestem Kaito. - Szeroki uśmiech. No, może był to najprozaiczniejszy z prozaicznych tematów, ale od czegoś trzeba zacząć. A zresztą o czym takim można rozmawiać z obcą kobietą? Najpierw wypadało się poznać i przejść przez ten niekomfortowy etap konwencjonalnych pytań. Dopiero później, gdy rozmowa nieco się rozkręciła, postanowił ze szczerej troski dopytać o jeszcze jedną sprawę. - Mam nadzieję, że nie pozwalam sobie na zbyt wiele, kiedy zapytam - czy jesteś sama? Nikt się tobą nie opiekuje? - Bądź co bądź było to rzadko spotykane, aby ciężarna kobieta zostawała sama. Jak sobie radziła w takiej sytuacji?
W końcu zbliżali się do oberży. Widząc już coraz lepiej jej budynek, Katio zaczynał powątpiewać, czy aby na pewno tę konkretną gospodę kobieta miała na myśli. Bo niby co takiego mogła ona robić tu, w tej zapyziałej knajpie? Aż strach wejść do środka w obawie przed zawaleniem się stropu. Przez nieopajęczynowane okna chłopak próbował rozeznać, czyli do środka nie zaszli jacyś ludzie. Chyba siedziało tam parę osób, ale pustych stolików było więcej od zajętych. Być może więcej osób skryło się głęboko w środku, z dala od okien, a być może nie można było liczyć na większy ruch. Tak czy siak, Kaito zachodził w głowę, jak w ogóle można przesiadywać w równie zapuszczonej knajpie co ta? Jak można czuć się w niej cokolwiek bezpieczniej niż na targu?
- To... tu? - zapytał głupkowato, cicho licząc, że kobieta zaprzeczy i przyzna, że do jej gospody jeszcze kawałek. Jeżeli wynajmowała nocleg w tak paskudnych warunkach, doprawdy musiała być spłukana i nie mieć innego wyboru. - Skąd znasz to miejsce? - Chociaż Kaito mieszkał w Tenshikoku, nigdy przedtem nie słyszał o tym szynku. A przecież po jego wyglądzie łatwo wywnioskować, że nie była to żadna nowa miejscówka. Może kiedyś miejsce to przeżywało swoje lata świetlności? A może od początku skazane było na sponiewieranie?...
Re: Stara gospoda
: 8 kwie 2024, o 19:56
autor: Taiyō
9/14
„Dzielenie przez dwa”
Kami Kaito — Misja D
— Na bóstwa, kompletnie zapomniałam. Przepraszam. Hayashi Tsubaki — przedstawiła się niepewnie. Choć bardziej niż pewne, że rzeczywiście zmartwiła się pozornym brakiem manier. Cóż, nie znała ich nazbyt wiele, w końcu sierota, ale bardzo starała się, by jednak pewien poziom trzymać. A to, że niezwykle niski, bo taki był dla niej zarezerwowany, to już sprawa drugorzędna i niewarta rozwijania.
Kiedy i, jak się okazało, Kaito zdecydował się podzielić swoim imieniem – szybko podchwyciła temat. Ot, z kurtuazji pchanej dodatkowo niezwykle głęboką wdzięcznością za okazane dobro i cierpliwość. Nie przywykła do podobnych emocji spływających z serc kompletnie obcych jej ludzi, toteż czuła się z tym jednakowo niezręcznie, i jednakowo mocno doceniała gest. Rozmowa, nawet na tak błahe i podstawowe tematy, pozwalała jej poczuć się nieco swobodniej, zrelaksować, a może – kto wie – uwierzyć, że ów młodzieniec naprawdę czyni to wszystko bezinteresownie.
— Dziękuję ci Kaito-kun. Naprawdę… Jak się zapisuje twoje imię? — zaczęła, zatrzymując się przy tym na moment, by objąć kontur jego twarzy oczyma. Uśmiechał się, a ona kompletnie nie rozumiała powodu. Przecież, jakby nie patrzeć, prawdopodobnie miał zupełnie inne plany niźli zajmowanie się ciężarną. Skąd więc ta radość? Czyżby udawał? A jeśli tak, to po co. Zaś zrobiła się podejrzliwa. Jak ten bity pies, co widzi podniesioną nad łeb rękę i trzęsie się z trwogi, choćby chciała ów dłoń sięgnąć ucha i za nim podrapać.
W odpowiedzi na kolejne z pytań pokręciła głową.
— Tak… Nie, to znaczy… — zamotała się i ponownie zawisła oczyma między parą własnych butów. Wolną ręką sięgnęła brzucha, a właściwie tego, co znajdowało się pod zlepkiem skóry, mięśni i klatki żeber. Tuż pod sercem. — Ojciec dziecka nigdy nie wrócił ze zleconego mu zadania. Łudzę się, że wróci, ale wszyscy wkoło mówią, że uciekł. Nie wierzę w to. Coś musiało się stać. Na pewno byłby przy nas.
Zorientowawszy się, jak bardzo młodzieniec rozplątał jej język, wejrzał w być może nazbyt trudne dla niego tematy, szybko ucięła opowieść i sugestywnie ruszyła jego ramieniem. Chciała iść. Dotrzeć do gospody. Zapomnieć, że była słaba i samotna. A to ciężkie, gdy los zmusza do spowiedzi. Gdy nie ma się nikogo ani niczego, a ta namiastka towarzystwa nęci tak okrutnie, byleby pokusić się o otwarcie wciąż niezalepionej rany.
— Tak — odparła bezpardonowo, nie rejestrując zdumienia, czy może raczej przerażenia, chłopaka. Gospoda, jaka była – każdy widzi. Nie mogła być nader wybredna z tak niezasobnym portfelem. A choć z zewnątrz miejsce wyglądało marnie, to w środku, w jej lokum, stało przecież łóżko, kolebka dla przyszłego potomnego, może nawet maluczki stolik. Więcej nie potrzebowała. Nauczyła się najpewniej, że oczekiwania to pierwszy stopień do zawodu i niekończących się trosk. A tak? Było, jak było, czyli byle jak, ale chociaż jakoś. — Przyprowadziła mnie tutaj właścicielka, pomagam co nieco na kuchni, żeby dorobić. Lepsze to niż żebractwo. A i ciepło jest, i łóżko…
I pozwoliła, o ile Kaito nie miał innych planów, zaprowadzić się do wspomnianego lokum skrytego za lichymi drzwiami z jeszcze bardziej lichym wnętrzem. Absolutny minimalizm, przeplatany z toną bibelotów i utkwionej w limbo, jak gdyby przerwanej nagle, partii go. Na kamyczkach zdążył się zebrać kurz, toteż bardziej niż pewne, że przez długi czas nie tknął ich żaden palec. Ktokolwiek rozgrywał ją wcześniej, musiał mieć w tym niebagatelną wprawę – pionki były ułożone po mistrzowsku.
— Przepraszam, wiem, że proszę o nazbyt wiele. Ale czy istnieje jakakolwiek możliwość, byś zastąpił mnie w sprawunkach? To nic skomplikowanego… Pociąć warzywa, uprzątnąć kuchnię… Nie chcę zawieść zaufania pani Hiramatsu, a ona z pewnością cię wynagrodzi.
Re: Stara gospoda
: 26 lut 2026, o 15:08
autor: Nobuo
Podróżowałem z dobry tydzień w stronę osady rodu Kami, tam na pewno powinien być ślad ojca za którym podążałem. Jednak w trakcie podróży naszły mnie pewne rozterki. Skoro matka go pogoniła, sam uciekł bez słowa czy tak nie będzie dla nich lepiej? Czy to wszystko nie jest zbyt mocno naciągane, czy powinienem się tym zainteresować? Mocno mi głowa buzowała od tego wszystkiego, sam już nie wiedziałem co począć? Czy naprawdę nawet nie można ufać tym, którym się kocha? Czy przywiązanie to tylko iluzja bezpieczeństwa? Nie zamierzałem wrócić do domu, poczułem się zdradzony przez własną rodzinę...
W ten sposób znalazłem się jakiejś karczmie w osadzie Kami, czy porzuciłem już klan? Ciężko to określić, ale jeżeli innym będzie łatwiej tak to nazwać to tak. Tamto miejsce zaczęło mnie przytłaczać, a w zasadzie co było moim celem? Brakowało mi w życiu ewidentnego celu, być kimś ważnym? Czynić dobro, czynić zło? Może zwykłe szukanie zarobku to było coś czego potrzebowałem, nie byłem skąpy, na ten moment jedyne czego szukałem to były przyjemności...
Przyszedł czas zrezygnować z tego i odnaleźć zwykły cel w życiu, jednak do tego potrzebowałem towarzyszy, dlatego też znalazłem się w tej karczmie. Było już popołudnie więc lekko się zapełniła, a ja zasiadłem przy barze i rzuciłem do barmana. - Kierowniku złoty, jedno piwo będzie. - Czekając aż mi naleje rozglądałem się za ludźmi, może ktoś tutaj będzie potrzebował pomocy.
Re: Stara gospoda
: 26 lut 2026, o 19:33
autor: Kori
Misja: A
Uczestnik: Nobuo
Ilość: 1/?
Czas: Południe/słonecznie/zbliżające się deszczowe obłoki
Dzień był ciepły przyjemny i nieco przytłaczający… Nobuo znalazł się w barze, delektując się ostatnimi chwilami wolności. Właściwie to sam nie wiedział, co ze sobą zrobić, zwłaszcza że od dawna targały nim wątpliwości. Aktualnie znalazł się na rozstajach własnej drogi, nie mając zupełnie pojęcia, za czym właściwie powinien gonić. Był jak czysta kartka papieru, którą właśnie postanowił zapełnić pierwszymi planami na siebie. Co prawda były dość sprzeczne i moralnie wątpliwe, jednak, kto powiedział, że w takich czasach trzeba było być krystalicznym. Karczma, w której się znalazł była praktycznie pusta, zwłaszcza że wciąż było przed południem. Oprócz niego znajdowało się tam kilka stałych bywalców oraz grajek który na samym środku sali grał jakieś nieznane nikomu melodie na niewielkiej okarynie. U jego boku znajdował się jeszcze klasyczny samisen, którego wygląd świadczył o tym, że lata świetności instrument miał dawno za sobą. Karczmarz, który został poproszony o piwo wycierał właśnie jakiś uszczerbiony kufel szarą ścierą, po chwili, podając bohaterowi jego zamówienie.
– Proszę szanownego, tylko pić póki zimne, bo później mi mówicie, że jakieś szczyny bez gazu sprzedaje – Mężczyzna odwrócił się plecami do Nobuo, po czym wrócił za kontuar wykonywać swoją syzyfową pracę. Czas mijał spokojnie, gdy w pewnej chwili do knajpy wparowało trzech gości o twarzach mocniej niż wkurzonych. Mocno poruszeni zaczęli oglądać się po sali, po czym ich wzrok natrafił na grajka, który zrozumiał w moment, że oni przyszli tu po niego.
– Ty kurwo… Zrobiłeś dziecko naszej siostrze i śmiesz się tu jeszcze pokazywać – Draby ruszyły w stronę muzykanta, który momentalnie skoczył na równe nogi, zasłaniając się samisenem.
– Panowie spokojnie, to jakieś nieporozumienie jak widzę wasze mordy to i wyobrażam sobie siostrzyczkę… Jeśli jej coś zostawiłem to pewnie po pijaku, bo na trzeźwo mam lepszy gust – Gość, mimo że miał katowski topór nad głową, to wydawał się bardziej niż pewny siebie. Jego oblicze było radosne i zaczepne, jak gdyby zbliżająca się bitka była tym, czego potrzebował. Trzech mężczyzn z krzykiem ruszyło w jego stronę, a bohater siedział między tym wszystkim, obserwując sytuację. Mógł się ruszyć, mógł dalej obserwować… Ciekawe, kim był muzykant samobójca.
– Panowie, bo mi bar rozwalicie, w zeszłym roku nowe stoły sprowadzałem! – Krzyknął nagle karczmarz, oczywiście kłamiąc. Wnętrze tej karczmy było tak samo stare i niezadbane jak jego właściciel. Sknera pewnie wiedział, ile będzie go kosztował faktyczny remont…
– Ludzie pomocy! – Krzyknął, zanim trzech mężczyzn nie minęło miejsca, na którym zasiadał bohater… Reszta ludzi, jakby zapadła się w sobie.
Legenda:
Karczmarz
Grajek
Bandyci
Re: Stara gospoda
: 26 lut 2026, o 21:27
autor: Nobuo
Raczyłem się piwem... dobrym piwem, może bliżej było mu do sikacza czy gazowanej wody, ale takie było najlepsze jeszcze w klimacie baru. Grajek coś tam dogrywał, raczyłem się tym klimatem, pasowałem do takich miejsc. Została mi końcówka piwa jak za moimi plecami zaczęła dziać się akcja, obróciłem się na stołku i spojrzałem w stronę grajka i bandziorów. Sytuacja nabierała tempa a ja się tylko przyglądałem do jakiego stopnia to może eskalować bez mojej interwencji.
W końcu grajek przyjął charakterną postawę, która zaraz miała na niego sprowadzić klasyczny antajski wpierdol dlatego podniosłem dupę razem z piwem, które dopiłem i podchodząc do pierwszego bandziora który był najbliżej mnie i rozpierdoliłem mu o ten kufel prosto o łeb. -
Panowie, nawet kurtyzany wiedzą, że trzech na jednego to słaby stosunek, dlatego pozwolicie, że się dołączę.
Sięgnąłem dłoniami do kabur i za pomocą mojej zdolności obkleiłem sobie ręce papierem a następnie postarałem się rzucić im wyzwanie. - Z
ostawcie grajka, jak pizdy będziecie muzyka atakować, zapraszam na kogoś kto umie się bić. - Po czym wypłaciłem im z tych kartek tak by nie zabić ale ogłoszyć, w końcu przypał trochę od razu zabijać kogoś w barze w obcym mieście. Znaczy obcym, zdolności tutejsze, ale tutaj się nie wychowałem i nie znałem tego miejsce, ludzie mnie też nie kojarzyli.
Jeżeli dalej będą chcieli walczyć to staram się im przy pomocy papieru obkleić nogi by nie mogli się ruszyć.
Ukryty tekst