Jeszcze chwilę wcześniej wszystko było spokojne. Stałam blisko Shunsuke i skupiałam się na ruchach jego dłoni, starając się powtarzać każdą pieczęć tak dokładnie, jak tylko potrafiłam. Powietrze było czyste, śnieg opadał powoli, a trening wreszcie zaczynał układać się w coś zrozumiałego. Każda kolejna próba była pewniejsza od poprzedniej, palce zaczynały odnajdywać właściwe ułożenie, a ja czułam, że powoli zaczynam rozumieć, jak jedna ręka może zastąpić dwie. Dlatego moment, w którym Shunsuke nagle przerwał ruch, uderzył mnie jak lodowata fala. Zamarłam w pół gestu, patrząc na niego. Jego postawa zmieniła się natychmiast. Spokojny nauczyciel zniknął, a na jego miejscu pojawił się ktoś czujny i gotowy do walki. Gdy ostrzegł mnie, żebym miała się na baczności, napięcie natychmiast przebiegło przez moje ciało. Wiatr przybrał na sile, śnieg zaczął wirować, a niebo nagle pociemniało. Podniosłam wzrok i wtedy je zobaczyłam. Trzy sylwetki powoli opadające z nieba, zbyt płynne i zbyt ciche, by były ludźmi. Długie czarne włosy unosiły się w powietrzu, białe kimona falowały w mroźnej mgle, a ich oczy były puste i zimne. Nie zdążyłam zrobić kroku, gdy nagle potężna siła odepchnęła mnie w bok. Złota dłoń przywołanej przez Shunsuke bogini uderzyła we mnie, odrzucając kilka metrów dalej. Upadłam w śnieg, ale szybko podniosłam się na nogi, rozumiejąc jego zamiar. Rozdzielił nas. Gdy odzyskałam równowagę, zobaczyłam jak dwie z tych istot otaczają go z obu stron i wypuszczają z ust lodowate podmuchy, które zderzały się z ochroną jego strażniczki. On był zmuszony się bronić. Jedna została dla mnie. Unosiła się kilka metrów przede mną, nieruchoma i nienaturalnie spokojna. W następnej chwili jej ramię drgnęło i w moją stronę wystrzeliła salwa lodowych kolców. Nie miałam czasu na myślenie. Skupiłam chakrę w stopach i odbiłam się gwałtownie w bok, skręcając ciało w powietrzu. Lodowe igły przecięły miejsce, w którym stałam jeszcze ułamek sekundy wcześniej, wbijając się w śnieg ostrym trzaskiem. Gdy wylądowałam, natychmiast przesunęłam się dalej, zwiększając dystans i nie spuszczając przeciwniczki z oczu. Nie wiedziałam czym była ta istota, ale wiedziałam jedno. Jeśli jej nie zatrzymam, Shunsuke będzie musiał walczyć z trzema naraz, a na to nie mogłam pozwolić. Postanowiłam zaryzykować. Ćwiczyłam w kółko to sekwencje, to był moment, gdy czułam, że mój trening przyniesie owoce i to jakie! Skupiłam chakrę i zaczęłam biegiem skracać dystans pomiędzy mną a oponentką. Wzięłam głęboki wdech i za pomocą mojej jedynej dłoni złożyłam pojedynczą pieczęć - chciałam zacząć od czegoś niezbyt skomplikowanego, chciałam tę lewitującą postać powstrzymać i jednocześnie zminimalizować szansę na moje niepowodzenie. Mokuton: Kouskou - to była odpowiedź na moje potrzeby. Chciałam, aby z ziemi pod jej stopami wyrosło drzewo, które ją pochwyci i zacznie ściskać, chciałam, aby pozostała nieruchoma i dzięki temu, żebym mogła kontynuować swój atak, oczywiście cały czas byłam czujna, nie chciałam zginąć ani oberwać bardziej niż to było konieczne, jeśli mój pomysł zawiedzie to szybko zwiększam dystans.
Na początku wszystko wydawało się proste. Ruch dłoni, ustawienie palców, powolne składanie pieczęci, które widziałam już setki razy w swoim życiu. Jednak w tamtym miejscu nic nie było naprawdę proste. Zimno wciskało się w ciało z każdej strony, wiatr szarpał ubraniem, a z każdą minutą czułam, jak mięśnie stają się coraz cięższe. Starałam się naśladować każdy ruch Shunsuke dokładnie tak, jak go wykonywał. Powoli. Spokojnie. Bez zbędnego napięcia. Jego ciało poruszało się jakby było częścią tej góry. Stabilne, ciche, niemal niewzruszone przez mróz. Ja natomiast walczyłam z własnym organizmem. Każdy wdech był chłodny i ostry, palce powoli traciły czucie, a utrzymanie równowagi na zmrożonym podłożu zaczęło wymagać coraz większego skupienia. Próbowałam ignorować drżenie mięśni. Skupić się tylko na pieczęciach. Na rytmie oddechu. Na powtarzaniu ruchów. Czas płynął powoli. Płatki śniegu osiadały na włosach i ramionach, topniały od ciepła ciała i zaraz potem znów zamarzały. Z każdą kolejną próbą ruchy stawały się mniej precyzyjne. Palce spóźniały się o ułamek sekundy. Dłoń opadała odrobinę niżej, niż powinna. Mimo to zaciskałam zęby i próbowałam dalej. W końcu jednak ciało zaczęło odmawiać posłuszeństwa. Czułam to wyraźnie. Nogi były ciężkie, oddech urywał się w krótkich falach, a w głowie pojawiła się pustka, która przychodzi zawsze wtedy, gdy organizm mówi dość. Usłyszałam syk starca i od razu wiedziałam, że zauważył wszystko. Nie było sensu udawać, że jest inaczej. Kiedy kazał mi iść do gorącego źródła, przez krótką chwilę poczułam coś pomiędzy ulgą a wstydem. Chciałam wytrzymać dłużej. Chciałam pokazać, że jestem silniejsza. Ale wiedziałam też, że jego decyzja była rozsądna. Jeśli jutro mam dalej trenować, muszę odzyskać siły. Gdy tylko zostałam sama przy parującym źródle, powoli zdjęłam kolejne warstwy ubrań. Zimne powietrze momentalnie otuliło skórę, ale kiedy weszłam do wody, ciało niemal natychmiast odpowiedziało ulgą. Ciepło rozlało się po mięśniach jak spokojna fala. Zanurzyłam się głębiej, aż gorąca woda objęła ramiona i plecy. Przez kilka minut po prostu siedziałam nieruchomo. Czułam, jak napięcie opuszcza ciało, jak zmęczone mięśnie rozluźniają się powoli, a oddech wraca do spokojnego rytmu. Para unosiła się wokół mnie i mieszała z zimnym powietrzem, tworząc miękką mgłę. W tej ciszy po raz pierwszy od wielu godzin naprawdę odpoczęłam. Gdy w końcu wyszłam z wody, ciało było ciężkie, ale przyjemnie rozgrzane. Ubrałam się powoli i skierowałam do chaty. W środku uderzyło mnie ciepło ognia. Nie było tam nic zbędnego. Wszystko wyglądało prosto, niemal surowo, ale jednocześnie uporządkowanie tego miejsca dawało poczucie spokoju. Każdy przedmiot miał swoje miejsce. Każda przestrzeń była wykorzystana tylko tak, jak trzeba. Usiadłam do kolacji bez słowa. Mięso rzeczywiście smakowało przeciętnie, niemal jakby zostało przygotowane bez żadnej troski o smak. Mimo to zjadłam wszystko powoli, czując jak ciepło posiłku wraca do ciała. Gorący napar był znacznie lepszy. Ziołowy aromat rozchodził się w ustach i gardle, ogrzewając od środka. Po posiłku udałam się do izby, którą mi wskazał. Była niemal pusta. Łóżko i niewielka szafka. Nic więcej. Położyłam się powoli, czując jak zmęczenie spada na mnie nagle i ciężko, jak lawina. Mięśnie bolały, ale był to dobry ból. Ból pracy i wysiłku. Patrząc w ciemność, pomyślałam o jutrze, o treningu i o tym, że ten starzec nie będzie dla mnie łagodnym nauczycielem. I właśnie dlatego wiedziałam, że trafiłam we właściwe miejsce. Obudził mnie zapach pieczonych warzyw i ciepło rozchodzące się po chacie. Przez chwilę leżałam jeszcze w półśnie, czując ciężar wczorajszego treningu w mięśniach. Ból był tępy, ale nieprzyjemny tylko trochę. Bardziej przypominał dowód wysiłku niż karę. Dźwięki z kuchni szybko sprowadziły mnie do rzeczywistości. Skrzypienie drewna w piecu, stukanie naczyń i zapach ziół. Potem pukanie w drzwi i głos Shunsuke, który bez wahania przypomniał mi, że dzień już się zaczął. Podniosłam się z łóżka, rozruszałam ciało i szybko się ubrałam. Gdy wyszłam do głównego pomieszczenia, śniadanie było już gotowe. Ryż z pieczonymi warzywami i gorący napar ziołowy. Usiadłam naprzeciw starca i jadłam w ciszy, słuchając jego słów. Kiedy wspomniał o jednoręcznych pieczęciach i o walce, uniosłam wzrok. W jego tonie nie było żartu. I dobrze. Nie przyszłam tu po łatwe nauki. Po śniadaniu wyszliśmy na zewnątrz. Powietrze było mroźne, ale czyste, a niebo jasne. Śnieg skrzypiał pod stopami, kiedy stanęłam naprzeciw niego. Wczorajsze zmęczenie wciąż było w ciele, lecz umysł miałam spokojny. Skupiłam się na jego dłoniach, na ruchach palców i rytmie pieczęci. Teraz nie chodziło już tylko o powtarzanie. Chodziło o nauczenie się nowej równowagi w ciele, które musiało działać inaczej niż wcześniej. Wiedziałam, że będzie trudno, ale właśnie po to tu przyszłam.
Chłód wgryzał się w skórę coraz głębiej, jakby każde słowo starca odbierało mi kolejną warstwę ciepła. Czułam go wyraźnie pod ubraniami, między włóknami materiału, w miejscu gdzie kiedyś była druga ręka. Tam zawsze docierał szybciej. Tam zawsze bolał mocniej. Mimo to nie ruszałam się od razu. Klęczałam jeszcze przez krótką chwilę, pozwalając ciężarowi jego słów opaść na mnie w pełni. Jego aura była przytłaczająca. Nie tylko siłą, lecz doświadczeniem. Czułam w niej lata samotności, walki i wyborów, których nie dało się cofnąć. Nie patrzył na mnie jak na gościa. Patrzył jak na problem, który trzeba ocenić. Jak na materiał, który można albo odrzucić, albo ukształtować. I choć część mnie instynktownie chciała się spiąć, zacisnąć szczękę i odpowiedzieć ostrzej, wiedziałam, że to nie był moment na dumę. Powoli podniosłam się z kolan. Ruch był spokojny, oszczędny, świadomy. Śnieg osypał się z ubrania miękkim szelestem, a zimne powietrze natychmiast wdarło się pod warstwy tkaniny. Stanęłam prosto, czując jak stopy stabilizują się na ubitym podłożu. Nie unikałam jego spojrzenia. Było ciężkie, surowe, ale nie odwróciłam wzroku. W środku czułam mieszankę wstydu i determinacji. Miał rację. Nie przedstawiłam się. Nie okazałam mu należnego szacunku. Zbyt szybko pozwoliłam sobie na fascynację Yuną, na chwilę dziecięcej radości, jakby świat wokół przestał istnieć. To było nieostrożne. I niegodne kogoś, kto przychodzi prosić o naukę. Zebrałam myśli powoli, starannie. Oddzieliłam emocje od celu, tak jak uczyłam się oddzielać siłę fizyczną od mentalnej podczas treningów. Nie mogłam pozwolić, by zakłopotanie lub chłód odebrały mi klarowność. Przyszłam tu z powodu. Prawdziwego. Czułam też ukłucie niepokoju, gdy usłyszałam polecenie skierowane do Shigemiego. Myśl o tym, że ma odejść sam w góry, w takiej zimie, na rozkaz człowieka, którego dopiero poznaliśmy, wywołała we mnie napięcie. Krótkie, ostre, jak błysk lodu pod stopą. Ale nie odwróciłam głowy. Nie protestowałam. Wiedziałam, że ten moment nie należał do mnie i do niego jednocześnie. Jeśli chciałam tu zostać, musiałam najpierw udowodnić, że mam do tego prawo. Zimno nasilało się z każdą sekundą. Czułam, jak palce sztywnieją, jak oddech staje się cięższy. Było to jednak dziwnie oczyszczające. Odcinało zbędne myśli, zostawiając tylko to, co istotne. Skupiłam się na własnym wnętrzu. Na powodzie, który przywiódł mnie przez śnieg, góry i ryzyko. Na frustracji, która rosła od dnia utraty ręki. Na pragnieniu, by nie być już tylko kimś okaleczonym, lecz kimś, kto potrafi z tego braku uczynić siłę. Nie zamierzałam udawać. Nie zamierzałam szukać pięknych słów. Chciałam, by zrozumiał prawdę. I by ocenił mnie taką, jaka jestem naprawdę. Powtarzałam skrupulatnie każdy ruch, każdą pieczęć, chociaż z każdym powtórzeniem moje ciało bardziej drżało z zimna, usta siniały a zęby szczękały, ale nie dam się, nie pokażę słabości.
Chłód wgryzał się w skórę coraz głębiej, jakby każde słowo starca odbierało mi kolejną warstwę ciepła. Czułam go wyraźnie pod ubraniami, między włóknami materiału, w miejscu gdzie kiedyś była druga ręka. Tam zawsze docierał szybciej. Tam zawsze bolał mocniej. Mimo to nie ruszałam się od razu. Klęczałam jeszcze przez krótką chwilę, pozwalając ciężarowi jego słów opaść na mnie w pełni. Jego aura była przytłaczająca. Nie tylko siłą, lecz doświadczeniem. Czułam w niej lata samotności, walki i wyborów, których nie dało się cofnąć. Nie patrzył na mnie jak na gościa. Patrzył jak na problem, który trzeba ocenić. Jak na materiał, który można albo odrzucić, albo ukształtować. I choć część mnie instynktownie chciała się spiąć, zacisnąć szczękę i odpowiedzieć ostrzej, wiedziałam, że to nie był moment na dumę. Powoli podniosłam się z kolan. Ruch był spokojny, oszczędny, świadomy. Śnieg osypał się z ubrania miękkim szelestem, a zimne powietrze natychmiast wdarło się pod warstwy tkaniny. Stanęłam prosto, czując jak stopy stabilizują się na ubitym podłożu. Nie unikałam jego spojrzenia. Było ciężkie, surowe, ale nie odwróciłam wzroku. W środku czułam mieszankę wstydu i determinacji. Miał rację. Nie przedstawiłam się. Nie okazałam mu należnego szacunku. Zbyt szybko pozwoliłam sobie na fascynację Yuną, na chwilę dziecięcej radości, jakby świat wokół przestał istnieć. To było nieostrożne. I niegodne kogoś, kto przychodzi prosić o naukę. Zebrałam myśli powoli, starannie. Oddzieliłam emocje od celu, tak jak uczyłam się oddzielać siłę fizyczną od mentalnej podczas treningów. Nie mogłam pozwolić, by zakłopotanie lub chłód odebrały mi klarowność. Przyszłam tu z powodu. Prawdziwego. Czułam też ukłucie niepokoju, gdy usłyszałam polecenie skierowane do Shigemiego. Myśl o tym, że ma odejść sam w góry, w takiej zimie, na rozkaz człowieka, którego dopiero poznaliśmy, wywołała we mnie napięcie. Krótkie, ostre, jak błysk lodu pod stopą. Ale nie odwróciłam głowy. Nie protestowałam. Wiedziałam, że ten moment nie należał do mnie i do niego jednocześnie. Jeśli chciałam tu zostać, musiałam najpierw udowodnić, że mam do tego prawo. Zimno nasilało się z każdą sekundą. Czułam, jak palce sztywnieją, jak oddech staje się cięższy. Było to jednak dziwnie oczyszczające. Odcinało zbędne myśli, zostawiając tylko to, co istotne. Skupiłam się na własnym wnętrzu. Na powodzie, który przywiódł mnie przez śnieg, góry i ryzyko. Na frustracji, która rosła od dnia utraty ręki. Na pragnieniu, by nie być już tylko kimś okaleczonym, lecz kimś, kto potrafi z tego braku uczynić siłę. Nie zamierzałam udawać. Nie zamierzałam szukać pięknych słów. Chciałam, by zrozumiał prawdę. I by ocenił mnie taką, jaka jestem naprawdę. -Shunsuke-sama! Nazywam się Senju Koneko, jestem wychowaną przez las dzikuską, która nie odebrała żadnego wychowania poza prawem lasu i podstawową ortografią. Nienawidzę i gardzę większością istot ludzkich, kocham naturę przychodzę Panie do Ciebie po naukę składania pieczęci jedną ręką, abym mogła chronić tych, którzy nie mogą się obronić, za chamstwo przepraszam, z chamstwa powstałam w dziczy przeżyłam. - skłoniłam się wpół teatralnie tak jak czasami widywałam jak skłaniali się arystokraci i dobrze wyedukowani.
W pierwszej chwili w ogóle nie myślałam o napięciu, które jeszcze przed momentem wisiało w powietrzu. To, że starzec niemal zmiażdżył Shigemiego swoją techniką, że przez kilka sekund ważyły się nasze losy, odpłynęło gdzieś na bok, gdy tylko Yuna wylądowała przede mną w śniegu. Dopiero kiedy poczułam, jak pod moją dłonią unosi się i opada jej ogromny brzuch, a powietrze wypełnia spokojny, ciężki oddech niedźwiedzia, zaczęłam kątem oka dostrzegać, że atmosfera naprawdę się zmieniła. Napięcie opadło. Chakra, która jeszcze chwilę temu drżała w powietrzu, zniknęła. Została cisza przerywana tylko szumem wiatru i miękkim skrzypieniem śniegu. Imię Narumi zadziałało jak klucz. Nawet ja, pochłonięta futrem i ciepłem Yuny, poczułam subtelną zmianę w aurze starca. Coś w nim zmiękło. Nie widziałam dokładnie jego twarzy, bo białe cielsko skutecznie zasłaniało mi połowę świata, ale słyszałam ton głosu. Był inny. Mniej twardy, bardziej ludzki. To wystarczyło, żebym poczuła lekką ulgę. Nie przybyliśmy tu jako intruzi. Przybyliśmy jako czyiś goście. Gdy Yuna przetoczyła się jeszcze raz i niemal wcisnęła pysk pod moją dłoń, roześmiałam się cicho pod nosem. Moja dłoń przesuwała się po jej futrze coraz pewniej. Drapałam ją po brzuchu, potem pod szyją, potem za uchem. Jej reakcje były natychmiastowe i szczere. Całe to monumentalne ciało reagowało jak u szczeniaka. Coś w tym widoku było tak rozbrajającego, że przez moment zapomniałam, że stoję na mroźnym wypłaszczeniu góry, przed pustelnikiem o spojrzeniu ostrym jak lód. Dopiero pytania starca przywołały mnie w pełni do rzeczywistości. W jego głosie wyczułam troskę, choć próbował ją ukryć pod warstwą surowości. Narumi nie była dla niego tylko imieniem. Była kimś ważnym. Ktoś, kto zostawił w nim ślad. Zatrzymałam na chwilę ruch dłoni i spojrzałam w jego stronę, nadal klęcząc w śniegu. Dopiero wtedy dotarło do mnie coś jeszcze. Jeden rękaw jego szaty powiewał pusty na wietrze. Serce ścisnęło mi się lekko. To nie było przypadkowe podobieństwo. To był powód. Wstałam powoli, zsuwając dłoń z brzucha Yuny, choć ta wyraźnie nie była zadowolona z przerwania zabawy. Czułam, jak śnieg przylepia się do moich ubrań, jak zimno zaczyna znów dobijać się do skóry. Teraz jednak było w tym mniej dyskomfortu. Było w tym skupienie. Nie patrzyłam już na niedźwiedzia. Patrzyłam na niego. Na pusty rękaw. Na sposób, w jaki stał. Na to, jak mimo wieku i braku kończyny jego postawa wciąż była prosta, stabilna, jakby brak wcale go nie ograniczał. Poczułam w sobie znajome ukłucie. Mieszankę dumy i frustracji. Ja wciąż uczyłam się funkcjonować na nowo. On najwyraźniej żył z tym od lat. W tym miejscu, w tej ciszy, wśród śniegu i gorących źródeł. Nie przyszłam tu po siłę w znaczeniu brutalnej mocy. Nie przyszłam, żeby stać się kimś groźniejszym. Przyszłam z ciekawości, z potrzeby zrozumienia, jak żyć dalej bez czegoś, co kiedyś było częścią mnie. Jak nie pozwolić, by brak stał się definicją. Czułam, że jeśli ktokolwiek może mi to pokazać, to właśnie ten stary pustelnik, który stoi naprzeciw mnie z jednym rękawem tańczącym na wietrze, jakby zupełnie się tym nie przejmował. Yuna szturchnęła mnie lekko w biodro, jakby przypominając, że świat wcale nie musi być aż tak poważny. Uśmiechnęłam się pod nosem. Może to też była lekcja. -Shunsuke-sama! Proszę pomóż mi być znowu użyteczną i pełnowartościową Kunoichi! - skłoniłam się wpół prawie krzycząc to co mówiłam, przeze mnie przelatywał wręcz tajfun emocji. Widziałem kątem oka, spomiędzy futra jego popis, on pokonał moją największą słabość i w tylko sobie znany sposób. Czekałam w tym ukłonie aż usłyszę odpowiedź, jak się podniosę będzie widać jak jak ryczę, a moje łzy lecą strumieniem na śnieg. To był mój olbrzymi ciężar, który próbowałam zrzucić z siebie.
Zanim zdążyłam pomyśleć o czymkolwiek rozsądnym, całe moje ciało zareagowało czystym impulsem. Klęczałam już w śniegu, czując jak chłód przenika przez materiał spodni, ale kompletnie mnie to nie obchodziło. Przede mną była ona. Ogromna, biała, żywa masa futra i mięśni, która jeszcze chwilę temu mogła budzić grozę, a teraz wyglądała jak najcudowniejsze stworzenie, jakie widziałam od bardzo dawna. Serce biło mi szybciej, ale nie ze strachu. To było to charakterystyczne przyspieszenie, które pojawia się, gdy coś zachwyca tak bardzo, że aż trudno usiedzieć w miejscu. Kiedy Yuna runęła w moją stronę, śnieg rozprysnął się na boki, a ja odruchowo pochyliłam się jeszcze bardziej, gotowa przyjąć jej ciężar, nawet jeśli rozum podpowiadał, że to kompletnie nierozsądne. W momencie, gdy przewróciła się przede mną i wylądowała na plecach, świat jakby się zwęził. Nie widziałam już chatki, pustelnika ani Shigemiego. Było tylko futro, para unosząca się z jej pyska i ogromny brzuch wystawiony w zaproszeniu, którego nie dało się zignorować. Dotknęłam jej ostrożnie, najpierw samymi palcami, jakby sprawdzając, czy to wszystko dzieje się naprawdę. Futro było gęste, ciepłe, sprężyste pod naciskiem. Przesunęłam dłonią po jej boku, potem po brzuchu, zatapiając palce coraz głębiej. Czułam, jak pod skórą pracują potężne mięśnie, a mimo to całe to cielsko było rozluźnione i spokojne. Yuna poruszyła się lekko, przekręcając głowę i ocierając się o mnie, jakby chciała, żebym nie przestawała. Śnieg skrzypiał cicho pod jej ruchem, a ja zaśmiałam się w duchu, czując absurd tej sceny. Jednoręka kunoichi bawiąca się z niedźwiedziem polarnym na środku gór. Zaczęłam głaskać ją pewniej, kreśląc dłonią długie, powolne ruchy od klatki piersiowej po bok, potem wracając do brzucha. Każde takie dotknięcie wywoływało w niej reakcję. Delikatne poruszenie łapą, ciężki oddech, czasem lekkie mruknięcie, które wibrowało aż w mojej klatce piersiowej. W którymś momencie Yuna uniosła jedną z przednich łap i niezdarnie próbowała mnie nią objąć, zahaczając o mój bark i przysypując mnie śniegiem. Nie cofnęłam się. Przeciwnie, pochyliłam się jeszcze bliżej, niemal wtulając w jej futro, czując bijące od niej ciepło i zapach zwierzęcia zmieszany z mroźnym powietrzem. Było w tym coś niesamowicie prostego i czystego. Żadnej chakry, żadnej walki, żadnej kontroli. Tylko kontakt, ciężar, obecność. Miałam wrażenie, że na krótką chwilę zniknęły wszystkie moje ograniczenia. Brak ręki przestał mieć znaczenie. Zmęczenie, które nosiłam w sobie od miesięcy, rozpłynęło się gdzieś między jednym a drugim ruchem dłoni po jej futrze. Czułam się jak dziecko, które znalazło coś zakazanego, coś zbyt wielkiego, by było prawdziwe, i teraz korzysta z tego bez wahania. Yuna poruszyła się znów, tym razem przewracając się na bok i wsuwając pysk pod moją dłoń, domagając się uwagi. Zaczęłam drapać ją za uchem, wyczuwając twardszą strukturę czaszki pod futrem. Jej reakcja była natychmiastowa. Całe cielsko zadrżało, a tylna łapa poruszyła się w śniegu w nieporadnym odruchu czystej przyjemności. Widok tego był tak absurdalnie uroczy, że poczułam, jak policzki mi płoną, a w piersi zbiera się ciepło nie mające nic wspólnego z temperaturą. Nie wiedziałam, jak długo to trwało. Czas naprawdę zwolnił. Śnieg opadał wolniej, para unosiła się leniwiej, a ja byłam całkowicie pochłonięta tą chwilą. Dopiero gdzieś na granicy świadomości pojawiła się myśl, że to właśnie tutaj, w tym dziwnym miejscu, u boku pustelnika i jego niedźwiedzia, zaczyna się coś nowego. Coś nieprzewidywalnego. I zamiast lęku poczułam ekscytację. Taką samą, jak wtedy, gdy po raz pierwszy zdecydowałam się wybrać ścieżkę trudniejszą, bardziej niebezpieczną, ale za to prawdziwą.
Zaskoczenie przyszło pierwsze i uderzyło mnie gwałtownie, niemal fizycznie. Umysł przez krótką chwilę nie potrafił złożyć obrazu w logiczną całość. Spokój miejsca, powolne kroki starca, para unosząca się znad gorących źródeł i nagle ta masa ruchu, ciężaru, dzikiej siły. Serce podeszło mi do gardła, a ciało samo napięło się do reakcji, jeszcze zanim zdążyłam cokolwiek przemyśleć. Byłam gotowa na atak, na krew na śniegu, na krzyk, na gwałtowne zerwanie tej ciszy, która wcześniej wydawała się niemal święta. I wtedy przyszło drugie uczucie, zupełnie niepasujące do rozsądku ani do sytuacji. Zdumienie zaczęło się rozmywać, a w jego miejscu pojawiła się czysta, dziecięca fascynacja. Patrzyłam na tego ogromnego niedźwiedzia i na starca, który wciąż się nie odwracał, jakby świat działał tu według zupełnie innych zasad. W mojej głowie coś przeskoczyło, jakby zamiast zagrożenia zobaczyłam dziwną, niemal bajkową scenę. Pustelnik w górach. Gorące źródła. Drewniana chatka. I on. Jego własny miś. Ogromny, potężny, ale w tej jednej chwili wcale nie przerażający, raczej… imponujący. Poczułam, jak w piersi robi mi się lekko, jakby wewnętrzne napięcie ustępowało miejsca zachwytowi, którego nie potrafiłam powstrzymać. Stałam tam, czując jednocześnie absurd tej myśli i jej siłę. Jak mała dziewczynka, która zamiast bać się potwora, chce podejść bliżej i zobaczyć go z bliska. W głowie pojawiło się jedno przeświadczenie, bardzo wyraźne i bardzo dziwne. Ten człowiek nie był zwykłym pustelnikiem. A to miejsce nie było tylko kolejnym przystankiem na naszej drodze. Coś we mnie mówiło, że właśnie trafiliśmy dokładnie tam, gdzie powinniśmy. -TO PAN MA MISIAAAAAAAAAAAAA?! - krzyknęłam z pełną fascynacją w głosie niczym mała dziewczynka, która właśnie zobaczyła coś najpiękniejszego na świecie, oczy się rozświetliły, buzia zostawała w opadzie, a pisk jeszcze się niósł przez chwilę po równinie. - -ALE SUPER, NARUMI NIC NIE MÓWIŁA, ŻE MA PAN MISIA, JEST CUDOWNY, ŚLICZNY, PUCHATY, WYTARMOSIŁABYM GO Z CAŁEJ SIŁY MOJĄ JEDYNĄ RĘKĄ! - przyklęknęłam na śniegu rozpostarłam szeroko ramiona w kierunku niedźwiedzia - -No chodź kochany, chodź Koneko Cię wygłaszcze za wszystkie czasy! Na pewno jest tutaj Ci zimno! - pełna fascynacja, można wręcz powiedzieć połączoną z odcięciem prądu, nie zwracałam już uwagi na te dziwne pięści, liczenie, dla mnie liczył się tylko ten śliczny misio. A ja emanowałam czystą słodyczą.
Szliśmy dalej, aż dotarliśmy do wypłaszczenia, które było pięknie malownicze. Zatrzymałam się na chwilę, jakby sam widok tego miejsca wymagał ode mnie ciszy i uwagi. Coś w tej scenerii było nienaturalnie spokojne. Drewniana chatka wyglądała jak obietnica schronienia, ciepła i bezpieczeństwa, a gorące źródła parujące wśród śniegu przyciągały wzrok niemal hipnotycznie. Poczułam, jak napięcie z długiej drogi na moment opada, jakby to miejsce chciało nas uśpić, przekonać, że tutaj nic złego nie może się wydarzyć. Starzec poruszający się powoli w centrum tego obrazu wydawał się częścią krajobrazu, jakby należał do gór tak samo jak drzewa i śnieg. Było w nim coś spokojnego, niemal świętego, coś, co sprawiało, że instynktownie nie chciałam zakłócać tej ciszy. I wtedy to zobaczyłam. Ruch, który nie pasował do tej harmonii. Ogromne, białe cielsko wyłaniające się zza chatki, zbyt szybkie, zbyt ciężkie, zbyt agresywne. Serce zabiło mi mocniej, a cała sielanka pękła jak cienki lód pod stopami. Niedźwiedź był potężny, jego kroki czułam niemal w kościach, a starzec wciąż szedł dalej, jakby nic nie istniało poza nim i wiadrem na lasce. W jednej chwili zrozumiałam, że to nie jest moment na wahanie. Dystans był spory, śnieg głęboki, ale nie mogłam pozwolić, by ta cisza została przerwana krwią. Skupiłam oddech, poczułam znajome napięcie chakry i jedno było dla mnie jasne. Musimy zareagować. Teraz. -NIEDŹWIEDŹ!!!!!!! - wrzasnęłam z całej siły Nie mogłam tylko na tym poprzestać, więc ruszyłam w te pędy, ale nic nie mogłam innego zaoferować, tylko hałas, więc darłam się jak oszalała, aby zwrócić na siebie uwagę tego zwierza. Jeśli wiedziałam, że nie dotrę na miejsce dostatecznie szybko, to łapię śnieg i staram się zrobić kulkę i nimi rzucać w niedźwiedzia, wszystko, byle żeby tylko dać staruszkowi czas na ucieczkę. Więc szarżowałam, darłam się i rzucałam w misia śniegiem!
Napór lawiny czułam całym ciałem, nawet zanim uderzyła w stworzoną przeze mnie barierę. Ziemia drżała, powietrze gęstniało od huku i ciężaru zbitego śniegu, a ja przez krótką chwilę miałam wrażenie, że góra postanowiła nas po prostu zmiażdżyć. Skupiłam się jednak na chakrze, na rytmie oddechu i na drewnie, które wyrosło spod naszych stóp. Mokuton odpowiedział stabilnie, twardo, jakby sam chciał nas ochronić. Czułam, jak energia przepływa przeze mnie i przez Shigemiego jednocześnie, jakbyśmy byli jednym mechanizmem. Gdy lawina napierała, w mojej głowie pojawiła się tylko jedna myśl, żeby wytrzymać jeszcze chwilę, jeszcze jeden oddech. Kiedy drżenie w końcu ustało, a cisza zapadła niemal boleśnie nagle, poczułam ulgę tak silną, że aż zakręciło mi się w głowie. Ciepło zgromadzone w drewnianej kopule kontrastowało z lodowatym powietrzem na skórze i uświadomiło mi, że naprawdę wyszliśmy z tego cało. Ostrożnie wydostaliśmy się tyłem, nie ryzykując zawalenia śniegu, i dopiero wtedy pozwoliłam sobie rozluźnić napięte mięśnie. I wtedy to usłyszałam, wymsknęło mu się! "Ko-cha-na" - przełknęłam ślinę i zarumieniłam się, jednak zanim coś powiedziałam jego już nie było!
Każdy kolejny odcinek gór przypominał, że zima nie zamierza nam niczego ułatwiać. Gdy opady się nasilały, świat zamieniał się w białą pustkę, w której istniał tylko następny krok i oddech. Nic mi nie przeszkadzało, ten jeden wyraz rozbrzmiewał w mojej duszy i moim serduszku ogrzewając mnie i dając radość i silną wolę. Gdy śnieg ustawał, krajobraz zachwycał swoją surową ciszą, oblepionymi bielą drzewami i zielenią igieł przebijającą się spod puchu. W pewnym momencie dostrzegłam w oddali delikatną smugę dymu unoszącą się nad płaskim fragmentem góry i poczułam ukłucie nadziei. To musiało być miejsce, do którego zmierzaliśmy. Nadzieja jednak szybko ustąpiła frustracji, gdy pod stopami poczułam gładki lód. Poślizgnęłam się niemal natychmiast, tracąc równowagę i lądując boleśnie na ziemi, a chwilę później obok mnie znalazł się Shigemi. Nic poważnego się nie stało, ale ten upadek był kolejnym przypomnieniem, że góry nie wybaczają nieuwagi. Siedząc na lodowatej nawierzchni i patrząc na stromą, oblodzoną drogę prowadzącą do dymu, zaczęłam się po prostu śmiać, na początku chichot, ale później już normalna głupawka. To był piękny dzień! Wiedziałam, że przed nami kolejna przeszkoda i że łatwe rozwiązania kuszą, jednak coś we mnie coraz wyraźniej pchało mnie ku trudniejszym wyborom. Ku drodze, która wymaga więcej, boli bardziej i jest niebezpieczna, ale prowadzi tam, gdzie naprawdę chcę dojść. Podobnie jak Shigemi skupiłam chakrę w stopach i ciągle chichając się pod nosem szłam za nim po tym paskudnym lodzie, ale chakra dodawała przyczepności.
Zmęczenie dawało się we znaki od dłuższego czasu. Zimno wżerało się w ciało mimo warstw ubrań, a każdy krok na stromym zboczu wymagał pełnego skupienia. Śnieg sypał gęsto, wiatr wciskał się pod kaptur, a pod butami raz po raz trafiała się zdradliwa mieszanka lodu i ubitego puchu. Podróż w górach zimą nie była tylko marszem do przodu. Była ciągłym zmaganiem się z terenem, z własnym ciałem i z koncentracją, która nie mogła opaść ani na moment. To właśnie chwila nieuwagi mnie zdradziła. Postawiłam stopę tam, gdzie pod cienką warstwą śniegu kryła się tafla lodu. Poślizgnęłam się gwałtownie, tracąc równowagę. Serce zabiło mi szybciej, instynktownie próbowałam się zatrzymać, czując jak grunt ucieka spod nóg. To potknięcie wyrwało mnie z rytmu marszu i zmusiło do spojrzenia w górę zbocza. Dopiero wtedy ją zobaczyłam. Ogromna masa zbitego śniegu toczyła się prosto na nas, nabierając prędkości z każdą sekundą. Chłód przestał mieć znaczenie. Zniknęło zmęczenie, zniknął ból. Zostało tylko czyste przerażenie i świadomość, że nie zdążymy uciec.
Krzyknęłam, zanim zdążyłam pomyśleć. -Shigemi! Szczur, Pies, Tygrys! - Wyciągnęłam rękę w jego stronę, czując jak chakra zbiera się we mnie mimo wyczerpania. Palce drżały, mięśnie paliły, ale pieczęć była jasna i pewna. Wiedziałam, że mnie zrozumie. Połączyliśmy ruchy w jednej chwili, jakbyśmy robili to od zawsze. Ziemia odpowiedziała głębokim, ciężkim pulsem. Mokuton wyrwał się spod śniegu gwałtownie. Grube pnie i splątane konary wyrosły przed nami i nad nami, zamykając się w solidną kopułę. Mokujōheki. Utrzymałam pieczęć z całych sił, czując jak resztki energii odpływają ze mnie razem z oddechem. Uderzenie przyszło chwilę później. Głuchy huk, wstrząs, śnieg eksplodujący na boki. Drewno zadrżało, ale wytrzymało. Stałam w środku osłony, dysząc ciężko, z zapachem świeżego drewna w płucach i lodowatym powietrzem na skórze. Dopiero wtedy dotarło do mnie, jak bardzo ta podróż nas testuje. Każdy krok mógł być błędem. Każda chwila zawahania mogła kosztować życie. A mimo to wiedziałam, że właśnie dlatego idę dalej.
Czułam, jak czas przyspiesza, choć dni zlewały się w jedno. Zima przyszła nagle i nie pytała o zgodę. Każdy tydzień drogi uczył mnie pokory wobec chłodu, zmęczenia i własnego ciała. Przygotowania były koniecznością, nie luksusem. Najpierw grube ubrania, potem drobiazgi, które robiły ogromną różnicę, ciepłe wkładki do butów, zioła na rozgrzewające napary, prowiant, który można było zjeść bez ognia. Czułam spokój wynikający z rozsądku. Dzięki temu droga nie była walką z chaosem, lecz długim, wytrwałym marszem. Woźnice, sanie, karczmy i małe wioski po drodze dawały chwilę wytchnienia. Każda noc pozwalała mi zebrać myśli i energię, a świadomość dobrze zaplanowanej wyprawy trzymała mnie w pionie.
Kiedy dotarliśmy pod pasmo górskie, poczułam respekt. Las był gęsty, ciężki od ciszy i historii, które zdawały się w nim tkwić. Wiedziałam, że nie brakuje tu zagrożeń, zwierząt, bandytów, urwisk i opowieści o duchach, ale strach nie był tym, co dominowało. Była raczej czujność i gotowość. Ruszyliśmy przed siebie, ufając pogodzie i światłu dnia. A potem ścieżka się rozdzieliła. Jedna wąska, stroma i bezpośrednia. Druga łagodniejsza, udeptana przez innych, bezpieczna. Zatrzymałam się i wsłuchałam w siebie. Pomyślałam o tym, że łatwa droga zawsze kusi obietnicą spokoju, ale rzadko prowadzi tam, gdzie naprawdę chcę dotrzeć. To, czego szukam, nie leży na traktach kupców. Leży tam, gdzie trzeba zaryzykować, zaufać własnej sile i zaakceptować niebezpieczeństwo jako część drogi. W ciszy lasu poczułam, że chcę wybrać ścieżkę trudniejszą. Bardziej stromą, bardziej wymagającą. Taką, która wystawi mnie na próbę i zmusi do wzrostu. Jeśli mam iść naprzód, to właśnie tam, gdzie droga nie obiecuje niczego łatwego. -Usagi-san, moja droga nigdy nie była tą po której wszyscy chodzą, las to nas sprzymierzeniec, a Pustelnik, nie może mieszkać we wsi! To by było BEZ SEEEEENSUUUU! - bardzo dosadnie zaintonowałam końcówkę, tak jakbym dokonała jakiegoś olbrzymiego odkrycia - -IDZIEMY DZIKĄ DROGĄ ! - ruszyłam dziarsko przed siebie wskazaną drogą.
Po przekroczeniu bramy południowej mróz uderzył we mnie mocniej. Powietrze paliło przy każdym wdechu i od razu zrozumiałam, że nie możemy iść tak, jak staliśmy. Przed nami były dni, może tygodnie drogi, a góry zimą nie wybaczały braku przygotowania. Obserwowałam, jak Shigemi rozgląda się po okolicy, jakby już w głowie układał plan, a ja po prostu szłam obok, ufając w jego rozsądek i czując, jak chłód przegryza mi się przez buty. Wkrótce trafiliśmy na handlarzy, którzy przygotowywali wozy i sanie. W ich towarzystwie zimno wydawało się mniej groźne, jakby oni sami byli przyzwyczajeni do takich warunków. Kupiliśmy grube koce z owczej wełny, te najcięższe, pachnące świeżą lanoliną. Kiedy owijałam się jednym z nich, poczułam, że mróz w końcu ma trudniej przebić się do skóry. Następnie Shigemi kupił buty i rękawice, dla naszej dwójki. Zakupiliśmy też zapas herbat i ziół, suszonych owoców, sucharów podróżnych, fasoli, słodyczy i nawet smalcu na czarną godzinę. Wszystko to było praktyczne, a przy tym budziło poczucie bezpieczeństwa. Na końcu odpieczętowaliśmy nasze płaszcze podróżne, które kiedyś przygotowaliśmy, gdyby przyszło nam ruszać w drogę w gorszych warunkach. W miejsce odpieczentowanych płaszczy zapieczentowałam suche drewno na rozpałkę oraz krzesiwo, drewna w lesie nigdy nie brakuje, ale suchego do ogniska zimą już może zabraknąć.
Wyczuwalny chłód towarzyszył nam od pierwszego kroku poza granicę wioski. Śnieg skrzypiał pod stopami tak głośno, jakby chciał nas ostrzec przed tym, co czeka dalej. Kiedy wiatr uderzył w nas prosto z otwartej przestrzeni, aż odruchowo owinęłam się szczelniej kocem. Wiedzieliśmy, że piesza wędrówka przez całą trasę mogłaby skończyć się odmrożeniami, dlatego po zakończeniu zakupów Shigemi zorganizował sanie. Fale zimnego powietrza uderzały w nas za każdym zakrętem, a ja czułam, jak dłonie zaczynają drętwieć mimo rękawic. Jednak z saniami dotarliśmy o wiele dalej niż dalibyśmy radę pieszo. W osadzie przy rozdrożu pożegnaliśmy furmana, uzupełniliśmy zapasy, ogrzaliśmy się w karczmie i wypoczęliśmy jedną noc. Gdy tylko nadarzyła się okazja, złapaliśmy kolejne sanie, prowadzone przez młodego chłopaka jadącego dalej na południe. Ciekawa byłam co ten Shunsuke potrafi, co mogłoby zmienić moje życie, może powinnam o to ją zapytać? W przypływie tych wszystkich emocji po prostu zapomniałam, a Shigemi, jak to Shigemi oczywiście wszystko olał.
Stałam pośród nich, otoczona przez dziesiątki znajomych twarzy, które w ostatnich miesiącach przestały być już tylko mieszkańcami wioski. To byli ludzie, których losy splotły się z moim i Shigemiego w sposób nieodwracalny. Czułam ich wdzięczność, choć nie potrzebowałam słów, by ją zrozumieć. Wystarczyło spojrzeć w ich oczy. W ich spojrzeniach była ulga, ale też smutek, jakby pożegnanie miało coś z końca pewnego rozdziału, który przyniósł tyle bólu, co nadziei. Ciepło ich dłoni, dotyk ramion obejmujących w geście podziękowania, dzieci tulące się nieśmiało do mojej nogi – wszystko to miało w sobie szczerość, jakiej nie pamiętałam od dawna. Kiedy podeszła Narumi, w mojej piersi ścisnęło się coś ciężkiego. Była zmęczona, lecz spokojna, zupełnie inna niż wtedy, gdy spotkaliśmy ją po raz pierwszy, ranną i zrozpaczoną na polanie. Teraz wyglądała dojrzalej, jak ktoś, kto przeszedł przez ogień i wyszedł z niego silniejszy. Gdy mnie objęła, nie potrafiłam powstrzymać drżenia w ciele. Poczułam, jak emocje z tygodni walki, strachu i odpowiedzialności skumulowały się w jednym, krótkim uścisku. Jej słowa o pustelniku, który mógłby mi pomóc, odbiły się echem gdzieś głęboko, tam, gdzie od dawna nie dopuszczałam nadziei. Spojrzałam na swój pusty rękaw, delikatnie poruszony wiatrem, i przez chwilę miałam wrażenie, że słyszę dźwięk liści – taki sam, jaki wydawały drzewa, kiedy po raz pierwszy próbowałam użyć Mokutonu po utracie ręki. Imię Shunsuke zabrzmiało w mojej głowie dziwnie znajomo, choć wiedziałam, że nigdy wcześniej go nie słyszałam. Może to przez ton Narumi, a może przez to, że po raz pierwszy od dawna ktoś powiedział mi wprost, że istnieje nadzieja. Nie wiedziałam, co myśleć. Jedna część mnie chciała wierzyć, że ów starzec faktycznie zna sposób, by przywrócić mi to, co straciłam, a druga obawiała się, że to tylko kolejna droga prowadząca donikąd. Kiedy ostatni raz spojrzałam na Narumi i ludzi, których uratowaliśmy, poczułam ciężar ich wdzięczności i nadziei spoczywający na naszych barkach. Pożegnałam ich uśmiechem – tym cichym, delikatnym, który był bardziej wyrazem wdzięczności niż radości. Potem ruszyliśmy ze Shigemim w stronę południowego horyzontu, gdzie góry rysowały się w błękicie. Wiedziałam, że to, co przed nami, nie będzie łatwe, ale w moim sercu tliła się iskra – coś pomiędzy wiarą a ciekawością. Może to właśnie tam, w cieniu wisterii, czekał na mnie początek nowej drogi. -To chyba nie mamy wyboru, ruszamy na południe Usagi-san! - spojrzałam na Narumi, podbiegłam do niej przytuliłam najmocniej jak tylko potrafiłam i dałam jej soczystego buziola w policzek. -Dziękuję, to będzie nasz pierwszy cel! - uszczypnęłam ją w boczek i z pełną radością odbiegłam od niej do Shigemiego. Pomachałam wszystkim na odchodne i ruszyliśmy ku południu...