Siedziałem przy ogniu jeszcze przez chwilę, starając się nie pozwolić myślom błądzić zbyt daleko. Burza na zewnątrz wciąż wyła między skałami, choć jej rytm zaczynał się zmieniać, raz przybierając na sile, raz na moment słabnąc, jakby sama góra zastanawiała się, czy pozwolić mi ruszyć dalej. Ogień trzaskał cicho, a jego światło tańczyło po ścianach jaskini, tworząc dziwne, nieregularne cienie. Ciepło powoli wracało do dłoni i twarzy, lecz zmęczenie wciąż siedziało głęboko w mięśniach, przypominając o drodze, którą już przeszedłem. Wiedziałem jednak, że nie mogę zostać tu zbyt długo, bo jeśli burza nie ustąpi, zapasy skończą się szybciej niż siły. W końcu podniosłem się ciężko i podszedłem bliżej wejścia do jaskini, próbując jeszcze raz ocenić sytuację. Wiatr wciąż był silny, lecz śnieg nie pędził już w tak szalonym tempie jak wcześniej. W górach takie chwile bywają zdradliwe, bo jedna chwila względnego spokoju potrafi poprzedzać jeszcze gorszą nawałnicę. Stałem przez moment, wsłuchując się w przestrzeń przed sobą, pozwalając, by odgłosy gór dotarły do mnie przez wycie wiatru. I wtedy usłyszałem coś innego. Krótki, ostry świst przeciął powietrze. Instynkt zadziałał szybciej niż myśl. Ciało napięło się natychmiast, a wzrok poderwał w kierunku dźwięku. Coś przecięło śnieżną zasłonę z ogromną prędkością. Nie był to kamień ani kawałek lodu niesiony przez wiatr, lecz ruch celowy, zdecydowany. Kolejny świst zabrzmiał jeszcze bliżej. Wtedy zobaczyłem je wyraźniej, gdy wyłoniły się z wirującego śniegu. Długie, ostre kolce lodu pędziły prosto w moją stronę, jakby ktoś wypuścił je z ukrycia z zamiarem przebicia mnie na wylot. Serce uderzyło mocniej, a świat na ułamek sekundy zwolnił. Poczułem znajome drżenie chakry budzącej się gdzieś głęboko wewnątrz, jakby ciało samo sięgało po zdolność, która nieraz ratowała mnie z opresji. Energia przepłynęła przez głowę i skupiła się w oczach, a w tej samej chwili moje spojrzenie zmieniło się, gdy w źrenicach rozlała się czerwień Sharingana. Czarny wzór tomoe obrócił się powoli w krwistej tęczówce, a nadlatujące kolce przestały być tylko błyskami w zamieci. Teraz widziałem je wyraźnie, każdy z osobna, każdą trajektorię, każdy fragment ich ruchu przecinającego powietrze. Sharingan skrzył się w moich oczach, a świat wokół stał się nagle wyraźniejszy mimo szalejącej zamieci. Wirujący śnieg przestał być przeszkodą, a nadlatujące kolce lodu nie były już chaotycznymi błyskami w burzy, lecz czytelnymi trajektoriami. Ruszyłem natychmiast, nie pozwalając sobie na zawahanie. Biegłem nisko, pochylony, przecinając śnieżną przestrzeń krótkimi, dynamicznymi krokami. Kolce wyrastały z ziemi jeden po drugim, przebijając śnieg ostrym trzaskiem, lecz dzięki Sharinganowi widziałem moment, w którym chakra zaczynała kumulować się w podłożu. Unikałem ich w ostatniej chwili, zmieniając kierunek biegu, przeskakując nad ostrymi formacjami lodu lub odbijając się od zlodowaciałych fragmentów skał. Warunki były fatalne do walki na dystans. Wiatr mógł zmienić tor każdego rzutu, a ograniczona widoczność sprawiała, że bukijutsu byłoby zwyczajną loterią. Dlatego skracałem dystans, poruszając się łukiem, by nie nadbiegać na przeciwniczkę frontalnie, lecz podejść ją od boku. W trakcie biegu zacząłem kumulować chakrę w dłoni. Energia gromadziła się w pięści, pulsując pod skórą i napinając mięśnie przedramienia. Gdy znalazłem się wystarczająco blisko, przyspieszyłem gwałtownie, przecinając ostatnią zasłonę śniegu i wyprowadzając poziome uderzenie z całą zgromadzoną energią. Chakra eksplodowała w momencie ruchu, gdy technika Taijutsu Raigyaku Suihei została uwolniona, niosąc potężny, bezpośredni cios wymierzony w moją oponentkę, połączenie Chakra Kogeki oraz techniki Taijutsu powinno przełamać pierwsze lody pomiędzy nami.chakra 115% - 9% = 106%jeśli zużyłem pigułkę
-2 pigułki dla Neko
-1 pigułka żywnościowa dla mnie, jeśli trzeba
Nazwa
Chakra Kōgeki
Ranga
C
Pieczęci
Brak
Zasięg
Bezpośredni
Koszt
A: 9% | S: 6% | S+: 3% (utrzymanie na turę)
Dodatkowe
Wymagana Kontrola Chakry A
Opis Niezwykłe jutsu medyczne polegające na wzmacnianiu eksplozywnej siły uderzeń użytkownika chakrą, a co za tym idzie - siły medyka. Im bieglejszy jest użytkownik w Iryōjutsu, tym więcej potrafi wykrzesać ze swojego ciała. Chakra uwalnia się z dłoni lub stopy użytkownika wzmacniając uderzenia, jednak nie wpływa to np. na możliwość udźwignięcia większych ciężarów czy na mocniejsze pchnięcia bronią. Dużą wadą tego wzmocnienia jest jego kosztowność na dłuższą metę. Chociaż siła techniki wiąże się z kontrolą chakry i wypuszczaniem jej w odpowiednim momencie, uzyskiwana Siła nadal podlega ograniczeniom Wytrzymałości postaci.
Bonusy Zależne od rangi Iryōjutsu:
C: +20 Siła
B: +30 Siła
A: +40 Siła
S: +50 Siła
Bonusy na każdej randze nie sumują się.
Dodatkowe Jest to ostateczna wersja techniki, nie dopuszcza się tworzenia Własnych Technik na bazie tego jutsu
Nazwa
Raigyaku Suihei
Ranga
B
Pieczęci
Brak
Zasięg
Bezpośredni
Koszt
Brak
Dodatkowe
Podczas wykonywania techniki: +30 Siły.
Opis Technika pomimo swojej prostoty jest bardzo silna. Ninja wykonuje proste pojedynczy horyzontalny cios zewnętrzną częścią dłoni lub przedramienia. Technika nie wymaga rozpędu i może zostać użyta w trakcie wymiany ciosów z oponentem, lub jako cios otwierający walkę.
Obudziłem się powoli, jakby ciało nie chciało jeszcze wracać do rzeczywistości. Przez chwilę nie wiedziałem nawet gdzie jestem, dopiero zimne powietrze wypełniające płuca i blade światło wpadające do jaskini przypomniały mi wszystko. Góry, samotna droga i noc spędzona przy ognisku, które teraz dogasało wśród popiołu. Podniosłem się ciężko i spojrzałem w stronę wejścia. To, co zobaczyłem, natychmiast odebrało resztki porannego spokoju. Zamieć już była tutaj. Śnieg nie opadał spokojnie, lecz pędził w szalonych wirach, niesiony przez wiatr tak silny, że zasłaniał wszystko dalej niż kilka kroków od jaskini. W takich warunkach wyjście byłoby szaleństwem. Nie chodziło tylko o zimno, do niego zdążyłem się już przyzwyczaić. Problemem była widoczność i wiatr, który potrafił przewrócić człowieka lub zepchnąć go ze zbocza zanim zdążyłby zareagować. Jeden zły krok na lodzie i cała droga mogła skończyć się kilkadziesiąt metrów niżej. Przysunąłem się bliżej żaru i rozgarnąłem popiół, sprawdzając czy ogień da się jeszcze ożywić. Kilka czerwonych punktów wciąż się tliło, więc dołożenie drobnych gałęzi wystarczyło, by płomień znów się pojawił. Ciepło powoli wracało do zdrętwiałych dłoni, ale nie dawało odpowiedzi na najważniejsze pytanie. Sięgnąłem do torby i jeszcze raz sprawdziłem zapasy. Kawałek suszonego mięsa, trochę ziół i resztka wody. Wystarczyłoby może na dzień, jeśli będę oszczędny. Potem spojrzałem na drewno zebrane poprzedniego wieczoru. Stos nie był duży. Wystarczy na kilka godzin solidnego ognia, może pół dnia jeśli będę palił oszczędnie. Na pewno nie na kilka dni. Oparłem głowę o chłodną skałę i przez chwilę słuchałem wycia wiatru, który odbijał się między ścianami gór jak głos czegoś ogromnego i cierpliwego. Rozsądek mówił, żeby przeczekać śnieżycę. Wyjście teraz było niemal samobójstwem. W takich warunkach łatwo zgubić drogę nawet na otwartym terenie, a kilka minut w zamieci potrafi odebrać orientację i siły. Problem w tym, że nie miałem pewności jak długo to potrwa. Jeśli burza potrwa dzień, dam radę. Jeśli dwa, zacznie brakować opału. Jeśli trzy, jaskinia stanie się tylko zimnym grobem. Zacisnąłem dłonie i jeszcze raz spojrzałem w białą ścianę śniegu za wejściem do jaskini. W takich miejscach decyzje nie są dramatyczne ani heroiczne, są proste i brutalne. Albo ruszyć w zamieć i ryzykować, że góra mnie pochłonie, albo zostać tutaj i liczyć, że zanim skończy się jedzenie i drewno, burza w końcu ustąpi. Iskra Siedziałem jeszcze przez dłuższą chwilę w milczeniu, patrząc w płomienie i słuchając wiatru, który raz po raz uderzał w wejście do jaskini. Zimne powietrze wdzierało się do środka krótkimi podmuchami, przynosząc ze sobą drobny śnieg, który topniał na kamiennej podłodze. Próbowałem myśleć spokojnie, odsunąć zmęczenie i głód na bok, choć oba coraz wyraźniej dawały o sobie znać. Każda decyzja tutaj miała swoją cenę. Ruszenie teraz oznaczało walkę z burzą, z lodem i własnym ciałem, które już wcześniej było na granicy wytrzymałości. Zostanie oznaczało powolne liczenie zapasów, drewna i czasu, którego nie potrafiłem oszacować. Podsunąłem kilka kolejnych gałęzi do ognia i obserwowałem, jak płomień rośnie, jakby chciał przypomnieć, że wciąż mam nad czym panować. Ogień dawał nie tylko ciepło. Dawał poczucie kontroli nad czymś w tym miejscu, gdzie prawie wszystko było poza moim wpływem. Wyjąłem z torby niewielki kawałek suszonego mięsa i odgryzłem fragment, powoli, starając się nie myśleć o tym, jak mało go zostało. Głód nie znikał, ale przynajmniej przestawał na chwilę rozdzierać brzuch. Podniosłem się i podszedłem bliżej wejścia do jaskini. Wiatr uderzył w twarz tak mocno, że odruchowo przymknąłem oczy. Śnieg wirował w powietrzu, tworząc gęstą, białą zasłonę. Nie było widać nawet linii zbocza, po którym wspinałem się wczoraj. Wszystko zniknęło pod jednym, bezkształtnym ruchem burzy. W takich warunkach nie tylko można się zgubić. Można zniknąć bez śladu, zanim ktokolwiek zdążyłby zauważyć błąd. Stałem tak przez chwilę, pozwalając wiatrowi przypomnieć mi, gdzie jestem. Potem wróciłem do ognia i usiadłem ciężko przy ścianie jaskini. Decyzja zaczęła się powoli klarować. Jeśli ruszę teraz, prawdopodobnie nie przejdę nawet kilku kilometrów. Jeśli poczekam, mam przynajmniej cień szansy, że burza osłabnie. W górach pogoda potrafi zmienić się szybciej, niż człowiek się spodziewa. Podciągnąłem płaszcz wyżej na ramiona i spojrzałem w ogień jeszcze raz. Postanowiłem przeczekać. Przynajmniej na razie. Będę pilnował płomienia, oszczędzał drewno i jedzenie, nasłuchiwał zmian w wietrze. Jeśli burza nie ustąpi do następnego dnia, wtedy będę musiał zaryzykować marsz w śnieżycy. Ale dopóki ogień się palił, dopóki jaskinia dawała schronienie, dopóty miałem czas. A w górach czas bywa cenniejszy niż siła.chakra 106% / 115% jeśli zużyłem pigułkę
-2 pigułki dla Neko
-1 pigułka żywnościowa dla mnie, jeśli trzeba
Zmrok zapadł nagle, jakby ktoś przeciął niebo ostrzem i zgasił światło bez ostrzeżenia. Śnieg przestał być tylko tłem. Stał się przeszkodą, ciężarem i przeciwnikiem. Każdy krok w górę był walką z własnym ciałem, które coraz wyraźniej przypominało o granicach. Palce u stóp zdrętwiały dawno temu, dłonie straciły czucie, a oddech wydobywał się z ust ciężki i nierówny. Głód zaczął być czymś więcej niż tylko dyskomfortem. Był jak pusta przestrzeń w środku, która pochłaniała siły szybciej niż zimno. Kiedy dostrzegłem wejście do jaskini, poczułem coś, co trudno było nazwać ulgą. To nie była radość. Raczej chwilowe zawieszenie walki. Schronienie nie oznaczało bezpieczeństwa, ale dawało szansę, by nie paść na śnieg i nie zamknąć oczu na zbyt długo. Wszedłem do środka powoli, ostrożnie, pozwalając wzrokowi przyzwyczaić się do półmroku. Kamienne ściany były zimne i surowe, lecz brak wiatru wydawał się niemal luksusem. Cisza nie była jednak przyjazna. Była czujna. Oparłem dłoń o ścianę i przez chwilę stałem bez ruchu, nasłuchując. W takich miejscach cisza nigdy nie jest pusta. Zawsze coś w niej oddycha, coś obserwuje, coś czeka. Tym razem jednak jaskinia wydawała się opuszczona. Płytka, sucha, wystarczająca. Idealna na kilka godzin przetrwania. Nie na odpoczynek. Na przetrwanie. Kiedy usiadłem przy ścianie, ciało natychmiast zaprotestowało. Mięśnie zaczęły drżeć, jakby dopiero teraz pozwoliły sobie poczuć zmęczenie. Zamknąłem oczy tylko na moment i natychmiast je otworzyłem. Sen był teraz wrogiem. Zimno tylko czekało, aż się poddam. W myślach wróciła jej twarz. Koneko. Ciepło źródeł, przy których została. I ta świadomość, że jeśli ja zawiodę, jeśli nie wrócę, zostanie tam sama z człowiekiem, którego jeszcze nie zna. To wystarczyło, by wstać. Rozpalenie ognia nie było wyborem. Było koniecznością. Wyszedłem na zewnątrz i zacząłem szukać czegokolwiek, co mogło się palić. Suche gałęzie pod śniegiem, kawałki martwego drewna, wszystko, co nadawało się do spalenia. Każdy ruch był ciężki, każde zgięcie kolan kosztowało więcej energii, niż powinno. Palce nie chciały współpracować, ale zmuszałem je do ruchu. Powoli. Uparcie. Gdy wróciłem do jaskini z naręczem drewna, usłyszałem to. Głuche uderzenia łap o śnieg. Daleko, ale zbyt wyraźne, by je zignorować. Jedno zwierzę. Może dwa. Nie skradały się. Szły pewnie, jakby znały ten teren lepiej ode mnie. Ogień przestał być komfortem. Stał się linią życia. Uklęknąłem i zacząłem pracować nad iskrą, skupiając resztki sił i precyzji, które jeszcze we mnie zostały. Każdy ruch musiał być dokładny. Każda sekunda miała znaczenie. W takich chwilach człowiek przestaje myśleć o wielkich celach, artefaktach i zadaniach. Liczy się tylko jedno. Przetrwać noc. Przetrwać do świtu. Przetrwać wystarczająco długo, by wrócić. Iskra pojawiła się dopiero po długiej chwili, jakby sama wahała się, czy w ogóle warto się narodzić. Drobne światło drgnęło między włóknami suchej kory, ledwie widoczne, kruche. Pochyliłem się nad nim natychmiast, osłaniając dłonią i własnym ciałem przed przeciągami zimnego powietrza. Oddychałem płytko, ostrożnie, jakby każdy zbyt mocny wydech mógł ją zdmuchnąć. Płomień chwycił powoli. Najpierw niepewnie, potem coraz śmielej, aż w końcu cienkie języki ognia zaczęły wspinać się po drobnych gałęziach. Ciepło nie przyszło od razu. Najpierw pojawił się tylko zapach dymu i trzask wilgotnego drewna, ale to wystarczyło, by napięcie w moich barkach odrobinę opadło. Usiadłem bliżej, wyciągając dłonie ku płomieniom, choć skóra na nich była tak zdrętwiała, że prawie nic nie czułem. Dźwięki na zewnątrz nie ucichły. Kroki były bliżej. Wolniejsze teraz, ostrożniejsze. Zwierzęta wyczuły ogień. Albo mnie. Przez moment patrzyłem w głąb jaskini, potem na wejście, gdzie cienie tańczyły od migotliwego światła. Każdy ruch płomienia tworzył nowe kształty na ścianach. Każdy mógł być czymś więcej niż tylko cieniem. Sięgnąłem do torby i sprawdziłem resztki zapasów. Niewiele. Twardy kawałek suszonego mięsa, odrobina wody, kilka ziół. Wystarczająco, by oszukać żołądek, nie by go nasycić. Oderwałem mały fragment i zmusiłem się do jedzenia powoli. Każdy kęs wymagał wysiłku. Ciało nie chciało przyjmować pokarmu, jakby uznało, że łatwiej będzie się poddać niż walczyć dalej. Nie mogłem na to pozwolić. Przymknąłem oczy na sekundę, pozwalając ciepłu ognia dotknąć twarzy. W głowie pojawił się obraz. Biała para unosząca się nad gorącymi źródłami. Śmiech, którego nie słyszałem od dawna. Jej sylwetka, stojąca w śniegu, z uporem większym niż góry wokół nas. To wystarczyło, by otworzyć oczy. Podsunąłem więcej drewna do ognia i oparłem się o skałę, nie pozwalając sobie na pełny odpoczynek. Sen czaił się tuż za granicą świadomości, kuszący, cichy. Zbyt cichy. Wiedziałem, że jeśli zasnę głęboko, mogę się już nie obudzić. Musiałem utrzymać czujność. Choćby resztkami sił. Na zewnątrz kroki zatrzymały się. Przez chwilę panowała cisza, tak gęsta, że niemal namacalna. Potem usłyszałem ciche parsknięcie, szelest śniegu, oddalające się ciężkie łapy. Ogień spełnił swoje zadanie. Na razie. Pozostałem w półsiedzącej pozycji, patrząc w płomienie, jakby w nich miała kryć się odpowiedź na to, co czeka mnie jutro. Szczyt wciąż był daleko. Artefakt wciąż istniał tylko jako obietnica. A ja byłem tylko człowiekiem, który w tej chwili próbował nie zamarznąć w pustej jaskini pośrodku gór. Noc miała być długa. Bardzo długa. A ja musiałem ją przetrwać, choćby każdy oddech był walką.chakra 106% / 115% jeśli zużyłem pigułkę
-2 pigułki dla Neko
-1 pigułka żywnościowa dla mnie, jeśli trzeba
Stałem nieruchomo, kiedy jego słowa opadły w śnieg jak ciężkie kamienie. Przez krótką chwilę nic nie powiedziałem. Nie dlatego, że nie miałem odpowiedzi. Dlatego, że musiałem ją w sobie uporządkować. Wiedziałem, że to nastąpi. Od chwili, gdy poczułem jego chakrę po raz pierwszy, było jasne, że nie pozwoli nam iść dalej razem. Ludzie tacy jak on nie uczą w obecności świadków. Nie przekazują swoich technik w tłumie. Oddzielają. Testują. Rozdzielają to, co związane, żeby sprawdzić, czy więź przetrwa dystans. Spojrzałem najpierw na niego, potem na wskazany szczyt. Biała grań rysowała się w oddali jak ostrze wbite w niebo. Wysoko, zimno, nieprzyjaznie. Idealne miejsce na próbę. Nie dla mięśni. Dla wytrwałości. Nie zapytałem, czym jest artefakt. Nie zapytałem, dlaczego ja. W jego głosie nie było propozycji, tylko decyzja. W jego świecie prośby nie istniały. Były tylko zadania. Powoli przeniosłem wzrok na Koneko. Przez moment wszystko inne przestało istnieć. Śnieg, wiatr, starzec, góra. Tylko ona i to ciche napięcie między nami, którego nie trzeba było nazywać. Wiedziałem, że nie podoba jej się ten podział. Mnie też nie. Po Nagano obiecałem sobie w ciszy, że już nigdy nie zostawię jej tam, gdzie nie będę mógł zareagować. A jednak właśnie to się działo. Zacisnąłem lekko szczękę, czując znajome ukłucie sprzeciwu. Instynkt kazał zostać. Pilnować. Obserwować każdy ruch pustelnika. Każde jego spojrzenie. Ale to nie była moja decyzja do podjęcia. Jeśli miał ją nauczyć, musiał ją najpierw uznać za godną nauki. A to oznaczało samotność. Wypuściłem powoli powietrze, które od razu zamieniło się w bladą parę. Nie kłóciłem się. Nie negocjowałem. To byłoby dziecinne i bezużyteczne. Zamiast tego skinąłem głową, raz, krótko. Przyjąłem warunek tak, jak przyjmuje się zimno w górach. Bez protestu. Z pełną świadomością, że opór nic nie zmieni. Podszedłem o krok bliżej Koneko, zatrzymując się tuż obok niej o wcisnąłem jej do ręki dwie pigułki żywnościowe, tak na zaś, wiedziałem, że w tej pogodzie i takim treningu kalorii nigdy za wiele. Uśmiechnąłem się, to było na tyle, wystarczyło, że znalazłem się w zasięgu głosu, który i tak był ledwie szeptem. Powiedziałem tylko, że wrócę. Bez patosu. Bez obietnic, których nie trzeba było wypowiadać. Potem odsunąłem się z powrotem. Spojrzałem jeszcze raz na Shunsuke. Tym razem bez emocji, bez cienia sprzeciwu. Tylko spokojna gotowość. Jeśli to była cena za jej przyszłość, przyjmowałem ją bez wahania. Odwróciłem się w stronę wskazanego szczytu. Wiatr uderzył od razu w twarz, ostry i lodowaty, jakby góra już próbowała mnie odepchnąć. Śnieg pod butami skrzypnął głucho, gdy postawiłem pierwszy krok. Nie oglądałem się długo. Tylko raz, krótko. Wystarczyło, żeby upewnić się, że stoi prosto, że nie cofnęła się ani o krok. Potem ruszyłem. W górę, w biel, w zimno, które nie wybacza błędów. Jeśli na szczycie czekał artefakt, zdobędę go. Jeśli czekała próba, przejdę ją. Bo jeśli ten starzec miał nauczyć ją walczyć mimo straty, ja musiałem udowodnić, że potrafię wrócić.
Śnieg skrzypiał pod stopami z każdym kolejnym krokiem, ale po pewnym czasie nawet ten dźwięk przestał do mnie docierać. Zostało tylko jednostajne parcie naprzód. Jedna noga przed drugą. Oddech. Kolejny krok. Nic więcej. Już po pierwszej godzinie poczułem, jak zimno zaczyna wgryzać się głębiej niż w skórę. Najpierw w palce dłoni, potem w stopy. Rękawice dawno przestały wystarczać, a wiatr bezlitośnie wciskał się pod warstwy ubrań, jakby szukał drogi prosto do kości. Każdy wydech zamieniał się w ciężką, wilgotną parę, która natychmiast osiadała na szaliku i zamarzała cienką warstwą lodu. Zapasy kończyły się szybciej, niż zakładałem. Ostatnie racje były już tylko skromnym wspomnieniem przygotowań sprzed kilku dni. Zjadłem je bez celebracji, bardziej z obowiązku niż potrzeby. Głód nie znikał. Zamiast tego osiadał gdzieś głęboko i zaczynał ciążyć, jakby ktoś przywiązał do wnętrza ciała kamień. Pusty żołądek odbierał ciepło, a ciało spalało resztki energii, próbując utrzymać tempo. Ścieżka przestała istnieć dawno temu. Została tylko nierówna powierzchnia, gdzie lód i śnieg mieszały się w zdradliwą warstwę. Kilka razy noga uciekła mi spod ciężaru. Raz runąłem na kolano tak mocno, że przez chwilę widziałem tylko biel i czarne plamy tańczące przed oczami. Nie wstałem od razu. Musiałem odczekać, aż puls w skroniach przestanie dudnić jak młot. Wiatr nasilał się wraz z wysokością. Na otwartych fragmentach zbocza uderzał z taką siłą, że momentami musiałem pochylać się do przodu, niemal opierając ciężar ciała o powietrze. Czasami miałem wrażenie, że góra oddycha przeciwko mnie, jakby każde podmuch było świadomą próbą zepchnięcia mnie w dół. Zmęczenie zaczęło osiadać w mięśniach jak ołów. Najpierw w udach, potem w plecach, wreszcie w barkach. Każdy krok wymagał decyzji. Każde uniesienie stopy było drobnym zwycięstwem nad ciężarem własnego ciała. Zatrzymywałem się rzadko, bo wiedziałem, że dłuższy postój oznacza zdradę. Ciało szybko stygnie, kiedy przestaje się poruszać. A wtedy ponowne ruszenie kosztuje dwa razy więcej.
Mimo to kilka razy musiałem oprzeć dłoń o skałę i zamknąć oczy. Nie po to, żeby odpocząć. Po to, żeby zebrać myśli, które zaczynały się rozmywać. Głód i zmęczenie potrafią rozciągać czas w dziwny sposób. Kilometry przestają mieć znaczenie. Liczy się tylko najbliższy odcinek. Najbliższe dziesięć kroków. Szczyt wydawał się nieruchomy, a jednocześnie nieosiągalny. Niezależnie od tego, jak długo szedłem, wciąż znajdował się gdzieś ponad linią widnokręgu. Jakby cel celowo odsuwał się o kolejny fragment drogi. Samotność była najgorsza. Nie cisza. Do ciszy byłem przyzwyczajony. Chodziło o świadomość, że nikt nie idzie obok, że nie ma drugiego oddechu zsynchronizowanego z moim, że każdy błąd należy tylko do mnie. W takich warunkach nawet myśli zaczynają ważyć więcej. Zacisnąłem zęby, czując, jak szczęka drży z wysiłku i zimna. Nie mogłem pozwolić sobie na zatrzymanie. Nie teraz. Nie kiedy już przeszedłem tyle. Krok po kroku. Jeśli góra chciała mnie złamać, będzie musiała spróbować mocniej, ale nie miałem wyjścia, musiałem się pożywić, jeśli nie widziałem niczego do upolowania i żadnej jaskini, aby się schować, rozpalić ogień i się ogrzać to biorę jedną z moich pigułek żywnościowych.chakra 106% / 115% jeśli zużyłem pigułkę
-2 pigułki dla Neko
-1 pigułka żywnościowa dla mnie, jeśli trzeba
Ziemia jeszcze lekko drżała pod stopami, kiedy uniosłem wzrok na Shunsuke. To drżenie nie było już efektem techniki, lecz czymś, co pozostało w ciele po nagłym przypływie potężnej chakry. W powietrzu nadal wisiało napięcie, ciężkie i gęste jak zimowa mgła. Jego pokaz nie był popisem próżności ani próbą zastraszenia dla samej satysfakcji. To było ostrzeżenie. Nie dla nas jako wrogów, lecz dla nas jako potencjalnych uczniów. W jednej chwili przypomniał nam, że góra nie wybacza słabości, że tutaj każdy błąd kosztuje więcej niż dumę, a on sam nie jest bezradnym starcem, który potrzebuje litości czy współczucia. Kiedy złożył połowiczne pieczęci i przywołał klony jedną ręką, poczułem coś więcej niż podziw. To było zrozumienie, które przyszło nagle i uderzyło mocniej niż jakiekolwiek jutsu. On nie demonstrował siły, bo nie musiał jej nikomu udowadniać. Demonstrował drogę. Drogę, która zaczyna się dokładnie w chwili utraty, w momencie, gdy coś zostaje odebrane bez pytania o zgodę. Drogę, która nie kończy się na kalectwie ani na żalu, lecz zmusza do przekroczenia własnych ograniczeń i przepisania zasad od nowa. Spojrzałem na Koneko. Jeszcze przed momentem śmiała się jak dziecko, wtulona w białe futro Yuny, jakby świat był prosty i łagodny, jakby śnieg był tylko śniegiem, a nie przeszkodą. W jej śmiechu było coś czystego, coś, czego nie widziałem w niej od czasu Nagano. Teraz jednak stała w aurze, która przygniatała nawet mnie, a przecież niejedno już widziałem i niejedno przetrwałem. Śnieg opadał wolniej, jakby respektował granicę jego mocy, a powietrze było ciężkie od chakry starego pustelnika. To nie była groźba wymierzona w nas. To była próba. Próba charakteru, determinacji i szczerości. -Imponujące, widziałem w swoim życiu wiele, ale czegoś takiego jeszcze nie. Sam z chęcią bym to opanował, ale nie o mnie chodzi tym razem.
Wiedziałem, że Shunsuke nie patrzy głównie na mnie, ale zapewne przez chwilę mierzy mnie wzrokiem, sprawdza, czy jestem kolejnym młodzieńcem z dumą większą niż umiejętności, czy kimś, kto rozumie wagę tej prośby. Pozwoliłem mu patrzeć. Nie odwracałem wzroku, nie unikałem jego oceny. Jeśli miał mnie osądzić, niech zrobi to w pełnym świetle. Jeśli uzna, że nie jesteśmy warci jego czasu, odejdziemy. Zniosę to bez sprzeciwu. Ale jeśli zobaczy w niej tę samą determinację, którą sam kiedyś musiał w sobie wykuć, jeśli dostrzeże w niej nie ofiarę, lecz wojowniczkę, wtedy ta góra stanie się początkiem czegoś nowego. A ja będę stał obok. Nie jako tarcza, nie jako ktoś, kto walczy za nią. Jako świadek jej drogi i ktoś, kto będzie pamiętał, że to tutaj, w zimowej ciszy, wszystko mogło się zmienić. Nie odpowiedziałem za nią. Nie mogłem i nie powinienem. Zrobiłem jedynie pół kroku w tył, niemal niezauważalny gest, który oddawał jej przestrzeń. Jeśli przyszliśmy tu po pomoc, to nie ja miałem ją wywalczyć. To nie moja rana miała zostać przepracowana. Mogłem stać obok, mogłem wspierać, mogłem osłaniać, ale decyzja należała do niej. Spojrzałem na jego pusty rękaw, a potem na brakującą kończynę Koneko. Nie było w tym spojrzeniu współczucia ani smutku. Było uznanie dla drogi, którą już przeszła, i dla tej, którą dopiero miała rozpocząć. Ona nie przyszła tu, żeby się bawić ani szukać pocieszenia. Przyszła, bo nie chce być chroniona. Chce móc chronić innych. Chce stanąć naprzeciw zagrożenia bez poczucia, że czegoś jej brakuje. Moje dłonie spoczywały swobodnie przy bokach, lecz każdy mięsień był gotów do reakcji, gdyby aura znów przybrała ostrzejszy ton. Nie z powodu strachu. Z powodu odpowiedzialności. Odpowiedzialności za to, że sprowadziłem ją tutaj i że stoję obok niej w tej chwili. -Nie ja Cię będę o to prosić, nie jest to moja podróż ku odkupieniu. Ona musi sama to zrobić, jednak Shunsuke, chciałbym Cię tylko prosić o jedno, bądź wyrozumiały dla niej. To jest najkochańsza istota pod słońcem, ale czasem baaardzo specyficzna. - uśmiechnąłem się lekko zakłopotany.chakra 106%
Przez krótką chwilę stałem nieruchomo, jakbym dopiero teraz mógł pozwolić sobie na pełny oddech. Napięcie, które jeszcze moment temu ściskało mi kark i ramiona, powoli opadało, choć nie znikało całkowicie. Zbyt wiele się wydarzyło w zbyt krótkim czasie, by ufać ciszy bezwarunkowo. Patrzyłem na Shunsuke uważnie, już bez gotowości do walki, ale też bez naiwności. To nie był człowiek, którego można było zlekceważyć tylko dlatego, że opuścił gardę. Widok Koneko klęczącej w śniegu obok ogromnego niedźwiedzia był tak absurdalny, że przez moment miałem wrażenie, iż to ja wpadłem w jakieś genjutsu. Jeszcze przed chwilą bestia mogła zmiażdżyć starca jednym ruchem łapy, a teraz tarzała się w śniegu jak rozbawione szczenię. Uświadomiłem sobie wtedy, jak cienka granica dzieli grozę od spokoju i jak często decyduje o tym jedno imię wypowiedziane we właściwym momencie. Kiedy Shunsuke zapytał o Narumi, poczułem w jego głosie coś, czego wcześniej nie było. Tęsknotę ukrytą pod warstwami nieufności. To wystarczyło, bym zrozumiał, że nie stoimy już przed wrogiem, lecz przed kimś, kto chroni to, co mu pozostało. Skłoniłem się raz jeszcze, tym razem głębiej i bez pośpiechu, a gdy podniosłem wzrok, mówiłem spokojnie, bez ozdobników. -Narumi-chan ma się dobrze, poznaliśmy ją, gdy podczas naszej podróży wioska Nagano została zaatakowana przez gang rzezimieszków, udało się ich pokonać, część pojmać, część pozabijać, ale wielu mieszkańców niestety poległo. Zostaliśmy, aby pomóc im się odbudować i chronić ich przed zemstą, która na szczęście nie nadeszła. Ależ gdzie moje maniery. Nazywam się Shigemi, Shigemi Uchiha - medyk z Kotei, a moja towarzyszka to Senju Koneko. Narumi-chan na odchodne powiedziała, że możesz pomóc mojej towarzyszce, bo jak widzę dzielicie wspólny los... - spojrzałem niby przypadkiem, ale zauważalnie na jego rękę, a właściwie jej brak. Patrzyłem, jak Shunsuke zatrzymał na nich wzrok i nie był to już wzrok strażnika ani pustelnika gotowego odeprzeć intruzów. Było w nim coś miękkiego, niemal kruchego, jakby przez ułamek sekundy zapomniał, gdzie jest i kim się stał przez te wszystkie lata. Koneko klęcząca w śniegu i ogromna Yuna wtulająca pysk w jej dłoń tworzyły obraz, który nie pasował do surowości tego miejsca, a jednak idealnie się w nie wpisywał. Jakby góra sama chciała przypomnieć mu, że życie nie zawsze musi być walką ani samotną wartą. Wtedy zrozumiałem to bardzo wyraźnie i bez żadnych wątpliwości. To spotkanie nie było dziełem przypadku ani ślepym trafem. Nie przyszliśmy tu tylko dlatego, że Narumi wskazała drogę, ani dlatego, że szukaliśmy pomocy. Przyszliśmy, bo coś w Koneko poruszyło strunę, która w nim nigdy do końca nie zamilkła. Jeśli Shunsuke zdecyduje się nam pomóc, zrobi to nie dlatego, że uzna nas za godnych, ani dlatego, że poczuje się zobowiązany. Zrobi to, bo zobaczy w niej echo kogoś, kogo kiedyś chronił, kogoś, komu być może nie zdołał pomóc wtedy, gdy było trzeba.Uśmiechnąłem się pod nosem, widząc tę dwójkę w śniegu, tak absurdalnie szczęśliwą i beztroską w miejscu, które jeszcze chwilę temu mogło stać się polem walki. Ten obraz był cichy, ale uderzył mnie mocniej niż jakikolwiek krzyk. Widziałem zbyt wiele smutku w oczach Koneko w ostatnich tygodniach, nawet jeśli robiła wszystko, by tego nie okazywać. Nagano ją zmieniło. Nie złamało, ale zostawiło ślad, którego nie dało się już cofnąć. Teraz po raz pierwszy od dawna widziałem w niej coś lżejszego, jakby ciężar na chwilę zsunął się z jej ramion. Przeciągnąłem dłonią po kruczoczarnych włosach i podrapałem się po głowie w tym starym, odruchowym geście, który zawsze pojawiał się wtedy, gdy emocje zaczynały mnie doganiać. Wypuściłem powietrze wolno, głęboko, uświadamiając sobie, jak blisko byliśmy katastrofy. O centymetry. O jeden nieprzemyślany ruch, jedno złe założenie, jedną pochopną reakcję. Wszystko przez to, że uznaliśmy sytuację za oczywistą, a świat już dawno nauczył mnie, że oczywistości są najbardziej zdradliwe. Staliśmy teraz w śniegu, cali i bezpieczni, ale wiedziałem, że to był moment graniczny. Taki, po którym albo zyskuje się sojusznika na całe życie, albo wroga, którego nigdy nie da się już zrozumieć. I po raz pierwszy od dawna miałem przeczucie, że tym razem los odwrócił się w dobrą stronę.chakra 106%
Serce uderzyło mi mocniej, kiedy złote światło rozlało się po śniegu i na moment oślepiło zmysły. To nie była zwykła technika ani improwizacja kogoś, kto broni się w panice. To było coś wyćwiczonego, ukształtowanego latami, pewnego siebie do granic arogancji albo spokoju, który rodzi się dopiero wtedy, gdy nie trzeba już niczego udowadniać. W jednej chwili zrozumiałem, jak bardzo pomyliłem się w ocenie tego starca. Cała ta powolność, chwiejny krok, siwa broda i laska były tylko warstwą, cieniem rzuconym na coś znacznie potężniejszego. Cofnąłem instynktownie napięcie z ramion, nie dlatego że się bałem, ale dlatego że atak w tej chwili byłby zwykłą głupotą. Kiedy jedna z gigantycznych dłoni skierowała się w moją stronę, poczułem na skórze nacisk chakry, ciężki i gęsty, jakby powietrze zgęstniało do postaci ściany. Niedźwiedź przestał być problemem. Stał się tylko dodatkiem do sytuacji, narzędziem albo strażnikiem. Cała uwaga skupiała się teraz na człowieku, którego przyszliśmy znaleźć. Na Shunsuke. Wiedziałem już, że jeśli źle dobiorę słowa, jeśli pozwolę emocjom przejąć stery, nie będzie drugiej szansy. Pięć sekund w ustach kogoś takiego brzmiało jak wyrok, nie ostrzeżenie. Gdy padło cztery, zrobiłem krok do przodu, powoli i wyraźnie, tak aby nie pozostawić wątpliwości co do intencji. Dłonie uniosłem nieznacznie, otwarte, bez napięcia, pokazując że nie składam pieczęci i nie szykuję żadnej techniki.
Wybrałem jedną, mam nadzieję, że właściwą odpowiedź: -Nie mamy złych zamiarów! Przysyła nas Narumi z Wioski Nagano! Nie atakowaliśmy Was, chcieliśmy odstraszyć niedźwiedzia, ale jak widziałeś nic z tego co próbowaliśmy zrobić nie wyrządziłyby mu trwałej krzywdy, to nie jest codzienność widzieć go oswojo... - w tym momencie urwałem, bo zobaczyłem i usłyszałem co się wyprawia po mojej prawicy i zamarłem. Koneko oszalała na punkcie niedźwiedzia. Ja nie wiedziałem co się dzieje ani jak się zachować. Na takie coś nie przygotuje cię nikt ani nic. Zszokowany pewnie tak samo jak Pustelnik, jedyne co zrobiłem to po prostu skłoniłem się nisko w tradycyjnym przepraszającym geście. Ciężko było mi wymyślić coś innego sensownego. Walka nie miała sensu, nie byliśmy tutaj żeby walczyć m byliśmy tutaj po to, żeby pomóc Koneko, której jeśli wyjdziemy z tego bez szwanku obiecuję natrę uszy, paszczaka i dupsko śniegiem! Serce biło mi mocno, zimne powietrze troszeczkę schładzało mi głowę, ale problem był taki, że w przeprosinymowym ukłonie nie widziałem przeciwnika, musiałem skupić się na tym co słyszę. Wyczuliłem swój słuch go maximum. Starałem się dosłyszeć najmniejszy szmer, najmniejszy świst powietrza. Mieliśmy przesrane na własne życzenie, ale kto mógł pomyśleć, że facet może mieć oswojonego niedźwiedzia polarnego. Niestety teraz już było za późno na analizę i czekała nas chwila grozy, która mam nadzieję przerodzi się w zwykłe nieporozumienie.
Przez ułamek sekundy wszystko to, co wydarzyło się chwilę wcześniej między nami, jeszcze we mnie rezonowało. To jedno słowo, wyrwane z ust bez planu i bez kalkulacji, wciąż paliło gdzieś pod żebrami, jakby zdradziło więcej, niż byłem gotów przyznać nawet samemu sobie. Zimno przestało mieć znaczenie, a śnieg, wiatr i zmęczenie zeszły na dalszy plan, bo świadomość jej obecności tuż obok była dziwnie… stabilizująca. Niekomfortowa w swojej szczerości, ale prawdziwa. Nie chciałem tego analizować. Wiedziałem tylko, że jeśli teraz się zatrzymam myślami, stracę czujność, a w górach to luksus, na który nie można sobie pozwolić. Kiedy dostrzegłem chatkę i unoszący się dym, poczułem ulgę tak wyraźną, że aż podejrzaną. Zbyt spokojny obraz jak na miejsce, które według opowieści miało być nieprzystępne i surowe. Gorące źródła wyglądały jak sen, jak coś, co nie powinno istnieć w takiej scenerii, a jednak było tam, realne, parujące, kuszące. Właśnie ta cisza i ten spokój sprawiły, że w mojej głowie zapaliła się lampka ostrzegawcza. Natura rzadko bywa łaskawa bez powodu, a miejsca, w których czas zdaje się płynąć wolniej, zwykle mają swoją cenę.
Starzec pojawił się w moim polu widzenia niemal niezauważalnie, jakby był częścią krajobrazu od zawsze. Jego ruchy były powolne, ale pewne, jakby znał każdy fragment tej ziemi na pamięć i nie musiał się spieszyć, bo góra i tak do niego należała. Już miałem się odezwać, już chciałem zrobić krok naprzód, kiedy coś w tle poruszyło się zbyt gwałtownie, zbyt ciężko. Widok ogromnego niedźwiedzia wbijającego się biegiem w ten spokojny obraz sprawił, że serce uderzyło mi mocniej, a całe ciało natychmiast przeszło w stan gotowości. Nie było czasu na wahanie ani na ocenianie odległości w bezpieczny sposób. Widziałem, jak zwierzę zbliża się do starca, widziałem jego masę i determinację, i widziałem też kompletny brak reakcji u tego, który miał stać się ofiarą. W tej jednej chwili zrozumiałem, że to nie jest test siły, tylko decyzji. Czy wierzyć, że ten człowiek wie, co robi, czy rzucić się naprzód, ryzykując, że wchodzę w coś, czego jeszcze nie rozumiem. Spojrzałem kątem oka na Koneko i już wiedziałem, że nie pozwolę, byśmy stali bezczynnie. Jeśli to miejsce miało nas przyjąć, to nie przez obojętność. A jeśli miało nas odrzucić, to przynajmniej spróbujemy ochronić kogoś, kto wyglądał, jakby nie miał już siły nawet się odwrócić. Wiedziałem, że jestem za daleko i bieg na nic się nie zda. więc wyciągnąłem trzy kunaie , do jednego z nich przyczepiłem bombkę świetlną i cisnąłem prostopadle w górę go, następnie rzuciłem drugi kunai, aby nadać kierunek pomiędzy niedźwiedziem a pustelnikiem, a następnie dorzucam kolejny kunai, aby przyspieszyć lot tego kunaia, gdy się znajdzie pomiędzy pustelnikiem, a niedźwiedziem odpalam bombkę świetlną, aby oślepić misia, chyba, że sytuacja wskaże na coś innego, to mogę się wstrzymać z detonacją.
chakra 106%
Nazwa
Hikō keiro
Ranga
B
Pieczęci
Brak
Zasięg
Zasięg rzutu zależy od samego użytkownika
Koszt
Brak
Dodatkowe
Percepcja powyżej 140 | Podczas wykonywania techniki: +30 Percepcji.
Opis Zaawansowana technika shurikenjutsu polegająca na zmienieniu trajektorii lecącej broni za pomocą innej broni. Trafiając w locie kunaia za pomocą innego, możliwym jest znacząca korekta lotu tego pierwszego, nawet o 90 stopni, tym samym kierując drugi w pożądanym kierunku. Broń może niespodziewanie całkowicie skręcić, co zaskoczy przeciwnika który właśnie wykonał unik i uważał się za bezpiecznego. W przeciwieństwie do techniki Sōshuriken no Jutsu, zmianie ulega nie tylko kierunek, ale i siła. Broń uderzona inną znacząco zwiększa swoją prędkość, dodatkowo nie potrzeba żyłki. Sama technika jest jednak znacznie trudniejsza do wykonania z uwagi na ogromne wyczucie niezbędne do odpowiedniego odbicia broni.
Przez krótką chwilę wszystko we mnie było napięciem. Lawina uderzająca w drewnianą kopułę brzmiała jak koniec świata, jakby góra postanowiła sprawdzić, czy naprawdę mamy prawo po niej stąpać. Stałem nieruchomo, z dłonią pełną chakry, gotów w każdej chwili uderzyć, rozerwać śnieżną masę własną siłą, jeśli tylko drewno zacznie pękać. W głowie nie było heroizmu ani brawury, była czysta koncentracja i cicha obawa o to, czy Koneko nie przeceniła swoich możliwości. Czułem ciepło zbierające się wewnątrz bariery, kontrastujące z lodowatym powietrzem wciskającym się przez szczeliny, i dopiero gdy drżenie ustało, pozwoliłem sobie na wydech, którego wcześniej nawet nie zauważałem, że wstrzymywałem. Kiedy zorientowałem się, że lawina spłynęła dalej, a my wciąż stoimy, poczułem ulgę tak wyraźną, że aż nieprzyjemną. Złość na samego siebie też się pojawiła, bo przez moment byłem gotów rozwalić wszystko dookoła, zamiast zaufać jej zdolnościom do końca. Spojrzałem na ściany kopuły, na śnieg osuwający się powoli, już bez impetu, i dotarło do mnie, że wyszliśmy z tego tylko dlatego, że nie próbowaliśmy być bohaterami na siłę. To było jedno z tych cichych zwycięstw, które nie mają fanfar, ale zostają w pamięci na długo. - Świetna robota Kochana! Moglibyśmy tutaj szczeznąć... - wyrwało mi się chyba w tej euforii, szybko odwróciłem wzrok, a następnie wyszedłem tylnym wyjściem z kopuły i ruszyłem dalej.
Dalsza droga nie przyniosła ukojenia. Każdy krok w górę był walką z własnym ciałem, z zimnem wżerającym się w palce i z krajobrazem, który raz zachwycał, a raz odbierał orientację. Kiedy widziałem białą ścianę śniegu przed sobą, myślałem tylko o tym, żeby iść dalej, bez zastanawiania się, czy to ma sens. Gdy opady słabły i odsłaniały drzewa oraz pagórki, na moment wracało poczucie spokoju, jakby góra dawała nam chwilę oddechu w zamian za wytrwałość. Wtedy też dostrzegłem dym w oddali i poczułem coś na kształt nadziei, cichej i ostrożnej, bo w takich miejscach nawet nadzieja potrafi być zdradliwa.
Upadek na lodzie był brutalnym przypomnieniem, że zima nie wybacza nieuwagi. Siedząc na zimnym podłożu, obolały i zirytowany, patrzyłem na tę zdradliwie gładką powierzchnię i wiedziałem jedno. Teraz nie liczyła się szybkość ani skracanie drogi. Łatwiejsza ścieżka była jedyną rozsądną opcją, bo w tych warunkach każdy błąd mógł kosztować więcej niż tylko siniaki. Jeśli mieliśmy dotrzeć do tego miejsca z dymem nad dachem, musieliśmy wybrać drogę, która pozwoli nam przeżyć, a nie taką, która wyglądała na ambitniejszą. W górach ambicja bardzo często kończy się pod warstwą śniegu. Westchnąłem cicho, a następnie skupiłem chakrę w stopach, postanowiłem spróbować klasycznych rozwiązań - Kinobiri no Waza zostało aktywowane na moich stopach, abym mógł lepiej utrzymać równowagę. Miałem nadzieję, że to wystarczy, jednak stąpałem powoli i ostrożnie.
Nazwa
Kinobori no Waza
Ranga
E
Pieczęci
Brak
Zasięg
Na ciało
Statystyki
Koszt
Minimalny, nieodczuwalny
Dodatkowe
Brak dodatkowych wymagań
Opis Technika pozwala na odpowiednią kumulację chakry, dzięki czemu ninja może się poruszać po powierzchniach niedostępnych dla normalnych ludzi - w zakres tych umiejętności wchodzi zarówno chodzenie po ścianach i sufitach, jak i chodzenie po wodzie. Technika nie pozwala na unikanie technik wymagających wejścia w nie.
Zanim odniosę się do reszty chciałbym się dopytać, czy temat medykamentów / substancji wspomagających jest brany pod uwagę, czy to umiera? Chciałem grać alchemikiem.
Co do UN myślę, że dwa poziomy to dużo, ALE jednak to dalej będzie niszowa UN i myślę, że dobrze by było jakby dawała dwa poziomy.
Gdy żywioł w końcu dał o sobie znać, nie było w tym żadnego zaskoczenia, tylko potwierdzenie obaw. Zobaczyłem, jak Koneko reaguje natychmiast. Wykrzyczała do mnie znaki, które trzeba było wykonać, podbiegłem i jej pomogłem, chciała nas ochronić tworząc wielką drewnianą kopułę, która miała nas ochronić przed sunącą śnieżną masą. Przez krótką chwilę pozwoliłem sobie uwierzyć, że to wystarczy. Że Mokuton utrzyma ciężar i impet sunącej masy, że zatrzyma żywioł, który zerwał się z górskiego zbocza. Jednocześnie jednak coś we mnie nie dawało spokoju. Zima w górach nie atakuje raz i nie pyta o zgodę. Słyszałem głuchy, narastający łoskot, czułem wibracje przechodzące przez drewno aż do kości i wiedziałem, że jeśli konstrukcja pęknie, nie będzie czasu na kolejne decyzje. Skupiłem chakrę w dłoni, powoli, metodycznie, tak jak uczono mnie od lat. Nie było w tym gniewu ani paniki, tylko chłodna gotowość na najgorsze. Już w myślach przygotowywałem się na moment, w którym kopuła nie wytrzyma, na chwilę, gdy śnieżna kula uderzy w nas z pełną siłą. Wiedziałem, że wtedy nie będzie miejsca na finezję ani technikę wymagającą czasu. Zostanie tylko jedno uderzenie i jedna szansa, by rozbić napierającą masę, zanim pochłonie wszystko. Stałem więc pod drewnianym sklepieniem, czując ciężar odpowiedzialności niemal fizycznie. Jeśli Mokuton Koneko zawiedzie, to moja pięść będzie ostatnią linią obrony. Chakrowe wzmocnienie pulsowało w ramieniu, gotowe eksplodować w jednym, precyzyjnym ciosie, który miał roztrzaskać śnieg i lód, nawet jeśli oznaczałoby to ból i wyczerpanie. W takich momentach nie myśli się o konsekwencjach. Myśli się tylko o tym, by następny oddech wciąż był możliwy.
Zaciśnięta pięść była gotowa, ciężka od nagromadzonej chakry, która pulsowała pod skórą jak uwięzione napięcie, proszące się o ujście. Instynktownie osłoniłem ją drugą ręką i fragmentem szaty, jakby ten gest mógł uchronić mnie nie tylko przed zimnem, ale i przed siłą, którą sam za chwilę mógłbym uwolnić. Wzrok miałem wbity w drewnianą kopułę, śledziłem każdy jej ruch, każde ugięcie i trzask, próbując wyłapać moment, w którym zacznie pękać albo przeciwnie, przebije się przez kolejne warstwy śniegu i lodu. Czas rozciągnął się w coś nienaturalnego, jakby każda sekunda trwała dłużej niż powinna. Czułem, jak wszystkie mięśnie w moim ciele napinają się do granic możliwości, gotowe w jednej chwili przejść z bezruchu w gwałtowny ruch. Oddech miałem płytki, kontrolowany, a myśli zawężone do jednego prostego pytania czy jeszcze czekać, czy już uderzyć. W tej chwili nie było miejsca na kalkulacje ani na wahanie, tylko na czujność i gotowość, bo wiedziałem, że jeśli kopuła zawiedzie choćby na moment, to moja reakcja będzie jedyną barierą między nami a śnieżną masą.
chakra 115% -9% = 106%
Nazwa
Chakra Kōgeki
Ranga
C
Pieczęci
Brak
Zasięg
Bezpośredni
Koszt
A: 9% | S: 6% | S+: 3% (utrzymanie na turę)
Dodatkowe
Wymagana Kontrola Chakry A
Opis Niezwykłe jutsu medyczne polegające na wzmacnianiu eksplozywnej siły uderzeń użytkownika chakrą, a co za tym idzie - siły medyka. Im bieglejszy jest użytkownik w Iryōjutsu, tym więcej potrafi wykrzesać ze swojego ciała. Chakra uwalnia się z dłoni lub stopy użytkownika wzmacniając uderzenia, jednak nie wpływa to np. na możliwość udźwignięcia większych ciężarów czy na mocniejsze pchnięcia bronią. Dużą wadą tego wzmocnienia jest jego kosztowność na dłuższą metę. Chociaż siła techniki wiąże się z kontrolą chakry i wypuszczaniem jej w odpowiednim momencie, uzyskiwana Siła nadal podlega ograniczeniom Wytrzymałości postaci.
Bonusy Zależne od rangi Iryōjutsu:
C: +20 Siła
B: +30 Siła
A: +40 Siła
S: +50 Siła
Bonusy na każdej randze nie sumują się.
Dodatkowe Jest to ostateczna wersja techniki, nie dopuszcza się tworzenia Własnych Technik na bazie tego jutsu
Droga do podnóża gór była spokojniejsza, niż się spodziewałem, ale tylko dlatego, że nie próbowaliśmy jej przyspieszać. Zima nie wybacza pośpiechu. Każdy dzień w podróży miał swój rytm, krótki marsz, postoje w wioskach lub karczmach, czasem tylko ogień i cisza. Śnieg zmieniał krajobraz w coś prostszego i jednocześnie bardziej zdradliwego. Wszystko wyglądało tak samo, białe zbocza, ciemne drzewa, ślady, które znikały szybciej, niż bym chciał. Czułem chłód nie tylko na skórze, ale też w myślach, jakby zima wymuszała ostrożność również w decyzjach. Kiedy stanęliśmy u progu lasu, pod pasmem górskim, miałem wrażenie, że patrzę na coś starszego od wszystkich naszych problemów. Góry nie były wrogie, ale też nie były gościnne. To miejsce nie robiło nic, by nas odstraszyć, a jednocześnie nie obiecywało bezpieczeństwa. Wiedziałem, że zimą nawet drobny błąd potrafi urosnąć do rangi tragedii. Zaspy, oblodzone korzenie, ukryte uskoki, to wszystko było realniejsze niż bandyci czy legendy o duchach. Rozwidlenie ścieżek zmusiło mnie do zatrzymania się na dłużej. Węższa droga kusiła prostotą i czasem. Była jak wyzwanie rzucone wprost, szybciej, wyżej, ostrzej. Znałem ten rodzaj pokusy aż za dobrze, bo shinobi często wybierają to, co trudniejsze, tylko dlatego, że mogą. Zimą jednak to nie odwaga decyduje o przetrwaniu, lecz konsekwencja i cierpliwość. Jedno potknięcie na stromym zboczu i żadna technika nie cofnie złamanej nogi ani utraty przytomności w mrozie.
Druga ścieżka była mniej imponująca, za to uczciwa. Szersza, udeptana, kręta, zdradzająca obecność ludzi, którzy tędy przechodzili i wracali. To miało znaczenie. Jeśli kupcy i podróżnicy wybierali tę drogę zimą, robili to nie z wygody, lecz z doświadczenia. Myśl o łatwiejszym wyborze nie była oznaką słabości, raczej dowodem, że coś z ostatnich miesięcy jednak we mnie zostało. Nie musiałem niczego udowadniać górom.
Zastanawiałem się też nad Koneko, choć nie musiałem patrzeć w jej stronę, by o niej myśleć. Zimą każdy dodatkowy wysiłek kosztuje więcej, a każda kontuzja znaczy więcej niż latem. Jeśli mamy iść do pustelnika z nadzieją, a nie z problemem większym niż ten, z którym przyszliśmy, to rozsądek powinien prowadzić nas pierwszy. Chakra może pomóc, ale nie zastąpi dobrej drogi. Im dłużej stałem przy rozwidleniu, tym wyraźniej czułem, że łatwiejsza ścieżka nie jest ucieczką. Jest wyborem, który daje nam czas, a zimą czas bywa cenniejszy niż siła. Góry nigdzie nie uciekną. Jeśli będą chciały nas sprawdzić, zrobią to niezależnie od drogi. A ja wolałem dotrzeć do Shunsuke żywy. Spojrzałem na Koneko: - Wolałbym iść uczęszczaną drogą, ale to Twoja podróż... - spojrzałen na nią wymownie...
Zima dopadła mnie jeszcze zanim zdążyłem dobrze odejść od bramy Nagano. Wystarczyło kilka kroków, kilka spokojniejszych oddechów i już czułem, jak powietrze robi się bardziej ostre, jakby chciało odgryźć kawałek skóry z policzka. Para unosząca się spod naszych ust stawała się gęsta, jak dym z ogniska. Mistrz Gry miał rację, trzeba to było podkreślić. Zima nie była tu tylko dekoracją. Była pierwszym przeciwnikiem na naszej nowej trasie. Na pożegnanie patrzyłem głównie w dół. Nie lubiłem tej części żadnej wędrówki. Zawsze czułem, że gdy ruszam dalej, zostawiam za sobą coś, czego już nigdy nie będę w stanie odzyskać. Tym razem było podobnie, choć wdzięczność ludzi unosiła się nad placem jak ciepła mgła, a ich twarze przypominały… wytchnienie. Może dlatego tak długo stałem w miejscu, zanim ostatecznie ruszyłem. Gdy jednak znaleźliśmy się poza zasięgiem ich głosów, to ciepło zaczęło gasnąć pod ciężarem chłodu. Zrobiłem pierwszy krok w stronę południa i powietrze natychmiast ugryzło mnie w palce u rąk, nawet schowane w rękawicach. Szybko zrozumiałem, że nie możemy iść tak, jak staliśmy. Nasza droga miała ciągnąć się przez dni, może tygodnie, a góry zimą nie wybaczały braku przygotowania. Zanim cokolwiek powiedziałem, rozejrzałem się po okolicy. Na bocznych uliczkach kręciło się kilku handlarzy, którzy rozstawiali swoje wozy i sanie. Ludzie w Nagano przywykli do zimy, ich sprzęt był pod ręką. W głowie zaczął się budować obraz planu. Najpierw znaleźliśmy ciepłe, grube koce. Nie takie zwykłe, a te z owczej wełny, szyte miejscowo. Koneko patrzyła na nie sceptycznie, ale po chwili sama musiała przyznać, że kiedy owijała nimi swoją sylwetkę, zimno przebijało się o wiele wolniej. Potem zapas herbaty, lub innego zaparzalnego zioła, które mogło być lepsze niż sosnowe igliwie. Sprawdziłem swoje buty. Za cienkie. Zbyt lekkie. Kupiłem owcze ocieplacze, takie wkładane do wnętrza obuwia. Kiedy włożyłem stopy z powrotem, poczułem coś na kształt komfortu. Kupiłem drugą parę dla niej, tak samo rękawiczki oraz coś na zasadzie czapki i szalika. Następnie upewniłem się, że mamy zapasik sucharów podróżnych, różnorakiego prowiantu, smalcu w twardych bloczkach, fasoli na czarną godzinę oraz prostych słodyczy, proste rzeczy pozwalające nam przetrwać, a słodycze dla poprawienia morale. W zimie organizm pali energię szybciej, pamiętałem to dobrze. Z jednego ze zwojów odpieczętowaliśmy nasze płaszcze podróżne i je założyliśmy, przygotowania do podróży. które zrobiliśmy wcześniej mocno skróciły czas trwania tutejszych przygotowań.
Początek drogi przywitał nas chłodem, który wdzierał się pod ubrania jak nieproszony gość. Za granicą Nagano śnieg skrzypiał głośniej, a powietrze stało się tak ostre, że każdy wdech bolał. Wiedziałem, że piesza wędrówka aż do gór skończyłaby się tym, że oboje przemarzniemy do granic zdrowego rozsądku, dlatego od razu po zakończeniu zakupów zwróciłem się do furmana szykującego konie. Po dłuższej chwili namysłu zgodził się zabrać nas połowę drogi. Wystarczyło, by dotrzeć tam, gdzie śnieg jest bardziej drogą niż przeszkodą. Gdy usiedliśmy na saniach, zimny wiatr uderzył w nas jak ściana, zmuszając do szczelnego owinięcia się kocami. Przed nami rozciągała się biała pustka, niemal idealnie gładka, jakby świat czekał na pierwsze nowe ślady. W oddali majaczyły góry, posępne i ciężkie. W osadzie przy rozdrożu pożegnaliśmy furmana, uzupełniliśmy zapasy w karczmie, ogrzaliśmy się, odpoczęliśmy jedną noc, gdy nadarzyła się okazja to złapaliśmy sanie prowadzone przez młodego chłopaka jadącego dalej na południe. Im bliżej gór, tym bardziej wszystko milczało. Śnieg pochłaniał dźwięki, a świat zawężał się do trzech barw bieli, szarości i naszych oddechów. W tej ciszy znów wróciła myśl o Shunsuke. O pustelniku. O szansie, która może okazać się wszystkim, czego szukamy. Poczułem odpowiedzialność, lecz nie taką, która przygniata, raczej tę, która trzyma plecy prosto. Bo idziemy tam razem. Zima była bezlitosna, droga nieprzyjazna, ale pierwszy raz od dawna miałem pewność, że idziemy tam, gdzie naprawdę powinniśmy dotrzeć.